I have a dream, czyli nowa plusligowa rzeczywistość!

Jeszcze kilka miesięcy temu cieszyliśmy się z informacji, że dwaj wyróżniający się w PlusLidze siatkarze pozostaną w Polsce w przyszłym sezonie. Dziś jednak wiemy, że Kevin Tillie i Gordon Perrin chcą grać w Chinach. Wydawać by się mogło, że skoro podpisali kontrakty z polskimi klubami – w Chinach grać nie mogą. Ale czy któż godzien jest stanąć na drodze do spełnienia marzeń?

Kevin Tillie marzy o grze w Chinach, więc... podpisał umowę z Jastrzębskim Węglem (fot. Daria Zmarzlik)
Kevin Tillie marzy o grze w Chinach, więc… podpisał umowę z Jastrzębskim Węglem (fot. Daria Zmarzlik)

Ostatnimi czasy gorąco jest w kontekście chęci odejścia z PlusLigi dwóch siatkarzy. W skrócie, zawodnicy mają ważne umowy ze swoimi klubami, nie mogą wykupić swoich kontraktów, ale chcą grać w Chinach. Chcą i już. Wygląda to jak bunt dziecka w sklepie, które turla się po ziemi, bo chce lizaka.

Tych dwóch siatkarzy łączy osoba managera Georgesa Matijasevica. W kontekście Serba już raz w trwającym okienku transferowym było głośno za sprawą innego z jego siatkarskich podopiecznych. Julien Lyneel pierwotnie miał występować w argentyńskim Bolivarze, ale zerwał umowę z klubem i  zagra… a jakże, w lidze chińskiej.

Dodatkowo Matijasević wydał oświadczenie mające na celu wyjaśnić, skąd takie postępowanie jego graczy.  Co wynika z wyjaśnienia? Niewiele. Głównie to, że siatkarze mają hipoteki, a nieraz zdarzyło się, że zostawali na lodzie, bo to klub rozwiązywał z nimi kontrakty. To w sumie myślenie godne wróżki „transferuszki”. Skoro istnieje szansa, że to klub zerwie umowę, to przecież lepiej, by to zawodnik ją zerwał zanim włodarze zespołu doznają oświecenia.

I teraz pytanie, co w tej sytuacji powinny zrobić kluby? „Z niewolnika nie ma pracownika”? Problem tylko w tym, że jeśli obaj siatkarze zauważą, że ta sytuacja nie pociągnęła za sobą żadnych konsekwencji, to będą podpisywać dziesięć kontraktów i wybiorą we wrześniu najlepszy. Dzień przed startem rozgrywek powiedzą, że z niewolnika nie ma pracownika, zaprezentują włodarzom klubu uśmiech do siódemek i odwrócą się na pięcie. Takie sytuacje powinny być ukręcane w zarodku przez federacje (krajowe, europejską czy światową), które muszą zacząć narzucać kary finansowe, a może nawet kilkumiesięczne zawieszenie w prawach zawodnika!

Do czego może dojść w przeciwnym razie? Przychodzi mi na myśl tylko jedno rozwiązanie. Kluby będą musiały zacząć kontraktować na każdą pozycję 10 zawodników. Może wówczas w okolicach września okaże się, że dla któryś 12 siatkarzy występ właśnie w tej drużynie jest spełnieniem marzeń?

A tak na poważnie. Nie pozwólmy zmienić siatkówki w totalną amatorkę, gdzie każdy robi, co mu się podoba, nie zważając na zobowiązania i kontrakty, obserwując tylko czubek własnego nosa. Na początek może wykluczmy niepoważnego Serba i jego „stajnię” z możliwości wprowadzania zawodników do polskich lig? Chyba właśnie tak na normalnym rynku likwiduje się patologie…