Christian Fromm: Vital może dorywczo pracować jako Amor

Liczba Niemców w Jastrzębskim Węglu rośnie z każdym rokiem. Odnajdują się w śląskich warunkach bardzo dobrze. O szczegółach opowiedział nam w kawowym wywiadzie Christian Fromm.

Christian Fromm szybko zaaklimatyzował się w Polsce, choć język jest dla niego za trudny (fot. Daria Zmarzlik, VolleyCafe.pl)

Daria Zmarzlik: – W wywiadach przedsezonowych podkreślałeś, że nie miałeś większych wątpliwości przy podpisywaniu umowy w Polsce. Po tych kilku miesiącach podtrzymujesz tę opinię?

Christian Fromm (siatkarz Jastrzębskiego Węgla): – Na ten moment na pewno. Jestem zadowolony z tego, że tutaj wylądowałem. Zespół jest super, zawodnicy grają bardzo dobrze i cały czas widzę, że możemy grać jeszcze lepiej. Liga jest jedną z najlepszych, w jakich dane mi było grać. Dlatego z całą pewnością mogę powiedzieć, że tej decyzji nie żałuję.

A jak podoba Ci się w Jastrzębiu? Udało Ci się już zaaklimatyzować? Obecność Lukasa pomogła?

– Dzięki Bogu za Lukasa. Przed przyjazdem tutaj powiedział mi czego się spodziewać, potem pokazał mi gdzie jest najbliższy sklep, gdzie można wyjść na kawę czy szybki obiad. Dlatego jestem wdzięczny, że gramy w jednej drużynie. Jeśli chodzi o same miasto… pochodzę z Berlina, więc różnica samej wielkości Jastrzębia czy Żor jest nieporównywalna. Jednak trzeba przyznać, że mamy tu wszystko czego potrzeba. No i trzeba pamiętać, że dla nas siatkarzy najważniejszy jest klub w którym gramy i dla mnie plusem jest to, że gram w spokojnym mniejszym miejscu, bez niepotrzebnych rozpraszaczy od najważniejszego, czyli siatkówki.

Jak duża była pomoc Lukasa? Oprócz oprowadzania Cię, próbował dać Ci wskazówki jakich słów, czy zdań powinieneś się nauczyć?

– Na początku próbował. Szybko jednak się poddał, bo okazało się, że moje umiejętności do nauki języka polskiego są równe zeru. Dotarło też do mnie po jakimś czasie, że z angielskim tutaj nie jest źle. Dużo moich kolegów z drużyny potrafi po niemiecku powiedzieć więcej niż ja po polsku (śmiech). Poza tym każdy w klubie potrafi mówić po angielsku, więc tutaj nie mam żadnych problemów z komunikacją.

Lukas Kampa pomógł Christianowi w aklimatyzacji (fot. Daria Zmarzlik, VolleyCafe.pl)

Myślisz, że mimo perturbacji stać Was na walkę o najwyższe cele w tym sezonie?

– Z takim potencjałem i z takimi graczami szanse są wysokie. Oczywiście trzeba powiedzieć, że Zaksa Kędzierzyn-Koźle rozgrywa teraz rewelacyjny sezon, Warszawa wzmocniła się Kurkiem i Penczewem  i nie można ignorować, żadnej z drużyn grających w Pluslidze. Szczególnie kiedy gra się na wyjeździe, bo te potencjalnie słabsze drużyny są groźne i mogą napsuć krwi.

Niemniej jednak myślę, że nasze szanse gry w finale są wysokie, dlatego, że widzę jak spisujemy się na boisku, jak trenujemy, jak nasz potencjał wzrasta. Trzeba pamiętać, że jesteśmy ludźmi i każdemu może się niekiedy powinąć noga.

Na Twoja ocenę PlusLigi nie wpłynęła nawet sytuacja w Szczecinie? Ostatnio u nas mówiło się mniej o sporcie, a więcej o finansach…

– Dla mnie przede wszystkim przerażającym było oglądać jak szybko potrafi się rozpaść drużyna. To wielka szkoda dla zawodników, całego sztabu jak i dla Plusligi, bo wiadomo, że poziom spadł. Nie spodziewałem się, że teraz po mistrzostwie świata siatkarzy, coś takiego może mieć miejsce, ale niestety Szczecin nie jest jedyną drużyną, której się to przytrafiło i pewnie nie ostatnią. Jeśli chodzi o mój punkt widzenia ligi to nie zmienił on się drastycznie. Dalej jestem szczęśliwy, że mogę tu grać.

Grałeś w różnych ligach: niemieckiej, włoskiej, tureckiej… W którejś z nich spotkałeś się z podobną sytuacją i aż tak wielkim zamieszaniem jak przetasowania pod koniec 1. rundy w PlusLidze?

– Widziałem już, że drużyny w trakcie sezonu nie płaciły zawodnikom na czas lub miały miesięczne przesunięcia, ale żeby było tak źle, że klub musi się wycofać z rozgrywek widzę pierwszy raz i mam nadzieję, że więcej nie zobaczę, bo jest to po prostu smutne dla całego świata sportowego. Nie wiem co tam się dokładnie stało, kto zawinił, ale to zawsze jest przykry obrazek.

Twoim zdaniem takie kluby jak Szczecin powinny być piętnowane i skazane na bankructwo czy tak jak miało to miejsce u nas, powinno się im oferować wsparcie, by były w stanie dograć sezon? Co jest lepsze dla siatkówki?

– Teraz rodzi się pytanie jak im najlepiej pomóc. Można by wypożyczyć siatkarzy, którzy na przykład nie grają w swoich klubach, ale to nie rozwiązuje w żaden sposób problemów finansowych. Trudne pytanie. Pożyczanie pieniędzy raczej nie wchodzi w grę, bo każdy klub ma rozpisany budżet tak, żeby mieć zapewniony stabilny sezon.

Jastrzębski Węgiel ma potencjał, by w tym sezonie walczyć o najwyższe cele
(fot. Daria Zmarzlik, VolleyCafe.pl)

Również u Was nie zabrakło zawiłości. Rzadko trener rezygnuje z klubu, który buduje od podstaw. Jak wy zawodnicy podchodziliście do decyzji Fefe?

– Z profesjonalnego punktu widzenia, my jako zawodnicy potrafimy to zrozumieć. Lube to bardzo dobry zespół i też aspekt tego, że będzie w swojej ojczyźnie, bliżej rodziny, z jego językiem. Z drugiej strony wielu z nas, w tym ja, podpisaliśmy umowy ze względu na trenera właśnie, który miał jakiś plan, miał projekt budowania drużyny, chciał tutaj coś zbudować. Mijają trzy miesiące, a on odchodzi. Jakby to jeszcze było pod koniec sezonu, łatwiej byłoby się z tym pogodzić, a tak wprowadziło to tylko niepotrzebny niepokój w drużynie i całym klubie. Ważne jest też to, że dowiedzieliśmy się o tym bardziej z mediów niż od trenera. To pozostawiło niesmak.

Nie podzielił się z Wami tą informacją?

– Podzielił, ale wtedy już było to raczej wszystkim wiadome. Nie przeprosił też za bardzo, że zostawia nas w środku sezonu i teraz musimy szukać nowego trenera. Nie zawsze potem wiadomo jak będzie się ta współpraca układać, a z nim przecież graliśmy dobrze, więc to też nie było dlatego, że my graliśmy źle.

Nie było to łatwe, ale jako drużyna poradziliśmy sobie. Powiedzieliśmy, że i tak chcemy wygrywać każde spotkanie, niezależnie kto stoi przy linii końcowej. Teraz z Roberto układa się wszystko dobrze i nie mamy na co narzekać.

Wspomniałeś, że de Giorgi był przyczyną Twojego przejścia do Jastrzębskiego Węgla. Jak się poczułeś, gdy trener postanowił zmienić barwy? 

– Byłem rozczarowany też tym, że wcale nie przyszła mu ta decyzja z trudnością. Nie przeprosił za to, że mnie opuszcza i zostawia mnie komuś innemu. Powiedziałem sobie jednak, że nie mogę nad tym długo rozpaczać i teraz zostawić drużyny, bo każdemu jest ciężko. Jest to trudne, bo musisz na nowo zaufać trenerowi, który zajmuje miejsce poprzednika, a to wymaga jednak czasu. Dopóki nasza gra z Roberto nadal będzie się tak dobrze układać, nie będę narzekał. Chcę też grać tutaj za rok, więc liczą na to, że wszystko dobrze się skończy dla mnie i całego klubu.

Czy Włoch Włochowi równy? Przyszedł trener Santilli, teoretycznie ta sama mentalność, włoska natura, czy różnice w prowadzeniu drużyny są duże czy niewielkie?

– Różnice są widoczne. U de Giorgiego było o wiele więcej reguł i zakazów. Nie tylko w treningu, ale i godzinach posiłków. Było bardziej surowo i była większa kontrola. U Roberto mamy więcej wolności, co dla nas dojrzałych mężczyzn jest w sumie normalne i całkowicie zrozumiałe. Ważnym tutaj jest tylko to, co my pokazujemy na boisku, to jak się prezentujemy. Znam to trochę z reprezentacji, bo Giani jest podobnym trenerem.

Jestem dorosłym mężczyzną i wiem co jest dla mnie dobre, a co złe, jak mam się zachowywać jako profesjonalista. Jeśli chodzi o trening to jest kilka taktycznych zmian, jak mamy zachować się na boisku. Same ćwiczenia wyglądają inaczej. Nie mamy tak długich jednostek treningowych, nie jesteśmy zbyt eksploatowani, ale tutaj każdy trener ma własną strategię. Na ten moment uważam, że strategia Satilliego też może się sprawdzić i może dla niektórych graczy wyjdzie to jeszcze lepiej, bo Roberto rozmawia z nami jeszcze więcej niż robił to Fefe. Niekiedy personalne rozmowy są lepsze.

Mam jeszcze kilka przyjemniejszych pytań. Wiele w naszym kraju mówiło się o Twoim małżeństwie zaaranżowanym przez naszego selekcjonera-swatkę Heynena. Rekomendujesz go wszystkim samotnym Polakom i Polkom?

– To dla mnie była naprawdę ciekawa historia. Zainicjował to na Twitterze, a potem zainteresowały się tym i telewizja i radio. Chłopaki mieli powód do śmiania się. Nie wiem tylko czy nasz związek jest potwierdzeniem tego, że Vital może pracować dorywczo jako Amor (śmiech). Jestem mu jednak wdzięczny, bo posiadanie takiego oparcia w formie bliskiej drugiej połówki pomaga w życiu i Maren wspiera mnie w 100% procentach.

Żona jest dużym wsparciem dla siatkarza (fot. Daria Zmarzlik, VolleyCafe.pl)

Jak to jest z siatkarskim związkiem? Ty grasz w Polsce, Maren w Niemczech to chyba nie jest prosta sytuacja? Przy szalonych kalendarzach FIVB, CEV czy lig chyba nie macie zbyt wiele czasu dla siebie…

– Maren tylko na początku sezonu pomagała w Szwerinie i dzięki Bogu od dwóch miesięcy jest tutaj ze mną. Teraz może mieć pauzę od grania. Ma możliwość, by coś postudiować, być ze mną, bo ostatnie 2-3 lata były straszne. Nawet kiedy razem graliśmy w Turcji widywaliśmy się raz w tygodniu. Kiedy miałem wolne to jechałem do niej, bo albo miała trening karny za złe wyniki, albo nie miała wolnego dnia. Jak grałem we Włoszech było jeszcze gorzej, bo widywaliśmy się raz na miesiąc. Jako, że i tak Maren zastanawiała się nad przerwą od siatkówki cieszymy się, że możemy się teraz widywać codziennie i po prostu być ze sobą.

A nie myśleliście o znalezieniu klubu w jednym kraju? Mamy w Polsce taką jedną nierozłączną siatkarską parę, która jest najlepszym dowodem na to, że się da.

– (śmiech) Myśleliśmy nad tym, niestety nie było dogodnych dla nas ofert. Kiedy wiedziałem, że idę do Jastrzębia Maren nie miała żadnych propozycji w okolicy. Wtedy przyszło pytanie z Niemiec i Maren się zgodziła na pomoc klubowi. Teraz ma przerwę i udało się jesteśmy w jednym mieście.

Na koniec powiesz jeszcze czy pijasz kawę?

– Moja ulubiona kawa to cappuccino. Śmiali się ze mnie we Włoszech, bo tam pije się to tylko rano do śniadania, a ja piłem ją niekiedy jeszcze po obiedzie czy wieczorem (śmiech). Teraz jednak pijam więcej espresso, bo i w domu i w szatni mamy maszynę do espresso. Jednak cappuccino to byłby mój pierwszy wybór.

Daria Zmarzlik

Napisz do autorki: d.zmarzlik@volleycafe.pl