Dmytro Pashytskyy: Złoszczę się i przeklinam po polsku!

Ciągłe przeprowadzki, poznawanie nowych miejsc i przyswajanie kolejnych języków. Nie ma wyzwania, któremu nie sprostałby Dmytro Pashytskyy. Przy kawie ukraiński środkowy LOTOSU Trefla Gdańsk opowiedział nam o swojej sportowej drodze oraz motywacji do nauki polskiego.

dsc_6704
Kawowy wyborem Dimy jest cappuccino (fot. Anna Kołakowska)

Anna Kołakowska: Pochodzisz z Ukrainy. Jednak, że gdy byłeś mały razem z rodzicami wyjechałeś do USA, a później na Łotwę. Nie męczyły Cię częste przeprowadzki i zmiany otoczenia?

Dmytro Pashytskyy (środkowy Lotosu Trefla Gdańsk): – Oczywiście, że męczyły. Byłem zbyt mały, żeby to pamiętać, ale rodzice mówią, że opuściliśmy Ukrainę, gdy miałem zaledwie dwa latka. Ogromna liczba podróży spowodowała, że szybko przyzwyczaiłem się do takiego trybu życia.

Dużo w tym również zasługi moich rodziców. Moja mama była profesjonalną siatkarką i grała między innymi na Słowenii czy w Szwajcarii. Zdarzało się tak, że jednego roku zostawałem w domu, a w kolejnym jechałem razem z nią.

Od małego miałem więc styczność z siatkówką, ale początkowo tylko w wydaniu kobiecym. Wtedy obserwowałem ten sport jako kibic, czasem podawałem piłki. Sam zaś od ósmego do szesnastego roku życia grałem w koszykówkę.

Czemu więc zwróciłeś się w stronę siatkówki?

– To śmieszne, ale wśród koszykarzy wcale nie wyróżniałem się wzrostem. W całej drużynie byłem jednym z najniższych. Taki maluszek (śmiech). Do osiemnastki urosłem jeszcze jakieś 20 centymetrów. Miałem 2 metry i oczywiste stało się, że powinienem realizować się w sporcie.

Siatkówkę zacząłem trenować dzięki mojej mamie. Jestem jest za to ogromnie wdzięczny. Wcześniej trochę grywałem w plażówkę, więc miałem już pewne doświadczenie w tym sporcie. Po przeprowadzce na Łotwę zacząłem trenować siatkówkę halową. Już na pierwszych zajęciach trener stwierdził, że mam duży potencjał i jeśli będę ciężko pracował osiągnę sukces.

dsc_7123
Swoją siatkarską przygodę Dima rozpoczynał na Łotwie (fot. Anna Kołakowska)

Mówisz, że przygodę z siatkówką zaczynałeś na Łotwie. To  jednak nie jest kraj, który kojarzy się z tym sportem. Czy są tam specjalne szkoły dla młodych siatkarzy?

– Tak, funkcjonuje tam sporo szkół siatkarskich. Łotwa należała kiedyś do ZSRR, a radziecką siatkówkę od zawsze uznawano za jedną z najlepszych na świecie. Mieliśmy trenera, któremu zależało na tym, aby wyszkolić nas na wszechstronnych zawodników. Gdy przychodziliśmy na treningi nie byliśmy ustawiani na konkretnych pozycjach. Równie ciężko pracowaliśmy nad wszystkimi elementami gry. Dzięki temu nauczyłem się nie tylko dobrze atakować i blokować, ale również prawidłowo przyjąć lub rozegrać piłkę.

Jako środkowy zacząłem grać dopiero w Estonii. Tamtejszy trener potrzebował zawodnika na tę pozycję. Wybrał mnie, ponieważ odpowiadały mu moje umiejętności i warunki fizyczne.

Wspomniałeś, że Twoja mama była siatkarką. Czy ona również angażowała się w Twoje treningi?

– Nie. Dzięki niej dostałem się pod opiekę bardzo dobrego trenera. Mama przez cały czas mocno mnie wspierała, ale nie wtrącała się w mój cykl szkoleniowy, gdyż nie chciała zaburzać pracy trenera, któremu ufała.

Ukrainę opuściłeś jako małe dziecko. Czy będąc już dorosłym człowiekiem często odwiedzasz swój rodzinny kraj?

– Oczywiście, że tak. Przez dwanaście lat z rzędu miałem taki zwyczaj, że co roku spędzałem na Ukrainie około dwóch tygodni. W końcu mieszka tam mój ojciec oraz bardzo wielu krewnych. Niestety przez ostatnie trzy lata nie miałem możliwości, aby tam jechać. Stale jednak utrzymuję kontakt z moimi bliskimi.

Miałeś okazję mieszkać w różnych krajach. W którym z nich chciałbyś osiedlić się na stałe po zakończeniu kariery?

– W Estonii, gdzie przebywa moja dziewczyna i bardzo wielu znajomych. Jestem związany z tym krajem. Mam tam już nawet swoje mieszkanie.

dsc_5281
W sezonie 2016/17 siatkarz reprezentuje barwy LOTOSU Trefla Gdańsk (fot. Anna Kołakowska)

Przejdźmy do kwestii lingwistycznej. W jakim języku porozumiewałeś się z rodzicami podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych?

– Szczerze mówiąc nie pamiętam (uśmiech). Myślę, że rozmawialiśmy naprzemiennie – trochę po rosyjsku, a trochę po angielsku. Jednak to tylko moje domysły.

A jak wspominasz swój pierwszy kontakt z językiem polskim?

– Po raz pierwszy zetknąłem się z tym językiem trzy lata temu, gdy przyjechałem do Lubina. Starałem się wtedy bardzo dużo słuchać. Wprawdzie nie wszystko rozumiałem, ale byłem w dosyć komfortowej sytuacji, ponieważ polski jest bardzo podobny do mojego rodzimego języka rosyjskiego. Dzięki temu czułem się tu niemal jak w domu. To poczucie pozwoliło mi szybko zaklimatyzować się w Polsce.

Polski – choć uznawany za bardzo trudny język – jest zdecydowanie bardziej zbliżony do rosyjskiego niż angielski. Nauka, którego z nich była dla Ciebie większym wyzwaniem?

– To prawda, angielski należy do innej grupy języków niż polski i rosyjski. Jednak w mojej sytuacji nie miało to żadnego znaczenia. Od wczesnej młodości mieszkałem w Stanach Zjednoczonych, więc w naturalny sposób przyswajałem ten język.

Po angielsku rozmawiam ze swoja dziewczyną oraz większością znajomych. Myślę, że spokojnie mogę uznać go za swój główny język komunikacyjny. Tymczasem polski, choć bardzo zbliżony do rosyjskiego, jest językiem, którego dopiero się uczę.

Czy znasz jeszcze jakieś języki?

– Przez dwanaście lat mieszkałem na Łotwie, gdzie skończyłem szkołę, więc opanowałem tamtejszy język. Szczerze mówiąc nie uważam, że jest to jakieś wielkie osiągnięcie, bo znajomość łotewskiego przydaje się tylko osobom mieszkającym w tym kraju, a jest ich około dwóch milionów.

Znam również estoński. To bardziej skomplikowany język. Nie umiem się w nim jeszcze swobodnie wypowiadać, ale przyswoiłem go na tyle, aby porozumieć się choćby w sklepie.

W kwestii nauki języków jesteś mocno zdeterminowany. Skąd wynika Twoja chęć i motywacja do przyswojenia polskiego?

– Pod względem liczby mieszkańców Polska to spory kraj i uważam, że znajomość waszego języka jest dużym atutem. Bardzo cieszę się, że mogę kolejny sezon reprezentować barwy jednego z plusligowych klubów i czuję wewnętrzną potrzebę przyswojenia języka polskiego.

dsc_7806
Pashytskyy jest mocno zmotywowany do nauki języka polskiego (fot. Anna Kołakowska)

Nie wyobrażam sobie sytuacji, że będąc w Polsce trzeci lub czwarty sezon nie potrafię samodzielnie zrobić zakupów w sklepie, spytać o drogę czy zamówić dania w restauracji. To nie jest normalne.

Zanim przyjechałem do Polski grałem we Francji. Choć uważam, że francuski jest bardzo skomplikowany, po trzech latach przyswoiłem jego podstawy i posługując się bezokolicznikami prowadziłem nawet krótkie rozmowy.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w nauce języka polskiego?

– Moją zmorą jest pisanie! Na wszelkie wiadomości zawsze odpisuję po angielsku, bo robiąc to po polsku zrobiłbym masę błędów. Uważam, że jeśli obcokrajowiec chce nauczyć się pisać po polsku musi iść do szkoły. Inaczej jest to chyba niemożliwe.

Gdy jesteś zdenerwowany, w jakim języku wyładowujesz złość i przeklinasz?

– Po polsku. Okrzyki złości i przekleństwa są dla każdego cudzoziemca bardzo proste do nauczenia się (śmiech).

A kawę lubisz?

– Lubię pić kawę, choć nie jestem takim specjalistą w tej dziedzinie jak nasz włoski trener Andrea (śmiech). Uwielbiam cappuccino, gdyż nie jest zbyt mocne. Jednak nie sięgam po kawę codziennie. Jest ona dla mnie rarytasem, który piję, gdy mam na przykład wolny poranek.