Anna Werblińska: „Oferta dziecko” okazała się najatrakcyjniejsza

Anna Werblińska zdecydowała się na przerwanie kariery sportowej i rozpoczęcie kariery matki. W oczekiwaniu na syna podsumowała dla nas dotychczasową karierę i opowiedziała o planach na najbliższą przyszłość.

Anna Werblińska odstawiła kawę na czas ciąży, ale z wielką przyjemnością wróci do wypicia filiżanki tradycyjnej małej czarnej (fot. archiwum prywatne)

Renata Respondek: Na początek koniecznie powiedz jak się czujesz.

Anna Werblińska: Jak mały wieloryb (śmiech). Żartuję oczywiście. A tak na poważnie to zdradzę, że to już końcówka ciąży, więc staram się jak najwięcej wypoczywać i jak najmniej wychodzić z domu. Można powiedzieć, że to już ten moment, w którym siedzimy z mężem jak na szpilkach i szykujemy się na to ważne wydarzenie.

Wiele osób zadaje to pytanie, a wciąż nie padła na nie odpowiedź, więc rozwiej proszę wątpliwości: przerwałaś karierę czy ją zakończyłaś?

– Gdybym zakończyła to oficjalnie bym o tym poinformowała. Na razie nie chcę sobie zamykać żadnych drzwi, ale też nie chcę składać deklaracji, że na pewno wrócę. Stwierdziliśmy z mężem, że dobrym pomysłem jest założenie rodziny, udało się dosyć szybko, więc jesteśmy bardzo szczęśliwi. Co będzie w przyszłości? Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Zobaczymy.

Długo się wahaliście przed podjęciem tej decyzji? Była ona dla Ciebie trudna?

– Na pewno nie była to łatwa decyzja. Dla kobiety, która czynnie uprawia sport nigdy nie jest prostym, żeby siedzieć przez 9 miesięcy w domu i niemal nic nie robić.

Niemniej po sezonie, który był dla mnie trudny ze względu na kontuzje i sprawy rodzinne, stwierdziliśmy, że to będzie dobry moment na to, żebym odpoczęła psychicznie, bo przyznam szczerze, że byłam już troszeczkę wypalona. Nie będę jednak ukrywać, że czekaliśmy do końca na oferty, które się pojawią. Po ich przeanalizowaniu uznaliśmy, że będzie lepiej gdy przerwę karierę i postaramy się o dziecko.

Trzeba przyznać, że udało Ci się wszystkich zaskoczyć, bo przerwałaś karierę nikomu nic nie mówiąc i przez wiele tygodni wszyscy zastanawiali się, co się z Tobą dzieje. Skąd taka decyzja?

– Nie chciałam się z tym afiszować, bo to była nasza prywatna decyzja. Chciałam uniknąć niekończących się pytań „czy to już, a jak nie to kiedy?”, bo to byłoby znacznie bardziej stresujące. Lepszym rozwiązaniem było zaszyć się w domowych pieleszach i podejść do sprawy spokojnie. Rozgłos nie był mi do niczego potrzebny.

Takie podejście do sprawy wynika również z tego, że masz dość specyficzny kontakt z mediami?

– Lubię dziennikarzy! Wcale nie jest tak jak mówią, że nie! Zawsze z miłą chęcią odpowiadam na wszystkie pytania, udzielam wywiadów czy wrzucam coś w media społecznościowe. Zresztą najlepiej świadczy o tym fakt, że zwykle jako jedna z ostatnich schodziłam do szatni.

Niemniej zawsze bardzo mnie irytowało, gdy niektórzy coś sobie dopowiadali, nie zapytali wprost lub coś przekręcili. Jestem osobą bardzo szczerą i jeżeli mi coś nie odpowiada, to staram się od razu o tym mówić. Ale to wcale nie oznacza, że nie lubię mediów. Mam nadzieję, że one też mnie lubią (uśmiech).

Z Joanną Kaczor w 2014 roku w katowickim Spodku (fot. Renata Respondek)

A myślisz, że w przyszłości zdarzało Ci się mówić mediom kilka zdań za dużo i lepiej byś zrobiła gdybyś pewne sprawy przemilczała?

– Nie chciałabym być typem osoby, która tylko podlizywałaby się dziennikarzom, mówiąc tylko pozytywnie. Jak już wspominałam, mówię zawsze to, co leży mi na sercu i zawsze mówię prawdę, nie owijając w bawełnę. Nie wiem czy chciałabym cokolwiek zmienić. Niektóre wywiady wywołały rzeczywiście bardzo dużo szumu. Otrzymywałam później znaki, że odbiło się to bardzo pozytywnie. Cóż, taka już jestem. Wolę , żeby mi ktoś powiedział smutną prawdę, niż owijał w bawełnę, mówiąc, jaka jestem słodka,  a za plecami wbił mi nóż w plecy. Cenię szczerość i odwdzięczam się tym samym.

Zostawmy media. Usłyszałam ostatnio takie zdanie, że Ania Werblińska byłaby zupełnie inną siatkarką i znacznie więcej by osiągnęła, gdyby na pewnym etapie kariery wyjechała za granicę. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

– Na pewno jest w tym trochę prawdy. Niejednokrotnie zastanawiałam się nad wyjazdem i byłam go bardzo bliska. Nie będę ukrywać, że w tej materii zadecydowały głównie względy rodzinne. Bardzo liczyłam się ze zdaniem mojego męża i mojej rodziny.

Przyznaję, że zastanawiałam się kiedyś, co by było, gdybym wyjechała. Występy w zagranicznych klubach na pewno dałyby mi więcej pewności siebie, sukcesów i pieniędzy. Ale umówmy się, nie tylko o to w życiu chodzi. Nie można mieć w nim wszystkiego, a dla mnie największą wartością była i jest rodzina.

Nie czuję się zawodniczką niespełnioną. Miałam fajne przygody i nie żałuję żadnych podjętych kroków czy decyzji.

Czyli wszystko zepsułaś nie wyjeżdżając zanim założyłaś rodzinę!

(śmiech) Mogłam wyjechać…  Muszę tu jednak zaznaczyć, że mąż nigdy nie chciał mnie ograniczać, aczkolwiek stwierdziliśmy, że pieniądze to nie wszystko. Lepiej być szczęśliwym, nie zmarnować sobie małżeństwa niż wyjechać, zarobić trochę więcej, ale nie mieć do czego wracać.

Zdradź więc skąd miałaś oferty?

– Miałam dużo propozycji. Miałam oferty z Włoch, z Turcji, z Azerbejdżanu, a nawet z Japonii. Niestety zdarzało się tak, że te najfajniejsze oferty, takie „kontrakty życia” pojawiały się zawsze po jakimś moim przebytym zabiegu.

Decydując się na wyjazd na przykład do Rosji tuż po kontuzji trzeba od razu grać. Tam nie interesuje nikogo, że jesteś po zabiegu czy coś ci dolega. Więc pojawiał się twardy orzech do zgryzienia:  jechać od razu na pełnych obrotach i ryzykować zdrowie czy zostać w Polsce i skorzystać z bardzo dobrej opieki zdrowotnej, którą tutaj zawsze miałam i spokojnie wrócić do gry.

Rozumiem. Rozwiałyśmy chyba wszystkie wątpliwości co do tego, dlaczego nigdy nie wyjechałaś. To chyba zarzut pod Twoim adresem, który słyszy się najczęściej…

– To mnie zawsze bardzo irytowało. A czy ja zarzucam komuś, że nie wyjechał za granicę i nie zrobił międzynarodowej kariery albo, że miał potencjał a nie zrobił profesury? Nie znoszę, gdy ktoś steruje moją karierą. To jest moje życie, decyzje moje i moich najbliższych. Zdaję sobie sprawę z tego, że może mogłam osiągnąć więcej, ale jak już wspominałam, nie można mieć w życiu wszystkiego…

Anna Werblińska szczególnie będzie pamiętać lata spędzone w Chemiku Police (fot. CEV)

Niemniej potwierdzasz wcześniejsze zdanie, że jako siatkarka klubowa czujesz się spełniona? Poza Ligą Mistrzyń chyba wszystko udało Ci się wygrać…

– Tak, z Ligą Mistrzyń niestety się nie udało. Nie mamy takich budżetów, mamy limit zagranicznych zawodniczek i nie był nam pisany sukces w tych rozgrywkach. Pamiętam, że jeszcze na początku mojej pracy w Chemiku, naprawdę walczyłyśmy czy z Rabitą Baku, Dynamem Kazań czy Vakifbankiem Stambuł. Były momenty, gdy grałyśmy naprawdę dobrze, ale na dłuższą metę to nie wystarczało.

Jeśli chodzi o klubowe mistrzostwa to wiadomo, raz się wygrywa raz przegrywa. Dane mi było częściej wygrywać, więc jestem zadowolona z tego, co zdobyłam.

To teraz chciałabym przejść do kadry. Moim zdaniem w Twoich reprezentacyjnych czasach mogłyście w tym składzie wygrać więcej. Zgodzisz się ze mną?

– Myślę, że tak. Było co najmniej kilka takich turniejów, w których zabrało nam naprawdę niewiele, by na przykład awansować na igrzyska olimpijskie czy zagrać gdzieś wyżej w mistrzostwach. Zawsze był to ten taki malutki kroczek, który trzeba było zrobić, by pokonać linię mety.

Grupa była bardzo fajna i to za wszystkich selekcjonerów, z którymi miałam okazję współpracować. Niemniej zawsze działo się coś takiego, co nie pozwalało nam postawić tej przysłowiowej kropki nad „i”. Niech przywołam chociażby ten nieszczęsny turniej w Ankarze, gdy wszystko szło bardzo fajnie i w ostatnim meczu z Turcją zabrakło „tego czegoś”, co tak naprawdę trudno mi zdefiniować… Może dwie zmiany, może jakieś dodatkowe bodźce, które by nam pomogły i może wówczas, by nam się udało. Trudno jednak teraz tak gdybać…

Wiadomo, żal jest. Najbardziej szkoda, że nie poleciałyśmy do Londynu, ale taki jest sport.

Dużo swego czasu mówiło się, że największym problemem w żeńskiej kadry są humory kadrowiczek i konflikty w drużynie. Co myślisz o takiej diagnozie?

– Myślę, że tak nie było. Wiadomo, nie wszyscy musimy się kochać, ale zawsze wychodziłyśmy na boisko i jedna szła za drugą. Jakieś konflikty często były bardziej podsycane przez media niż przez nas same. Wszystko zostało już dawno wyjaśnione i chyba niejednokrotnie udowodniłyśmy na boisku, że trzymamy się razem i potrafimy razem walczyć.

Chociażby nasz ostatni wspólny turniej w Baku pokazał, że jesteśmy naprawdę fajną grupą, panuje fajna atmosfera i  można coś fajnego stworzyć. Bardziej zabrakło nam czysto sportowych elementów niż przyczyną braku sukcesów było to, że ta nie chce mieszkać z tamtą, a jeszcze inna pokłóciła się z kolejną…

Dokładnie taki panuje obraz żeńskiej siatkówki reprezentacyjnej. Uważasz, że nie jesteście rozpieszczonymi, rozkapryszonymi pannami, jak się powszechnie uważa?

– Nie, nie jesteśmy! Często nawet na posiłkach bywało tak, że kilka osób zostawało jeszcze posiedzieć i pogaworzyć. To były różne  osoby! Nie jedna zamknięta grupka, która nikogo z zewnątrz do siebie nie dopuszczała. Wszystkie razem potrafiłyśmy usiąść, porozmawiać i pośmiać się.

Nie powiedziałabym, że były u nas jakieś wielkie konflikty. Gdyby tak było to myślę, że wiele osób nie chciałoby jeździć na kadrę. Powiedziałyby po prostu: nie jadę, bo źle się tam czuję. Nikt by się nie katował, tylko pomachałby na dowidzenia.

My wiedziałyśmy, że możemy coś dobrego razem stworzyć, powalczyć. Ktoś kto chce za wszelką cenę stworzyć jakiś problem, albo nadmuchać jakiś balonik to to zrobi. Niestety nie mamy wpływu na wszystko, co ludzie mówią i co ludzie piszą. Mamy zajmować się trenowaniem i graniem, a nie doszukiwaniem się jakiś wywiadów czy felietonów i prostowaniem ich.

Z kariery reprezentacyjnej Werblińska zapamięta medal ME z 2009 roku i igrzyska europejskie w Baku (fot. commons.wikimedia.org)

Niemniej od mitycznego 2009 roku nic polskiej drużynie nie udało się wywalczyć na najważniejszych imprezach. Dlaczego lecimy w dół?

– Trudno powiedzieć. Tak naprawdę w Łodzi też nikt na nas nie stawiał, a my sprawiłyśmy niespodziankę i wygrałyśmy brązowy medal. Później coś się stało i to „coś” jest wielką niewiadomą, bo chyba nikt nie potrafi tak do końca powiedzieć, co poszło nie tak.

Nie mam zielonego pojęcia czy trzeba było postawić na zagranicznego trenera czy powołać tą a nie tamtą zawodniczkę… Pozostanie to dla mnie wielką niewiadomą. Jak mówiłam wcześniej, po 2009 roku kilka razy udowadniałyśmy, że potrafimy walczyć z reprezentacjami na najwyższym poziomie, ale zawsze brakowało ostatniego kroku i niesmak pozostawał.

Złe szkolenie młodzieży? Zły trener? Siatkarkom się nie chce? Różne padają diagnozy…

– Pamiętam, że zaczynając grać w lidze, mając te 17 lat już występowałam na najwyższym poziomie. Teraz często naprawdę duże  talenty, których przyszłość mogłaby się fajnie potoczyć, stoją w kwadracie i klaszczą. Dlaczego? Bo grają starsze albo zagraniczne zawodniczki. To jest chyba ten minus. W tamtych czasach nie bano się stawiać na młode siatkarki.

Wtedy rozsądniej wybierało się kluby, bo nie było takich pieniędzy. W porównaniu do obecnej sytuacji wówczas zarabiało się grosze, ale miało się ogromną radość z tego, że można grać w podstawowym składzie, trenować z najlepszymi, to było najistotniejsze. To, ile  będzie na koncie było drugoplanowe. Wiadomo, że ciężką pracą osiągało się to, że kontrakty przychodziły same.

Kiedyś zawodniczki, które miały ambitne cele szły do zespołów, w których mogły grać, nawet za mniejsze pieniążki, a nie szły do klubu, gdzie dostawały kontrakt życia, ale za cenę treningu z najlepszymi i sezonu w kwadracie. Później wychodzi brak ogrania na boisku, które jest bardzo istotne. Trening jest fajny, ale dochodzi presja, adrenalina, inny przeciwnik i znacznie trudniej udowodnić swoją wartość.

Gdy my wchodziłyśmy jako młode zawodniczki, nawet jak trafiałyśmy do kwadratu to pracowałyśmy i za wszelką cenę starałyśmy się udowodnić, że zasługujemy na grę w szóstce. Teraz odnoszę wrażenie, że kluczowe jest nie granie a jednak to, by pieniążki zgadzały się na koncie.

Za waszych najlepszych czasów bardzo trudno było o powołanie do kadry dla zawodniczki z kwadratu. Albo się klaskało albo grało w drużynie narodowej…

– Tak, dziś nie jest to regułą. Wiadomo, nie jestem trenerem, ani nie siedzę w głowie trenera Nawrockiego i nie wysyłam powołań. Niemniej myślę, że każda z tych bardziej doświadczonych zawodniczek miałaby jakiś swój typ i pomysł na zmiany w kadrze. To trener wybiera kierując się różnymi przesłankami. Nie ukrywam jednak, że gdybym to ja miała typować kadrowiczki, to trochę zmian bym zrobiła…

Szkoda, że niektóre zawodniczki, które moim zdaniem zasługują na to, by dostać szansę, jej nie dostają. Inne, które moim zdaniem nie zasługują na powołanie, grają w kadrze. Nie chcę jednak krytykować trenera, to nie jest moim celem, bo na pewno jest to bardzo mądry człowiek, który wie co robi.

Na koniec wróćmy jeszcze do podsumowania Twojej dotychczasowej kariery. Gdybyś mogła cofnąć czas o 15 lat, coś zmieniłabyś ?

– Trudno powiedzieć. Przeanalizujmy od początku. Pójście do Wrocławia ze Świdnicy na pewno było świetną decyzją. Dostałam szansę, żeby się pokazać, mogłam się tam rozwijać i tak naprawdę to tam zaczęła się dla mnie wielka siatkówka. Później przeszłam do Kalisza, gdzie poznałam swojego przyszłego męża, więc same pozytywy (śmiech).  Tutaj przyszły pierwsze triumfy, sukcesy i występy w Lidze Mistrzyń. Tu nabrałam doświadczenia na arenie międzynarodowej.

W tym momencie pojawiły się dla mnie pierwsze propozycje wyjazdu za granicę, na który wówczas nie byłam jeszcze gotowa. Kolejnym klubem było więc Bielsko, gdzie również odniosłam kilka fajnych sukcesów. Niestety tutaj zaczęłam się trochę sypać, kontuzje zaczęły mnie strasznie nękać…

Czy bym coś zmieniła? Może czasami starałabym się dać sobie więcej odpoczynku. Gdy jest się młodym fajnie jest obskakiwać wszystkie reprezentacje i grać na okrągło przez 12 miesięcy. Myślę jednak, że gdyby już na tym etapie ktoś zasugerowałby, że odpoczynek jest potrzbny, to organizm regenerowałby się lepiej i wszystko potoczyłoby się inaczej.

A z których momentów w karierze jesteś najbardziej zadowolona?

– Na pewno wytypowałabym brązowy medal mistrzostw Europy oraz srebrny medal igrzysk europejskich w Baku. Dorzuciłabym do tego grę w Chemiku Police, gdzie z roku na rok sięgałam po złoto, a w meczach Ligi Mistrzyń pokazywałyśmy, że potrafimy walczyć i wygrywać z najlepszymi. Te pojedyncze mecze zostaną w mojej pamięci.