Emocje sięgnęły zenitu. Zenit znów sięgnął po złoto

Kolejny tytuł mistrzowski dla Zenitu Kazań. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wraca z Rosji z dwoma porażkami na czwartym miejscu w Europie. Za nami kolejna, bardzo emocjonująca edycja Ligi Mistrzów.

Zenit Kazań wygrywa Ligę Mistrzów (fot. CEV)

Faworyt od początku sezonu był tylko jeden i był nim Zenit Kazań. Jednak mylił się ten, kto przewidywał szybkie lanie i łatwą obronę trofeum. A chociaż to Perugię typowano na zespół, który może wreszcie zdetronizować w Europie galaktyczny Zenit, o krok od sensacji byli siatkarze z Civitanowy. Ale po kolei…

Ciekawa rozgrzewka

ZAKSA Kędzierzyn-Koźle nie jechała do Kazania jako drużyna mająca duże szanse. Przegrany finał PlusLigi, nie do końca udany sezon, zakończony zresztą już tydzień temu, musiały zrobić swoje. Co prawda polska drużyna nie była wyraźnym outsiderem w finałowej czwórce, ale w meczu z Cucine Lube Civitanova różnica klas między obiema drużynami była widoczna. Kędzierzynianie nie potrafili wykorzystać swoich okazji w kontrataku, co zresztą nie dziwiło, jeśli jedyną skuteczną opcją w ataku był Maurice Torres. I choć Portorykańczyk dwoił się i troił (dostał 36 piłek i atakował na 56% skuteczności), wspierany później przez Rafała Szymurę, nie był w stanie postawić się ekipie wicemistrzów Włoch, gdzie cała trójka skrzydłowych miała spory udział w ataku, a ich zagrywka sprawiała ZAKSIE sporo problemów. Serie błędów popełniane przez polski zespół i przestoje kluczowych zawodników były ich ostatecznym gwoździem do trumny w tym spotkaniu.

W zupełnie innej roli do Rosji leciała Sir Colussi Sicoma Perugia. Po fenomenalnym sezonie i zgarnięciu na ligowym podwórku wszystkiego, co się dało, siatkarze z Umbrii mieli apetyty na więcej i chcieli zdetronizować panujący od lat Zenit. Niestety los chciał, że trafili na gospodarzy już w półfinale. Było to dla nich bolesne zderzenie z rzeczywistością. Aaron Russell, który zagrał świetne finały we Włoszech, zszedł z boiska już po dwóch setach, kończąc tylko 1 atak na 9. Granicę 10 punktów przekroczył jedynie atakujący Aleksandar Atanasijević, notując w sumie 12 „oczek” i uderzajjąc z 53% skutecznością, podczas gdy po drugiej stronie siatki odpowiednio 19 i 18 punktów zdobyli Leon z Michajłowem, obaj kończąc ponad 60% otrzymanych piłek. Siatkarze Zenitu robili po prostu to, co do nich należało, a nawet słabsza dyspozycja w ataku Andersona nie przeszkodziła im w pewnym zwycięstwie.

Decydujące starcie

ZAKSA ostatecznie zakończyła zmagania na czwartym miejscu (fot. CEV)

Na mecz o brązowy medal ZAKSA wyszła jak zupełnie inna drużyna. Czy nie będąc w roli faworyta, łatwiej niż Perugii było im przetrawić gorycz porażki w półfinale? Być może. Ale w pierwszym secie świeżo ukoronowany mistrz Włoch prezentował się na ich tle nad wyraz słabo. Druga partia, choć już z dużo lepszą grą Perugii, pod koniec była na wyciągnięcie ręki, ZAKSA miała aż pięć piłek setowych przy grze na przewagi… Niestety kędzierzynianie nie potrafili skończyć seta, co ich rywale zrobili już przy pierwszej okazji. Polska drużyna mimo to nie poddała się i powróciła do swojej dobrej gry, wysuwając się  na prowadzenie 2:1. Torres nie był tym razem tak osamotniony w ataku, świetnie zaprezentował się młody Rafał Szymura, solidne wsparcie dawał też Sam Deroo. W Perugii wyraźnym liderem był Atanasijević, a słabo spisujący się w ataku Zaytsev nadrabiał pracą w przyjęciu. To właśnie Serb zrobił różnicę w czwartym secie, doprowadzając do tie-breaka, którego również ze sporą przewagą wygrała Perugia, zostawiając rozczarowanych kędzierzynian z pustymi rękami.

Prawdziwą siatkarską ucztą miał być dopiero wielki finał. Pierwszy set, choć bardzo zacięty, nie zwiastował jeszcze tego, co miało się wydarzyć. Ile razy przecież już mecz wydawał się być na styku i zwycięstwo tuż o krok, dopóki Zenit nie włączył piątego biegu w decydującym momencie. Tym razem jednak w połowie drugiej partii gospodarzom jakby ktoś odciął prąd (albo raczej zakręcił gaz, biorąc pod uwagę sponsora). Anderson ponownie nie zachwycał w ataku (zaledwie 35%), Michajłow i Leon raz po raz byli blokowani, ten drugi przy okazji popełniał też sporo błędów. Słabszy moment? Zbyt duża presja, wiążąca się z ostatnim meczem Leona w Rosji? Nie do końca. Jak przyznał po meczu Dragan Stankovic, jego zatrzymanie było głównym założeniem taktycznym, co do pewnego momentu udawało się włoskiej drużynie znakomicie. Leon praktycznie nie istniał, jeśli wziąć pod uwagę poziom, do którego wszystkich przyzwyczaił.

Kolejny set padł łupem Lube, w czwartym długo mieli przewagę  i w powietrzu unosił się już zapach sensacji… Ale w najbardziej nerwowym momencie niezawodny okazał się być Leon. Kończył każdą piłkę jaką dostał i przedłużył mecz. Na początku tie-breaka wydawało się, że tylko odroczył wyrok i tym razem to Zenit zejdzie z boiska pokonany. Nic z tego. Choć włoska drużyna prowadziła już 11:7, ich przewaga stopniała momentalnie. Takie widowisko nie mogło zakończyć się inaczej niż grą na przewagi, a kropkę nad „i” postawił nie kto inny jak Leon, posyłając asa serwisowego.

Jeśli Leon chciał z klasą pożegnać się ze swoją drużyną, to bez wątpienia mu się udało. Mimo świetnego rozpisania przez włoski sztab, atakował aż z 59% skutecznością i nie zawodził w decydujących momentach. Ważną rolę w czwartym z rzędu tytule dla Zenitu odegrał też Michajłow, wyróżniony zresztą jako MVP turnieju finałowego. Rozczarował za to Juantorena, kończąc jedynie 30% ataków. Sokołowa, który mimo że nie w pełni zdrowy, zanotował  62% i w sumie 29 punktów, wspierał Sander, ale Amerykanin w przeciwieństwie do Leona mylił się w kluczowych akcjach.

W efekcie Zenit zapisał w swojej historii szósty tytuł Ligi Mistrzów, a Lube… piąty przegrany finał w tym sezonie.

Od siedmiu lat w Lidze Mistrzów niepodzielnie panują rosyjskie zespoły. Czy kluczem do ostatnich zwycięstw Zenitu był Leon? Jeśli tak, to ten klucz od przyszłego sezonu będzie mieć Perugia. Czy to właśnie Włosi przerwą dominację Zenitu? Na razie trudno wyrokować, ale jedno już teraz jest pewne – bez wątpienia będzie ciekawie!

Katarzyna Tybor

Napisz do autorki: k.tybor@volleycafe.pl