Włoska licencja na trenowanie

Włoski trener Andrea Anastasi swoją trenerską karierę budował w m.in. w swoim rodzinnym kraju, Hiszpanii czy Belgii, ale to Polskę upodobał sobie szczególnie. Prowadził Biało-Czerwoną reprezentację i kluby grające w PlusLidze.  Teraz na półki w księgarniach trafia jego autobiografia, w której postanowił opowiedzieć o tym, jak zdobył „licencję na trenowanie”.

Książka Andrei Anastasiego na rynku już od 4 września (fot. mat. pras.)

” Polskie picie to jest coś, o czym Włochom się nawet nie śniło”

Za mojej kadencji przed meczami nigdy nie miałem problemów z alkoholem u moich graczy, choć po zakończeniu turniejów bywało czasem bardzo barwnie… Mówiłem chłopakom, że mogą się napić, nie chcę jednak, by przesadzali i byli w stanie upojenia. Musieli umieć wyczuć moment, w którym kończy się zabawa, a zaczynają kłopoty dnia następnego. Nigdy jednak nie robiłem żadnej afery, gdy pili. 

Co z tego, że się napili? Czy to spowodowało, że nie zostali dwukrotnymi mistrzami świata? Czy każdy z nas w ogóle nie pije? Pamiętam, że z graczami kadry czy później Trefla Gdańsk byłem bardzo szczery w tej kwestii. Nie chciałem być hipokrytą. Przecież doskonale zdaję sobie sprawę, że każdy czasem musi cieszyć się życiem. Mówiłem graczom, że mogą robić, co chcą, gdy mają wolne. Muszą jednak szanować nasze treningi, czas, gdy rozgrywamy mecze czy też szykujemy się do turniejów. To oczywiście nie oznacza, że nigdy nic się nie stało… Musiało się stać, bo oczywiście polskie picie to jest coś, o czym Włochom się nawet nie śniło. Kilka razy widziałem, jak dużo potraficie pić, i chyba bardziej mnie to przeraziło, niż bawiło. Pamiętam, że raz w trakcie wyjazdu na Ligę Światową dałem chłopakom po meczu trochę wolnego. Poszli w miasto. 

Następnego dnia mieliśmy zaplanowaną siłownię. Przyszli wszyscy, lecz mówiąc obrazowo, w różnym stanie. Niektórzy, niestety, w tragicznym. Podszedł do mnie Krzysiek Ignaczak, zaczął coś mówić, a wtedy poczułem zapach, którego wolałbym nie czuć. To cudowny człowiek, uwielbiam jego wielkie serce i zaangażowanie, którymi tak bardzo nam pomagał w trudnych chwilach. Wtedy jednak muszę przyznać, że trochę mnie zagotowało. Za karę dostali niezły wycisk na elektrycznej bieżni, widziałem, że było im słabo, ale żaden nie pękł. 

Później patrzę, a „Igła” idzie robić przysiady ze sztangą, nałożone ma chyba ze 140 kilogramów. Przecieram oczy ze zdziwienia, a on bije swój rekord! Podszedłem do niego, uśmiechnąłem się i mówię: „Co jest grane? Widać, że wczoraj się zniszczyłeś, a dziś dźwigasz niczym młody Bóg. Jesteś najlepszym siatkarzem na świecie!”. Zacząłem się śmiać, a „Igła” podszedł do mnie, uderzył się kilka razy w pierś niczym goryl i dodał: „Nie, po prostu jestem Polakiem”.

„Jestem od trenowania, a nie od gadania”

Czy ktoś z taką chęcią zwyciężania jak Andrea Anastasi może celowo przegrać? Oczywiście, że tak. W tej książce trener po raz pierwszy zdradza, jak wygląda taki dziwny mecz z perspektywy selekcjonera reprezentacji Polski. 

Włoch barwnie opowiada o swojej biało-czerwonej przygodzie. Mówi też o rodzącej się pasji do wygrywania i przewodzenia grupie, kulisach porażki na igrzyskach olimpijskich w Londynie, odejściu z reprezentacji Polski i późniejszych sukcesach w Treflu Gdańsk. Wszystko okraszone swoistym rozliczeniem ze sprawą Mariusza Wlazłego, który nigdy nie zagrał w drużynie Anastasiego. 

Zamów książkę w przedsprzedaży na: www.idz.do/volley-anastasi