Gonzalo Quiroga: Gdy czuję wsparcie bliskich na trybunach, gra mi się lepiej

Gonzalo Quiroga pochodzi z bardzo sportowej rodziny. Wraz z bratem w tym sezonie występuje w PlusLidze. Gonzalo reprezentuje GKS Katowice, Rodrigo Jastrzębski Węgiel.

Gonzalo Quiroga nie wyobraża sobie życia bez kawy (fot. VolleyCafe.pl)

Daria Zmarzlik: Twój wujek jest brązowym medalistą olimpijskim, tata siatkarzem, starszy brat także gra na najwyższym poziomie. Naturalnym było dla Ciebie pójście w tym samym kierunku?

Gonzalo Quiriga (przyjmujący GKS-u Katowice): – Chyba tak (śmiech). Zacząłem grać w siatkówkę, gdy miałem sześć czy siedem lat, po kilku miesiącach nie chciałem już trenować, więc grałem w inne gry, ale nie minął nawet miesiąc i znowu wróciłem do siatkówki. Od tamtego czasu nie przestałem uprawiać tej dyscypliny. Dzięki siatkówce poznałem moich przyjaciół, dziewczynę, miałem możliwość podróżować i rozwijać się. Mogę więc powiedzieć, że siatkówka to moje życie.

Kto z wymienionej trójki miał największy wpływ na Twoją siatkarską drogę?

– Oglądałem jak gra mój tata czy Rodrigo. Każdy dookoła mnie miał styczność z siatkówką. Chodziłem na treningi jako mały chłopczyk, żeby podawać piłki, poodbijać z tatą czy bratem. To pokazało mi, jak bardzo to kocham i że taka będzie moja przyszłość. Wiadomo, że pomogli mi wybrać, ale nie zmuszali mnie do tego.

Miałeś może kiedykolwiek pomysł, żeby pójść inną drogą niż mężczyźni w Twojej rodzinie?

– W sumie to nie. Jedyną przerwą w siatkówce był ten moment w dzieciństwie, o którym już wspominałem. Zająłem się wtedy rugby i pływaniem. Nie było to jednak dla mnie tak ciekawe jak siatkówka. Niemniej chęć do zabawy w wodzie mi została, dlatego każde lato spędzaliśmy pływając. Miałem miesiąc rozbratu z siatkówką i potem nigdy mi się to nie zdarzyło. Podporządkowałem jej całe swoje życie, z każdym dniem kocham ten sport coraz bardziej i niczego nie żałuję.

Gonzalo tylko przez moment miał wątpliwość czy chcesz wiązać swoją przyszłość z siatkówką (fot. VolleyCafe.pl)

Przy wspólnych spotkaniach rodzinnych istnieje u Was jakiś inny temat niż siatkówka? Czy ostatecznie wszystko na nią schodzi?

– Aż tak to nie (śmiech). Mamy też inne tematy, ale oczywiście kilka słów o siatkówce zawsze zamienimy. Tego nie da się ominąć, ponieważ mój młodszy brat, który ma dziewiętnaście lat, także gra w siatkówkę, siostra ma dwadzieścia trzy lata i także uprawia ten sport, więc kiedy przyjeżdżamy do domu, proszą o jakieś wskazówki. Wtedy razem z Rodrigo staramy się im pomóc. Mamy też inne tematy, które chętnie poruszamy, jesteśmy bardzo zżytą rodziną, więc tematów do rozmów u nas nie brakuje.

Co na to mama? Ona też jest zaangażowana w sport czy sprowadza was „na inną stronę mocy”?

– Najczęściej to właśnie mama zaczyna nas wypytywać o siatkówkę! Sama kiedyś grała, więc interesuje ją wszystko… dosłownie wszystko. Jak nam się żyje, czy ludzie są mili, czy gramy w dobrym klubie, jak wygląda liga itd. Mama jak to mama, chce wiedzieć wszystko (śmiech). My też z chęcią o tym opowiadamy. Jako że wie na czym ten sport polega, nierzadko udziela nam także jakichś rad.

Wróćmy do Twojego dzieciństwa. Kogo uważasz za swojego pierwszego trenera? Tatę czy wujka, a może brata?

Tatę. Na 100%. On zawsze był naszym trenerem. Pamiętam, kiedy miałem może 14 lat i zacząłem grać w juniorskiej reprezentacji, a Rodrigo wracał po sezonie gry we Włoszech i miał kilka tygodni wolnego, szliśmy trenować razem z tatą. Tylko Rodrigo, tata i ja. Niekiedy kilku chłopaków do pomocy. Pracowaliśmy nad poszczególnymi elementami gry, co potem mogliśmy wykorzystać w meczu. Szczerze powiedziawszy nawet, gdy jestem tutaj, wysyłam mojemu tacie wideo, pytając, jak lepiej zachować się w danej sytuacji, co zrobić, a co lepiej odpuścić. Więc mogę z pewnością powiedzieć, że moim pierwszym trenerem był i jest mój tata.

A z kim najlepiej się dogadujesz w aspekcie siatkarskim?

– Bardzo lubię rozmawiać o siatkówce z moim tatą i Rodrigo. Mają duże doświadczenie, wiedzą wiele rzeczy i przywołują wiele anegdot z ich życia siatkarskiego. W sumie nie mam osoby, z którą nie chciałbym rozmawiać o siatkówce. Nawet gdy ktoś się nie zna zbyt dobrze na tym, to ja i tak zachęcam do rozmowy. Może będę w stanie coś wytłumaczyć, albo opowiedzieć coś ciekawego…

Między Tobą a bratem jest spora różnica wieku, on dużo podróżował po świecie grając w siatkówkę. Udało Wam się mimo to utrzymać dobry kontakt? Jest dla Ciebie ważną osobą?

– Oj tak. Jest dla mnie wzorem do naśladowania. Gra profesjonalnie już ponad 10 lat, na najwyższym poziomie, razem z reprezentacją był na igrzyskach olimpijskich w Londynie. To jest coś, na co patrzę z podziwem. Kiedy nie wiem, co zrobić, zawsze mogę go zapytać, jak on widzi sytuację i co może mi poradzić. Pomimo tego, że jest starszy o sześć lat, to tylko liczba, mamy bardzo dobry kontakt. Do Jastrzębia mam 40 min. drogi, więc często jemy razem obiad czy gdzieś wychodzimy. Pomocne jest też to, że nasze dziewczyny są przyjaciółkami, więc układa nam się to wszystko bardzo dobrze.

Pytasz czasem Rodrigo o jakieś wskazówki? Gracie na jednej pozycji, on bardziej doświadczony.

– Tak, moim zdaniem przyjęcie to coś, co Rodrigo potrafi najlepiej, a ja muszę nad tym popracować, więc nierzadko pytam go, co najlepiej zrobić w danym momencie. Pytam także o inne aspekty życia siatkarskiego, niekoniecznie o wydarzenia na boisku. O technikę zawsze mogę podpytać tatę. Z bratem raczej rozmawiamy o tym, jak nam się tu żyje, co robimy, co widzieliśmy, czy jest nam tu dobrze. Poruszamy takie trochę bardziej przyziemne sprawy.

Powiedziałeś, że brat jest dla Ciebie wzorem. Wspierał Cię bardzo we wczesnych etapach kariery. Przypominam sobie jakiś turniej kadry kadetów czy juniorów, gdzie siedział na trybunach i Ci twardo kibicował. Prawda?

– Tak. Bardzo mi to pomagało. Grało mi się lepiej wiedząc, że bliska mi osoba siedzi na trybunach i dopinguje mnie. Wiem, że niektórym to przeszkadza, bo czują więcej presji, ale ja bardzo to lubię. Nawet gdy byłem mały, Rodrigo czy mój tata chodzili na moje mecze i krzyczeli: „Zrób to tak! Zaserwuj tam! Skup się teraz!”. To mi się bardzo podobało, bo czułem ich obecność. Teraz jest ze mną moja dziewczyna i też lepiej mi się gra mając świadomość, że jest na trybunach i dopinguje mnie.

Gonzalo i Rodrigo podpisali umowy w PlusLidze w przeciągu kilku tygodni (fot. VolleyCafe.pl)

Jak to było z waszymi kontraktami w Pluslidze? Wasze podpisy dzieliło tylko kilka tygodni.

– Tak, trochę zabawnie to wyszło. Ja podpisałem pierwszy w Katowicach, a niecały miesiąc potem Rodrigo podpisał kontrakt w Jastrzębiu. Kiedy spojrzeliśmy na mapę, zauważyliśmy, jak blisko mamy do siebie. Bardzo nam się to spodobało, pierwszy raz gramy razem w jednej lidze i jeszcze do tego w tak niedużej odległości od siebie. Kochamy PlusLigę i Polskę. Na prawie każdym naszym spotkaniu mówimy, że podoba nam się tutaj i chcemy zostać rok dłużej, może jeszcze więcej.

Wiedziałeś cokolwiek o Polsce przed przyjazdem tutaj?

– Wiedziałem dużo o PlusLidze i polskiej siatkówce. Na przykład to, że jest zimno, choć nie spodziewałem się aż takich mrozów (śmiech), ale podoba mi się to. Lubię polską zimę! Wracając do siatkówki, to zdawałem sobie sprawę z tego, jaki jest poziom, czego się spodziewać. Jednak spoza siatkarskich rzeczy nie miałem zbyt dużej wiedzy, cały czas odkrywam u was coś nowego i to jest fajne.

Było Twoim marzeniem zagrać w polskiej lidze?

– Zawsze marzyłem o tym, żeby zagrać na najwyższym poziomie. Muszę jednak przyznać, że jak byłem mniejszy, to jedyną ligą, jaką znaliśmy była liga włoska, ponieważ grał tam mój wujek, tata był tam trenerem, a potem grał tam Rodrigo. Oczywistym dla mnie było, że też tam chcę grać i spędziłem we Włoszech dwa lata. Jednak gdy tylko pojawiła się propozycja gry w Polsce, nawet długo się nie zastanawiałem. Moim zdaniem teraz światowa trójka jeśli chodzi o ligi to rosyjska, polska i włoska. Możliwość gry tutaj jest teraz najlepszym, co mogło mi się trafić.

A co myślisz o pomyśle zagrania z Rodrigo w jednym klubie? Dogadalibyście się?

– To byłoby super. Pierwszy raz gramy razem w jednej lidze, a granie do tego w jednym zespole byłoby jeszcze lepsze. Mam nadzieję, że tak się stanie jeszcze zanim któryś z nas przestanie grać. A jeśli chodzi o dogadanie się, to wiem, że tu nie byłoby problemu, bo nadajemy na tych samych falach (śmiech).

Kiedy GKS grał z Jastrzębiem próbowałeś rozmawiać z nim w trakcie meczu?

– Tak, próbowałem go trochę rozproszyć, ale się nie dał (śmiech). Wiadomo, że na pierwszym miejscu stoi wygranie meczu i zagranie jak najlepszego spotkania, jednak pomiędzy setami czy poszczególnymi akcjami, człowiek niekiedy spojrzy na kogoś, uśmiechnie się, spróbuje coś powiedzieć. To było zabawne doświadczenie grać przeciwko sobie.

Myślisz, że prezentujecie podobny styl gry?

– Trochę tak, trochę nie. Jesteśmy podobni, bo obaj nie jesteśmy fizycznymi graczami, bazujemy bardziej na technice. Trudno nam siłowo mierzyć się z graczami jak np. Wojciech Włodarczyk, ponieważ jesteśmy mniejsi. Jeśli chcielibyśmy się z nimi mierzyć na siłę – przegralibyśmy. Dlatego my bazujemy na technicznych atakach, jak najlepiej obić blok. Różnice są w tym, że ja trochę mocniej zagrywam, a on lepiej przyjmuje, ale poza tym – jesteśmy podobni.

Chciałabym z Tobą poruszyć jeszcze jeden bardzo ciekawy temat. W twojej karierze był jeden ciekawy przystanek. USA. Możesz trochę opowiedzieć o tej przygodzie? Jak to jest grać w siatkówkę i uczyć się w Stanach Zjednoczonych?

– To było bardzo owocodajne doświadczenie. Przed wyjazdem trochę się bałem, bo kiedy zaczęły się rozmowy o wyjeździe miałem czternaście lat. Tata znał kogoś, kto tam trenował i przekonał mnie do wyjazdu, zgodziłem się, ale czym bliżej było do rzeczywistego opuszczenia mojego domu, zaczynałem panikować. Tam jest inaczej niż w Argentynie. W USA po pierwsze jesteś studentem, dopiero potem zawodnikiem. Uczysz się dobrze, grasz. Jeśli nie zdasz przedmiotu, nie jesteś brany do zespołu. Trochę się tego obawiałem, ale byłem pewien, że wyjdzie mi to na dobre.

Gonzalo ma za sobą występy w Argentynie, USA i Włoszech (fot. VolleyCafe.pl)

Wylądowałeś tam, bo zależało Ci na nauce czy głównie ze względów sportowych?

– To był miks. Chciałem być na dobrej uczelni, z dobrym programem sportowym, Jedyną opcją dla mnie było zdobycie stypendium na uniwersytet w USA, dzięki któremu mogłem tam studiować, ponieważ jest to bardzo drogie. Kiedy więc przyszła propozycja i UCLA chciało mnie, nie zastanawiałem się długo i szybko byłem zdecydowany, żeby tam pojechać. Ta uczelnia jest na trzecim miejscu w Ameryce, a ich program siatkarski jeden z najlepszych w lidze akademickiej. Poza tym teraz jest tam John Speraw, trener reprezentacji. Miałem z nim przyjemność pracować przez dwa lata, dużo mnie nauczył. Cały ich program jest przemyślany, od przygotowania atletycznego, po taktykę gry.

Można powiedzieć, że tam nauczyłeś się profesjonalnej gry? Czy profesjonalną siatkówkę poznałeś dopiero po opuszczeniu Stanów?

– Na pewno nauczyłem się profesjonalnego życia. Musiałem sam o siebie zadbać, pilnować nauki, ocen, zdrowia. Jeśli byłbym tam tylko dla zabawy, szybko wylądowałbym znów w Argentynie nic z tego nie mając. Gra też jest tam profesjonalna, więc w sumie można powiedzieć, że mój uniwersytet ukształtował mnie na gracza, jakim jestem teraz.

Jak wyglądały Twoje przenosiny na amerykański uniwersytet? To „dwa światy” w porównaniu do Argentyny?

– Na pewno życie tam jest inne, nie miałem tyle czasu wolnego. Oczywiście było trochę luzu w poszczególnych dniach, ale poza tym, koncentrowałem się stricte na mojej grze i ocenach. Drugą różnicą był brak mojej rodziny. Byłem tam sam, jedyna rodzina mieszkała godzinę drogi od mojego uniwersytetu i zdarzało się, że zabierali mnie na weekend do siebie, ale poza tym musiałem się sam sobą zaopiekować.

Na co w USA bardziej kładzie się tam nacisk – na technikę czy siłę?

– Na technikę. Mają bardzo dobrze rozplanowany program siłowy, ale dla nich to technika jest najważniejsza. Mają dobrą technologię i to pomaga w dopracowywaniu zagrań technicznych, strategii na mecze.

Patrząc na ligę argentyńską, akademicką w USA, siatkówkę we Włoszech i w Polsce wszystko jest ćwiczone tak samo? Można stworzyć podział na ligi techniczne i siłowe czy to mit?

– Każda liga tak naprawdę jest inna. W USA nie masz aż tak dużej presji jeśli chodzi o wynik. Tam nie przyjdzie sponsor i nie powie: „Przegraliście, zróbcie coś z tym!”. Tam skupiasz się na nauce. Jeśli chodzi o podział, to na przykładzie Katowic mogę powiedzieć, że wszystko jest ćwiczone tak samo. Mamy bardzo dobre przygotowanie fizyczne z Andrzejem Zahorskim, a pierwszym trenerem jest Piotrek Gruszka, jeden z najlepszych siatkarzy, którzy kiedykolwiek grali. Myślę, że najlepsze drużyny są mieszanką wszystkiego, techniki i siły.

Smutno mi to mówić, ale dotarliśmy do ostatniego, ale jakże ważnego pytania. Pijasz kawę, jeśli tak to jaką?

– Piję kawę non stop. Kilka razy dziennie na pewno. Robię często włoską mokkę albo espresso. Każda kawa jest dobra, ale najlepsza to espresso lub macchiato.

Daria Zmarzlik

Napisz do autorki: d.zmarzlik@volleycafe.pl