Guillaume Samica: Na boisku nie mogę bezsensownie marnować energii

– Na początku swojej kariery bardzo lubiłem prowokować przeciwników. Miałem w sobie pełno wigoru i wykorzystywałem go na miliard różnych sposobów – wspomina Guillaume Samica. Ciekawi co jeszcze zdradził nam francuski przyjmujący ONICO AZS-u Politechniki Warszawskiej? Zapraszamy do lektury!

dsc_6687
Guillaume Samica pija espresso lub cappuccino (fot. Anna Kołakowska)

Anna Kołakowska: Przygotowując się do tej rozmowy trafiłam na informację, że posiadasz polskie korzenie. Czy to prawda?

Guillaume Samica (przyjmujący ONICO AZS Politechniki Warszawskiej): Nie! Wielu moich przodków pochodziło z Włoch. Rzeczywiście ktoś kiedyś grzebał w przeszłości mojej rodziny i dokopał się do informacji, że pewien Polak o nazwisku Samica odnalazł złoto we włoskich Alpach. Stąd wzięła się pogłoska, że mam polskie korzenie. Jednak mówimy o odległej przeszłości i nie ma pewności, czy ten człowiek w ogóle istniał. Myślę, że może być to tylko plotka.

Niemniej w trakcie swojej kariery sporo czasu spędziłeś w polskich klubach. Czy pod względem siatkarskim czujesz się tutaj lepiej niż w innych krajach?

– Tak, w Polsce czuję się świetnie, dlatego często tu wracam. W młodości wielokrotnie odwiedzałem rodzinę we Włoszech. Naprawdę kocham ten kraj, uwielbiam tamtejsze jedzenie i uważam, że jest to idealne miejsce do życia. Jednak muszę przyznać, że pod względem siatkarskim Polska nie ma sobie równych.

Powróćmy na chwilę po przeszłości. Mógłbyś zdradzić jak zaczęła się Twoja przygoda z siatkówką?

– Mój tata grał w siatkówkę plażową we Włoszech. To on zaraził mnie miłością do tego sportu. Co roku spędzałem wakacje w Italii, gdzie razem ze znajomymi chodziłem na plażę i odbijałem piłkę. Wtedy zauważył mnie trener młodzieżowej drużyny Sisley Treviso, który bardzo chciał, żebym został we Włoszech i zaczął z nim pracować. Starał się przekonać do tego pomysłu moich rodziców, ale oni się nie zgodzili.

Rok później ponownie się z nimi spotkał. Gdy dowiedział się, że nadal nie trenuję, prosił rodziców, aby uwierzyli w moje umiejętności i dali mi szansę. Przewidywał bowiem, że osiągnę w siatkówce ogromny sukces. Jak widać miał rację! To także on później pomógł mi podpisać mój pierwszy kontrakt we Włoszech.

dsc_8628
Obecnie Guillaume reprezentuje barwy ONICO AZS-u Politechniki Warszawskiej (fot. Anna Kołakowska)

Czy z upływem lat i kariery zauważasz u siebie zmianę podejścia do gry w siatkówkę?

– Zdecydowanie. Gdy jesteś młodym zawodnikiem w ogóle nie myślisz o tym, że Twoja kariera może się kiedyś skończyć. Jesteś pełen energii i bardzo emocjonalnie reagujesz na wszystko, co dzieje się na boisku.

Na początku swojej kariery bardzo lubiłem prowokować przeciwników. Miałem w sobie pełno wigoru i wykorzystywałem go na miliard różnych sposobów. Wraz z upływem lat zmienił się mój sposób myślenia oraz podejście do treningów. Zrozumiałem, że czasami należy przystopować. Jeśli nadal chcę grać na wysokim poziomie nie mogę bezsensownie marnować drogocennej energii.

Kiedyś powiedziałeś, że siatkówka jest dla Ciebie lekiem na całe zło i gdy jesteś smutny musisz pograć, aby wrócił Ci dobry humor.

– To prawda. Siatkówka pozwala mi wyrzucić z siebie wszelkie negatywne emocje. Gdy wchodzę na boisko nic innego się nie liczy. Sport nie tylko pozwala zapomnieć o zmartwieniach, ale również daje energię i siłę do dalszego działania. To powód, dla którego ludzie po pracy biegają, jeżdżą na rowerze, kopią lub odbijają piłkę i wykonują inne aktywności fizyczne. Ja jestem szczęściarzem, bo sport to moja praca, więc mogę robić te dwie rzeczy jednocześnie.

Czy coś poza siatkówką sprawia Ci taką radość?

– Moje życie kręci się wokół siatkówki, ale posiadam również inne hobby. Jednym z nich jest gra w golfa. Ogromną radość sprawia mi również podróżowanie. Lubię odkrywać ciekawe miejsca i poznawać nowe smaki.

Przyglądając się Twojej karierze klubowej nietrudno zauważyć, że reprezentowałeś barwy sporej liczby zespołów z całego świata i w wielu z nich występowałeś tylko sezon. Z czego to wynikało?

– Niestety w wielu przypadkach decydowały finanse. Jak dobrze wiesz, klub Panathinaikos Ateny nie wypłacił honorarium ani mnie i Gumie [Pawłowi Zagumnemu – przyp. red.], ani pozostałym zawodnikom. Podobna sytuacja miała miejsce w Mediolanie, gdzie grałem razem z Łukaszem Kadziewiczem. Od rosyjskiej Iskry Odincewo otrzymałem 75% należnego mi wynagrodzenia, a w przypadku argentyńskiego klubu Buenos Aires Unidos odsetek ten wyniósł tylko 50%. Siatkówka to moja praca. Nie mogłem więc pozwolić, aby kolejne kluby nie wypłacały mi honorarium.

Oczywiście doszły do tego również powody czysto sportowe. Dzięki częstym zmianom klubów miałem okazję występować w tak silnych ligach siatkarskich jak rosyjska Superliga, włoska Serie A czy polska PlusLiga. Dzięki pracy w każdym z zespołów zebrałem cenne doświadczenia, które ukształtowały mnie jako zawodnika. Jednak pamiętajmy, że sportowiec jest jak biznesmen, który musi ciągle myśleć o swojej przyszłości.

Czy jesteś w stanie wskazać klub, w którym grało Ci się najlepiej?

dsc_5938
Samica przez 9 lat występował we francuskiej kadrze narodowej (fot. Anna Kołakowska)

– Nie, ponieważ obecność w każdym z zespołów wpłynęła na mój rozwój. Nie potrafię określić, który z nich jest najbliższy mojemu sercu. Moim zdaniem kilka klubów zasługuje na pochwałę ze względu na perfekcyjną organizację. Mówię na przykład o polskiej ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle czy włoskim Bre Banca Lannutti Cuneo.

Dla wielu ludzi ze świata siatkówki jesteś zawodnikiem o niemal perfekcyjnej technice. Jakie czynniki przyczyniły się do jej wypracowania?

– Uważam, że moja technika nie jest perfekcyjna, ale przez lata wypracowałem swój indywidualny styl gry. Nie jestem tak skuteczny i potężny jak Giba i nie skaczę tak wysoko jak Marechal, Yudin czy Kurek. Stworzyłem jednak swój własny siatkarski profil, który stale udoskonalam.

Miałem okazję współpracować z wieloma wspaniałymi zawodnikami. Podpatrywałem ich na treningach i od każdego starałem się uszczknąć trochę siatkarskiego geniuszu. Może więc stanowię idealną mieszankę ich wszystkich? (śmiech)

Poza tym bardzo dużo dało mi obcowanie z takimi trenerami jak Philippe Blain czy Laurent Tillie. To oni uświadomili mi, że na boisku gra się nie tylko ciałem, ale również głową. Nawet jeśli nie potrafię wyskoczyć wyżej niż przeciwnik mogę być sprytniejszy i zrobić to szybciej. Dzięki temu możliwe jest zwycięskie wyjście z sytuacji, w której teoretycznie ma mam żadnych szans. Jak widać technika gry to nie wszystko. Równie ważny jest odpowiedni sposób myślenia zarówno na boisku, jak i poza nim.

Niedawno miałeś okazję uczestniczyć w uroczystym zakończeniu kariery reprezentacyjnej swojego przyjaciela, Pawła Zagumnego. Sam grałeś we francuskiej kadrze przez 9 lat. Czy łatwo było Ci pożegnać się z narodowym trykotem?

– Powiem tak: nie było to łatwe, ale też nie była to najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Po prostu nadszedł moment, w którym uświadomiłem sobie, że należy ustąpić miejsca innym, dać szansę młodym. Nie chciałem za siłę walczyć o utrzymanie się w kadrze.

Poza tym byłem coraz bardziej zmęczony ciągłą grą w klubie i reprezentacji. Gdy kończył się sezon ligowy, ja trenowałem dalej, aby przygotować się do występów z kadrą. I tak w kółko. Wreszcie uznałem, że nadszedł właściwy moment, aby powiedzieć basta. Zresztą wolałem podjąć tę decyzję samodzielnie niż czekać aż ktoś mnie z reprezentacji wykopie.

Razem z Pawłem Zagumnym tworzycie ciekawą parę przyjaciół. On wydaje się być spokojny i zdystansowany do świata, ty zaś bardziej żywiołowy i lekko zakręcony. Czyżby przeciwieństwa się przyciągały?

– Zdaję sobie sprawę z tego, że podobną opinię ma wiele osób obserwujących nas z zewnątrz. Ale muszę cię zaskoczyć! Guma jest jedną z najzabawniejszych i najbardziej spontanicznych osób, jakie kiedykolwiek poznałem. Określenie „introwertyk” zupełnie do niego nie pasuje. Tak myślą o nim tylko ci, którzy nie znają go osobiście.

A wracając do mojej relacji z Pawłem muszę przyznać, że świetnie się ze sobą dogadujemy. Jesteśmy bliskimi przyjaciółmi i mieszkamy niedaleko siebie, więc razem jeździmy na treningi. Spotykamy się również poza halą. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale znam Gumę na tyle, że potrafię odpowiednio reagować na jego zachowania.

Czy wasza relacja była tak bliska od momentu, kiedy spotkaliście się po raz pierwszy?

– Poznaliśmy się w 2002 roku, kiedy obydwaj występowaliśmy we włoskiej Serie A, a nasze drużyny [Guiilaume Samica – Canadiens Verona, Paweł Zagumny – Edilbasso Padwa – przyp. red.] grały przeciwko sobie. Rok temu oglądaliśmy nawet wspólnie ten mecz i mieliśmy ogromny ubaw (śmiech).

Po jednej stronie siatki spotkaliśmy się dopiero w 2009 roku, kiedy reprezentowaliśmy barwy Panathinaikosu Ateny. Rzeczywiście od samego początku mieliśmy ze sobą bardzo dobry kontakt.

Czy myślisz czasem o zakończeniu kariery sportowej?

dsc_2885
Francuz deklaruje, że nie zamierza jeszcze kończyć kariery siatkarskiej (fot. Anna Kołakowska)

– Nie. Oczywiście zdarza się, że zagram naprawdę słaby mecz, po którym jestem tak zdesperowany, że dopadają mnie podobne myśli. U sportowca to normalna reakcja.

Jednak zawsze powtarzam, że zakończę swoją przygodę z siatkówką dopiero w momencie, gdy granie przestanie sprawiać mi radość. Jak na razie się nic takiego się nie zapowiada.

Konrad Cop powiedział mi kiedyś, że posiadasz ogromne umiejętności szkoleniowe…

– Dzięki Kondziu! (śmiech)

Czy myślałeś o tym, aby po zakończeniu kariery zawodniczej zostać trenerem?

– Nie chcę zostać trenerem. Zawód siatkarza wiąże się z ciągłymi przeprowadzkami. W przypadku wielu trenerów sytuacja wygląda podobnie. Ja mam już dość zmian. Po zakończeniu kariery chcę osiedlić się w jednym miejscu.

Poza tym zdaję sobie sprawę, że trener ponosi całkowitą odpowiedzialność za działania swoich zawodników. Musiałbym być więc chodzącą siatkarską encyklopedią. Wyobraź sobie sytuację, gdy na tablicy widnieje wynik 23:23, a gracz idący na zagrywkę pyta mnie: „Trenerze, co mam zrobić?”. W mojej głowie pustka i jednocześnie świadomość, że muszę mu coś poradzić. To przerażające.

Jako zawodnik nie mam takich dylematów. Przy stanie 23:23 idę na zagrywkę i daję z siebie wszystko, bo czuję, że ryzykując osiągnę zamierzony rezultat. O ile decyzje trenera powinny być oparte na rzetelnych informacjach, w przypadku gracza czasem wystarcza spontaniczność i odpowiednie „wyczucie” piłki.

Na koniec muszę spytać o Twoje preferencje kawowe.

– Wprawdzie lubię kawę, ale byłbym w stanie bez niej żyć. Obecnie moimi kawowymi wyborami są espresso lub cappuccino. Nawyk ten wyniosłem z Włoch. Tam cappuccino jest nieodłącznym elementem śniadania, a espresso pije się zazwyczaj po obiedzie.