Daniel Pliński: Maksymalnie wykorzystałem swój potencjał

O tym, jak z klasą zakończyć karierę, planach na przyszłość i powrocie do siatkówki plażowej rozmawiamy z miłośnikiem kawy z Pucka – Danielem Plińskim.

DanielPlinski
Daniel Pliński i jego słynny kubek (fot. archiwum prywatne)

Czujesz się częścią generacji, która odchodzi od profesjonalnego grania?

– Niestety, 70-te roczniki powoli w naszej lidze liczą się coraz mniej. Ja staram się nadal walczyć i na plaży, i w hali, ale zdaję sobie sprawę, że jestem bliżej końca niż początku. Ubolewam nad tym, bo kocham siatkówkę i nigdy w życiu się z tego nie wyleczę. Granie kończy się dla mnie rano, kiedy wychodzę z sypialni, idę  sobie zrobić kawę i czuję, jak wszystko mnie boli. To znak, że trzeba powoli zejść ze sceny.

Jedną z kluczowych decyzji w tym kontekście była dla Ciebie tegoroczna zmiana klubu?

– Z tego co się orientuję, to miałem możliwość pozostania w Skrze Bełchatów, ale jednak nie interesowała mnie ławka rezerwowych. Ja uwielbiam rywalizację! Wybrałem klub teoretycznie słabszy ,ale trafiłem na fantastyczną grupę ludzi i nie zmieniłbym tego zdania.

Masz teraz inne priorytety sportowe?

– Dużo siatkarzy w moim wieku kieruje się przede wszystkim tym, żeby zarobić, a nie interesuje ich granie. Ja zrobiłem odwrotnie. W Radomiu na warunki finansowe nie mogę narzekać, bo są one dobre, dlatego dziękuję ludziom, którzy obdarzyli mnie zaufaniem. Nie ma co jednak oczywiście porównywać tego do Skry, bo to najlepszy klub ostatniej dekady w Polsce. Każdy siatkarz w naszym kraju marzy, aby w nim występować, ale ja zadecydowałem inaczej.  Przyszedłem do Radomia, aby grać i pracować z Robertem Pryglem.

Kiedy trzeba zejść ze sceny? Jak Mariusz Wlazły z medalami na szyi i po zdobyciu nagród indywidualnych?

–  Mariusz rezygnował już wcześniej z kadry, jak zespół przegrywał i jednak wrócił. Myślę, że jest jeszcze możliwość, że on zagra w reprezentacji. Jeśli chodzi o mnie, to kiedy nie będę już grał w średnim klubie ze środka tabeli, tak jak Czarni Radom, to skończę swoją przygodę z siatkówką. Teraz jednak o tym nie myślę, mamy nowego trenera, który już mnie uprzedził, że będziemy ciężko trenować rano i wieczorem. Przygotowania zaczynamy w połowie sierpnia.

Co po zakończeniu kariery? Chciałbym zostać trenerem. Trochę w siatkówkę pograłem, mam doświadczenie i wiedzę, więc może moje wskazówki pomogą jednej czy dwóm osobom. Czuję się na siłach, żeby to robić, choć w Polsce nie mamy mody na zatrudnianie polskich trenerów. Obcokrajowcy mają większy kredyt zaufania i więcej im wolno. Chciałbym zacząć troszkę inaczej niż młodzi szkoleniowcy w ostatnim czasie – zamiast od razu być głównym trenerem, wolałbym zacząć od asystowania. Przykładowo Robert Prygiel pracuje od tego sezonu z Raulem Lozano, Wojtek Serafin z Andreą Anastasim. Fajnie popracować z doświadczonym trenerem, który dużo potrafi. Nie boję się takiej decyzji, myślę, że to kwestia pojawiania się dobrej propozycji.

Czyli taka zamiana ról w pewnym wieku to tylko impuls?

– Do tego się dojrzewa przez jakiś czas. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że trenerem się jest 24 godziny na dobę. To ciężka praca. Trenowanie jest trudniejsze niż bycie zawodnikiem, bo siatkarz przychodzi, robi swoje i wraca do domu, a trener żyje kłopotami, co ma robić drużyna. Choć to na pewno także wielka przyjemność.

Dużo zmieniła się Twoja filozofia myślenia o siatkówce w toku całej kariery?

– Myślę, że każdy młody siatkarz na mojej pozycji chce przede wszystkim zdobywać punkty. Ale to przecież nie jest najważniejsze, liczy się zwycięstwo. Czasami nie zdobędzie się bezpośrednio żadnego punktu, ale piłka tylko wiele razy dotknie środkowego i ratuje zespół. Dzięki zawodnikom, którzy grają nawet na zerowych procentach, drużyna może mieć kontrę, a co za tym idzie cała grupa zdobywa punkt. Niektórych zawodników nie widać na boisku, ale oni naprawdę wykonują ciężką pracę.

Żałujesz czegoś?

– Coś na pewno by się znalazło, ale teraz trudno mi to wskazać. Często reagowałem spontanicznie i pozwoliło mi to zdobyć to, co zdobyłem. Jeśli chodzi o mój potencjał, to więcej nie dało się z niego wycisnąć, maksymalnie go wykorzystałem. Myślę, że moja kariera była uporządkowana.

Łatwiej pożegnać się z siatkówką dzisiaj niż kiedyś?

– Ludzie, którzy mają trochę niewyparzony język, a ja taki miałem, albo i nadal mam, mają jednak trudniej. Ci, którzy siedzą cicho, jednak szybciej organizują sobie życie po zakończeniu kariery. Przede wszystkim kiedyś nie było takiego zainteresowania – pieniędzy, telewizji. Dzisiaj jest po prostu większa konkurencja. Z drugiej strony mamy również więcej ośrodków szkoleniowych, a w rozwój dzieci i młodzieży angażuje się też państwo, choć siatkówka nie jest i numerem jeden nie będzie. Nawet ja mając do wyboru średni mecz PlusLigi i topowy polskiej ligi piłki nożnej, wybieram piłkarzy. Resovii ze Skrą oczywiście nie odpuszczam!

Z siatkówką plażową związaliście się z Marcinem Wiką dla zabawy czy to poważny plan?

– Sezon zaczynamy za 3 miesiące. Wyobraź sobie, jak bym wyglądał, jakbym wrócił po leżeniu na plaży przez taki długi czas. Jadłbym, opalał się i przybrał 10 kg, a z wagą doszedłbym do ładu w styczniu. Dlatego właśnie zdecydowałem się na granie na plaży. Poza tym to wspaniałe emocje, atmosfera, zawsze można się czegoś nauczyć. Dlatego ludzie, którzy posmakowali piasku, a potem poszli do hali, chętnie wracają.

Pomysł gry z Marcinem zrodził się już kilka miesięcy temu, zadzwonił do mnie ze Szwajcarii. Pochodzimy z jednego miasta, z Pucka, jesteśmy ojcami chrzestnymi swoich dzieci, żyjemy prawie jak rodzina, więc decyzja była automatyczna. Chcieliśmy znaleźć sponsorów i na szczęście się udało i chciałbym teraz bardzo podziękować firmie Administrator, Cerrad i firmie Ever Last. Dzięki ich pieniądzom możemy jeździć na turnieje i trenować. Zupełnie inaczej jest, jak ktoś przyjeżdża na zawody i musi za wszystko płacić z własnej kieszeni. Plażowicze nie zarabiają dużych pieniędzy i tu widać sporty problem i niewykorzystany potencjał. My już nawet w skali światowej nie mamy jednej pary, ale cztery, a nawet pięć, które biją się z czołówką. Tutaj [podczas  Plaży Wolności w Poznaniu – przyp. red.] pula nagród jest w miarę spora, ale w innych miejscach jestem przekonany, że zawodnicy sami sponsorują sobie grę, a przecież tych pieniędzy też za dużo nie mają. To tylko świadczy o tym, że ludzie mają pasję.

Generalnie przez całe wakacje jest 11 turniejów eliminacyjnych, a potem wielki finał mistrzostw Polski. Przez całe lato będziemy jeździć na różne turnieje, żeby bawić się siatkówką, ale też zbierać punkty do rankingu, by być lepiej rozstawionym. Oczywiście zdajemy sobie z Marcinem sprawę, że kadrowicze, którzy grają cały sezon na piasku grają dokładniej, ale chcemy powalczyć doświadczeniem i pozytywnymi emocjami.

Masz jeszcze jakiś cel sportowy?

– Kiedy miałem 15 lat, marzyłem, żeby być siatkarzem plażowym, a potem pojawił się Raul Lozano i powołał mnie do reprezentacji (śmiech). Na dzień dzisiejszy chcę rywalizować przez 3 miesiące na plaży i od czasu do czasu awansować do czwórki. Jeśli chodzi o mój klub Cerrad Czarni Radom, to chciałabym awansować do szóstki PlusLigi. Moje plany sportowe nie wybiegają teraz mocno w przyszłość. Życiowo marzyłbym, aby wrócić do Pucka, gdzie mam dom od 7 lat, a spędziłem tam łącznie może z 12 miesięcy. U mnie nie było źle, ale jak każdy ojciec chciałbym też, żeby moje dzieci miały lepszy start niż ja.

O kawie wspominałeś na początku, więc nie sposób teraz nie zapytać – jaką pijesz?

– Ja kocham kawę! W Pucku mam ekspres, w Radomiu mam ekspres. Uwielbiam podwójne espresso. Mój dzień zaczyna się od kawy parzonej z mleczkiem w półlitrowym kubku. Potem od razu wlatuje podwójne espresso. Jem śniadano, trening i znowu podwójne espresso. Ja piję z 6 kaw dziennie!