Dariusz Daszkiewicz: W każdym dużym mieście powinien działać klub sportowy

Dariusz Daszkiewicz po latach spędzonych w Kielcach został szkoleniowcem GKS-u Katowice. Jak zmieniły się jego warunki pracy? Jak przyjął informację o upadku kieleckiej siatkówki? M.in. o tym w naszym kawowym wywiadzie.

Trener Daszkiewicz nie wyobraża sobie dnia bez filiżanki kawy
(fot. Renata Respondek, VolleyCafe.pl)

Renata Respondek (VolleyCafe.pl): Trener tie-breaków? Dodaje pan już sobie taki człon do nazwiska?

Dariusz Daszkiewicz (trener GKS-u Katowice): – Wywodzę się z siatkówki młodzieżowej, pracowałem w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Spale, więc trzymam się wersji, że ze względów szkoleniowych trzeba grać pięć setów. Chyba tylko tak to można tłumaczyć (uśmiech).

W okresie przygotowawczym zwykle w ten sposób graliśmy sparingi, że dwa sety grała pierwsza szóstka, potem dwa sety druga. Śmialiśmy się, że może i w lidze trzeba ten system zastosować. Może wtedy wynik byłby inny niż tie-break?

Generalnie nie mam nic przeciwko graniu pięciu setów, możemy już grać same tie-breaki do końca sezonu, pod warunkiem, żebyśmy więcej tych decydujących partii wygrywali. Każdy punkt jest cenny i przybliża nas do naszego celu, jakim jest awans do czołowej ósemki.

O ile przegrywanie tie-breaków z faworytami nie boli, o tyle porażka w piątym secie z niżej notowanymi rywalami już tak, prawda?

– Każdy tie-break był inny. Przypomniałbym tu na przykład tie-break w Bydgoszczy. Pracując kilka lat w Kielcach nigdy nie udało mi się odnieść zwycięstwa w Łuczniczce. We wszystkich spotkaniach tam rozgrywanych moja drużyna wygrała zaledwie jednego seta. Z reguły graliśmy tam bardzo źle.

Dwa pierwsze sety z Visłą były zdecydowanie najgorszymi, jakie rozegraliśmy w tym sezonie. Potem udało nam się przełamać naszą niemoc. Zaczęliśmy grać lepiej i wygraliśmy ten mecz 3:2. To było bardzo cenne zwycięstwo. Choć kompletnie nic nam nie wychodziło, to cały czas zespół był razem i próbował coś zrobić, żeby poprawić swoją dyspozycję. Ten tie-break, choć nie był rozgrywany z potentatem, zaliczam jak najbardziej do tych pozytywnych.

Da się jakoś wytrenować wygrywanie tie-breaków? Czy to jednak bardziej loteria?

– W piątych setach jest jednak dużo loterii. W Olsztynie przegrywaliśmy w tie-breaku 1:6, po czym udało nam się podgonić. Z Warszawą rozpoczęliśmy od zdecydowanego prowadzenia i nam się nie udało. Trudno więc wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski. Wydaje mi się, że indywidualna forma każdego z zawodników w tym konkretnym momencie jest decydująca, bo losy ważą się w jednej czy dwóch piłkach.

GKS Katowice znaczy tie-break (fot. Facebook GKS Katowice)

Zostawmy te tie-breaki. Proszę mi powiedzieć jak się pan zadomowił w Katowicach?

– Nie mieszkam w Katowicach, a w Będzinie. W Katowicach w zasadzie bywam tylko w hali, na treningach i meczach. Obiekt jest bardzo fajny, zarówno do trenowania, jak i grania. Jego jedynym problemem jest lokalizacja. Z różnych względów nie zachęca ona kibiców do przychodzenia na mecze. I wcale frekwencja na naszych spotkaniach nie wynika z tego, że ludzie nie chcą oglądać siatkówki. Wynika raczej z animozji kibicowskich, wywodzących się z piłki nożnej oraz z problemów z dojazdem.

Myślę, że gdyby ta hala stała w innym miejscu to byłaby pełna. Pierwszy mecz z Resovią pokazał, że jest to możliwe. Na pewno wszyscy musimy pracować nad tym, by była to reguła. Zarówno my swoją grą, jak i dział marketingu swoimi działaniami. Mam nadzieję, że na mecz z Aluronem uda nam się zapełnić Spodek.

Podjął pan współpracę z GKS-em po wielu latach pracy w Kielcach. Jak ocenia pan to, co stało się z siatkówką w tym mieście?

– Boli mnie to, że w tej chwili nic z siatkówki w Kielcach już nie zostało. Dwanaście lat temu zaczynaliśmy od zera, bo była to druga liga. Udało się zbudować zespół, który grał w PlusLidze, kilkakrotnie rywalizował w play offach. Raz nawet był o krok od sprawienia wielkiej niespodzianki, bo dopiero w piątym meczu przegraliśmy z Jastrzębskim Węglem mecz o wejście do najlepszej czwórki. W tej drużynie wielu młodych zawodników zaczynało swoją siatkarską karierę, jak chociażby Bieniek, Komenda czy Penczew.

Udawało nam się co roku budować zespół, w zasadzie nie mając w ogóle pieniędzy. W trzecim sezonie Effectora mieliśmy ekipę zbudowaną za 750 tys. zł brutto, gdzie najwyższa pensja to było 10 tys. zł, druga to było 7 tys., a później wszystko 5 tys. i mniej. We współczesnej siatkówce dwóch zawodników w średnim klubie zarabia większe pieniądze.

Druga sprawa jest taka, że zaczynałem pracę, prowadząc równocześnie zespół juniorski. Udało nam się z nim awansować do finałów mistrzostw Polski, choć wcześniej w województwie świętokrzyskim nikt nie grał nawet w półfinałach. Zaczynałem od trzech zawodników w ramach klasy sportowej przy Zespole Szkół nr 1, a z czasem przerodziło się to w 35 graczy.

Moim zdaniem osoby nieodpowiedzialne doprowadziły do tego, że siatkówka w Kielcach praktycznie przestała istnieć. Nie funkcjonuje zespół seniorski, a co za tym idzie cała młodzież zrezygnowała i poszła gdzieś indziej. Ciężka praca przez lata poszła na marne i nie zostało z niej nic. To jest wielki problem.

Dlaczego tak się stało?

W dużej mierze było to spowodowane finansami, ale wynikało to z tego, że odpowiedzialne za to osoby powinny dużo ciężej pracować nad pozyskiwaniem sponsorów i organizacją klubu. Niestety nie stanęły one na wysokości zadania. Zawiodło również miasto. Sam próbowałem rozmawiać ze wszystkimi, by przynajmniej utrzymać drugą ligę i umożliwić rywalizację grupie młodzieży. Nikt nie chciał ze mną nawet podjąć dialogu.

Promowane przez lata hasło: „Kielce miastem sportu” jest moim zdaniem bardzo przesadzone. Jeżeli osoby z miejskiej komisji sportu nawet nie chcą się spotykać i rozmawiać, by rozwiązać problem to powinno się taką komisję rozgonić na cztery strony świata i powołać nową. Kolejnym problemem jest świętokrzyski związek siatkówki, który działa jak działa, czyli mówiąc krótko, w zasadzie w ogóle nie funkcjonuje. Zespołów młodzieżowych w każdej kategorii wiekowej jest jak na lekarstwo.

Może przydałyby się jakieś rozbiory województwa świętokrzyskiego? Podzieliłoby się je między trzy inne województwa i wtedy zaczęłoby się tam dziać coś pozytywnego? W tej chwili jeżeli chodzi o siatkówkę to jest dramat pod każdym względem.

Trener Daszkiewicz nie może pogodzić się z tym, że 12 lat pracy w Kielcach zostało zmarnowane (fot. Facebook GKS Katowice)

Problem z siatkówką polegał też na tym, że musiała ona konkurować z bardzo silną w mieście piłką ręczną?

– Największy problem z pozyskiwaniem sponsorów polegał na tym, że ktoś musiał do nich iść. Nikt nie poczuwał się do tego, by szukać źródeł finansowania, rozmawiać z biznesem. To nie działa tak, że do klubu przychodzi ktoś i mówi: „dzień dobry, ja chciałbym dać milion złotych”. Walka o pieniądze wygląda trochę inaczej. Gdy do klubu wszedł Effector, przez pięć lat na palcach jednej ręki można było policzyć nowych sponsorów. Nikt ich nie szukał i cały czas słyszało się tylko: „nie da się”. Efekt był taki, że co roku budowaliśmy tańszy zespół, bo trzeba było spłacić długi. Nikt nie wyciągał wniosków i nie próbował zmienić sytuacji.

Jak na tym tle wygląda siatkówka w Katowicach?

– Tutaj sytuacja jest o tyle fajna, że przynajmniej budżet jest stabilny. Odchodzi główny problem — zawodnik nie musi się martwić, czy dostanie wynagrodzenie za swoją pracę. Poza tym do dyspozycji mamy obiekt w Szopienicach. W idealnej sytuacji moglibyśmy z niego korzystać dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebujemy, niestety aż tak dobrze nie jest. Musimy dzielić się ze szkołą i innymi, którzy korzystają z tej hali. Czasem trzeba coś zmienić, bo wynika to bezpośrednio z terminarza, a to już stanowi problem.

Uważam, że tutaj w Katowicach są duże rezerwy jeżeli chodzi o szkolenie młodzieży. Ta kwestia leży. Trzeba by usiąść z władzami miasta i wypracować jakąś politykę w tej kwestii. Klub może mieć pomysły, ale za nimi muszą iść finanse. W tak dużym mieście powinno być przynajmniej sześć szkół, które mają klasy sportowe z siatkarską specjalnością. Zwłaszcza, że jeśli tworzy się klasę sportową można pozyskać na nią subwencję i w znacznej części jej funkcjonowanie jest finansowane z ministerstwa.

Cały proces edukacyjny powinien kończyć się szkołą mistrzostwa sportowego z prawdziwego zdarzenia. Myślę, że jest to jak najbardziej do zrobienia. Potrzeba jednak czasu, pieniędzy i przede wszystkim ludzi. Z tym ostatnim jest największy problem.

Co pan ma na myśli?

– W Polsce lekcje wychowania fizycznego to jest jakiś dramat. Dzieci nie potrafią nic. W liceum już 70 proc. dziewcząt jest zwolnionych z w-fu. Jakby porównać sprawność fizyczną dzieci i młodzieży 20 lat temu i dziś to można się pokusić o brutalną diagnozę, że dziś mamy więcej niepełno niż pełnosprawnych ruchowo.

Od 12 lat organizuję turnieje minisiatkówki. Nawet kilka dni temu uczestniczyłem w takim, gdzie pojawiło się 300 dziewczynek. W tej kwestii nic się nie zmieniło, dzieci chcą się ruszać, tylko ktoś musi z nimi pracować. Nauczycieli z pasją jest jednak coraz mniej, bo każdy ceniący się człowiek z pasją znajdzie pracę, w której się zrealizuje i jeszcze mu za to zapłacą. Za darmo po godzinach dziś już nikt nie chce podejmować działalności.

Dzieci się nie zmieniły. Jeśli w trzeciej czy czwartej klasie zaszczepi się w nich sportowego bakcyla to jesteśmy w stanie wygrać z telefonami i internetem. Problem polega na tym, że w żadnym z samorządów pieniędzy na to nie ma.

Dla mnie w każdym dużym mieście powinien być sensowny klub sportowy, składający się z drużyny seniorskiej i grup młodzieżowych. Te drugie powinny być finansowane w 50 proc. przez rodziców i w 50 proc. przez samorządy. W przypadku seniorów niech to też będzie 50 na 50 samorząd i biznes. Do tego dochodzą uczelnie. Na nich również powinny funkcjonować zespoły we wszystkich dyscyplinach, przynajmniej na poziomie drugiej ligi. Kiedyś o sile sportu decydowały kluby akademickie, w tej chwili jest jeden, może dwa AWF-y, które mają siatkówkę na poziomie ligowym. Wszystko na uczelniach sportowych zostało postawione na głowie. Skutek jest taki, że brakuje nam młodych trenerów, a więc osób uczących później dzieciaki i grupy młodzieżowe…

Dzięki Siatkarskim Ośrodkom Sportowym nastąpiła duża poprawa sytuacji. Mamy fajne wyniki seniorów, reprezentacji młodzieżowych, ale uważam, że w tym zakresie wciąż mamy bardzo dużo do zrobienia i do poprawy. Celem powinno być, by jak największa grupa dzieciaków grała w siatkówkę. By to mogło się udać potrzebni są młodzi trenerzy. Ci zaś powinni mieć zapewnione takie warunki finansowe, by opłacało się im wybierać taką ścieżkę zawodową.

Mimo wszystko zakończmy naszą rozmowę optymistycznie. Lubi pan kawę, prawda?

– Od niedawna mamy nowy ekspres w klubowym biurze i od kiedy go dostaliśmy wypijamy bardzo dużo kawy. Zwłaszcza, że nasz kierownik znalazł doskonałą palarnię kawy w Katowicach, co chwila mamy więc inną – kolumbijską, etiopską, brazylijską – świeżutką i pyszną.

Zwykle pijam białą kawę, choć proszę, by podano mi osobno kawę i mleko, gdyż lubię taką z niewielką domieszką mleka. Aczkolwiek w hali zwykle jest to espresso i to podwójne, kilka razy dziennie. Wynika to głównie z tego, że permanentnie zapominamy kupić mleka.

Nie wyobrażam sobie dnia bez kawy. Zwykle są to dwie, trzy filiżanki.