Jacek Pasiński: Nie jestem szarlatanem

– Gdybym na początku pracy w Kaliszu powiedział, że zajmiemy 7. miejsce, uznaliby mnie za gamonia, który nie zna się na siatkówce! – podkreśla Jacek Pasiński, trener rewelacji rundy rewanżowej LSK.

Jacek Pasiński nie tylko utrzymał MKS Kalisz w lidze, ale poprowadził zespół do 7. miejsca (fot. Facebook Energa MKS Kalisz)

Renata Respondek: Sezon zakończony na 7. miejscu. Jak Pan ocenia ten wynik? Gdy rozpoczynał Pan pracę w Kaliszu wydawał się nieosiągalny!

Jacek Pasiński (trener Energa MKS Kalisz): – Marzenia się spełniają! Gdybym powiedział 27 grudnia, gdy rozmawiałem z Prezesem, podpisując kontrakt, że na koniec sezonu zajmiemy 7. miejsce, to pewnie spojrzałby na mnie jak na jakiegoś szarlatana czy gamonia, który nie zna się w ogóle na siatkówce. Patrzyliśmy wówczas na sprawę bardzo realnie i naszym głównym celem było utrzymanie LSK w Kaliszu.

Czy spodziewałem się, że może się nam udać zajść tak daleko? Muszę przyznać szczerze, że nie. W trakcie rozgrywek w każdym meczu walczyliśmy o życie, każde kolejne spotkanie było dla nas walką o wszystko albo nic. Podchodziliśmy do wszystkich potyczek tak samo, niezależnie czy po drugiej stronie siatki stał Chemik Police, Legionovia czy Piła. Na pewno zapamiętaliśmy przykrą porażkę we Wrocławiu, która troszkę podcięła nam skrzydła. Przegraną 2:3 przełożyliśmy na ciężką pracę i już  za tydzień mogliśmy cieszyć się ze zwycięstwa nad ekipą z Bydgoszczy. Każda kolejna wygrana dodawała nam energii i wreszcie Kalisz grał tak, jak się tego od niego oczekiwało.

Co się zmieniło w ekipie z Kalisza od kiedy Pan został pierwszym trenerem? Co Pan zrobił tym dziewczynom?!

 (śmiech) Ja im nic nie zrobiłem, broń Boże! Namówiłem je tylko do ciężkiej pracy i przekonałem do tego, że siatkówka może im sprawiać przyjemność. Staraliśmy się te dwa elementy połączyć w jedno. Do naprawdę intensywnych, wymagających i konsekwentnych treningów dołożyliśmy uśmiech, żarty, dowcip. I tak szliśmy małymi krokami do celu.

Rozumiem, a przede wszystkim trzeba było popracować mentalnie, taktycznie, technicznie, fizycznie? A może w każdym z tych elementów było coś do poprawy?

– Zacznijmy od początku. W mojej ocenie najlepszym treningiem mentalnym są zwycięstwa. Jestem zwolennikiem pracy nad psychiką, ale bez przesady – samym treningiem mentalnym nie wygramy meczu, musimy pamiętać o tym, że gramy w siatkówkę. Jak weźmiemy panią z ulicy, która w podstawówce grała w siatkówkę, to treningiem mentalnym nie zrobimy z niej reprezentantki Polski.

Jestem z zasady bardzo pozytywny, kocham to, co robię i staram się to dziewczynom przekazać, wlać w nie optymizm i pokazać, że nie ma straconych piłek i każdą akcję można wygrać, bez względu na to, naprzeciw kogo się stoi. To rzeczywiście było momentami bardzo widoczne, bo dużo spotkań moje dziewczyny wygrały serduchem. Takie zwycięstwa powodują, że dziewczyny widzą cel swojej ciężkiej pracy i wierzą w to, że może ona przynieść pozytywny efekt.

Kibice są ósmym zawodnikiem MKS-u Kalisz (fot. Facebook Energa MKS Kalisz)

Wielokrotnie słyszałam, że najtrudniejsze w pracy trenera jest wejść do drużyny w trakcie sezonu i go ratować. Pan po tej niesamowitej pogoni czuje się specjalistą od sytuacji kryzysowych?

– Na pewno to nie jest tak, że jestem specjalistą od rzeczy trudnych, aczkolwiek dwa lata temu przychodziłem do Piły, gdy zespół był na ostatnim miejscu i wygraliśmy od razu szczęść meczów z rzędu. Można więc powiedzieć, że mam jakąś metodę na to, by wlewać w dziewczyny optymizm i wolę walki.

Wyniki pokazują, że mógłbym się nazywać takim specjalistą, ale ja jestem od tego daleki, bo każda drużyna, każda zawodniczka i każda sytuacja jest inna. To, co zadziałało w przeszłości w Pile, w tym roku w Kaliszu, może nie zafunkcjonować w kolejnym przypadku.

Dołączając do drużyny w trudnym momencie trener musi przede wszystkim zdefiniować problem, postawić diagnozę i finalnie znaleźć odpowiednie lekarstwo. W Kaliszu udało się w tym roku taką operację przeprowadzić i dała ona bardzo dobry efekt.

Zostaje Pan w Kaliszu?

– Jeszcze nie wiem.

To pogdybajmy. Gdyby Pan został, w jaki sposób chciałby Pan skonstruować drużynę na nowy sezon? Ma Pan wizję co trzeba zrobić, by obronić siódme miejsce w przyszłym sezonie?

– Gdybym nie miał wizji, to nie podejmowałbym w ogóle próby pozostania w drużynie. Jestem ogromnym zwolennikiem sytuacji, gdzie w klubie zabezpieczone są wszystkie kwestie około siatkarskie: baza, sztab i  odpowiednie warunki finansowe. Jeżeli nas nie będzie stać na to, żebyśmy walczyli o wysokie miejsca, to będziemy grać najlepszą siatkówkę, na jaką zbudowany zespół będzie stać. Tak czy siak najważniejsza jest stabilność finansowa klubu.

Nie wpędźmy się wynikami w karuzelę, która spowoduje destabilizację finansową klubu. Kalisz po to czekał na miejsce w LSK, by stopniowo i stabilnie budować drużynę.

A pod względem siatkarskim? Co powinien mieć Pana zdaniem zespół idealny?

– Moim zdaniem zespołem idealnym jest taki, który jest mieszanką doświadczenia i młodości. Obok ogranych siatkarek chciałbym wybrać dziewczyny, które mają duży potencjał. Wiadomo, że budżetowo będą to tańsze zawodniczki, ale będą posiadały zdolności, które ciężką pracą zdołamy w nich wyzwolić.

Moim celem jako trenera jest to, żeby dziewczyny, które trenują pod moim okiem i które mi zaufały, rozwijały się jak najlepiej, a po każdym sezonie widziały progres swoich umiejętności siatkarskich. To jeden z największych celów, które mi w tej pracy przyświecają.

Jak obserwowałam z boku Pana drużynę, to odnoszę wrażenie, że ważnym elementem tej układanki jest również to, by zbudowana drużyna się po prostu lubiła i doskonale rozumiała. Zgodzi się Pan z tym?

– Jestem typem człowieka, który bardzo prosto i wyraźnie wyraża swoje emocje. Jeśli coś mi nie pasuje, to jasno i czytelnie to artykułuję. Oczekuję tego samego od dziewczyn. Przykładowo, jeżeli uważają, że czegoś było za dużo, trening był zbyt intensywny to oczekuję od nich partnerstwa. W czasie treningu jestem despotą i egzekwuję wykonywania planu, ale po jego zakończeniu zawsze można do mnie przyjść, wysłucham ich opinii i temat przedyskutujemy na argumenty.

Nie jestem trenerem, który jeśli coś zaplanuje, a pojawią się racjonalne przesłanki do tego, żeby coś w tym planie zmienić, dalej będzie tkwił w przekonaniu, że trzeba pierwotną strategię zrealizować. Każdy ma swoje spojrzenie na sprawę, każda zawodniczka ma swoje przemyślenia i ja jestem na nie otwarty niezależnie od tego, czy problem sygnalizuje mi pierwsza dziewczyna z szóstki, czy ostatnia z kwadratu.

Dodatkowo zawsze na początku pracy z zespołem mówię dziewczynom, że ja „nie mam zalegania”. Jeśli jednego dnia zbesztam zawodniczkę na przykład za to, że nie przykłada się do treningu, to nie rozpamiętuję tego w nieskończoność. Na kolejnym treningu ta siatkarka ma u mnie czystą kartę. Oczywiście, jeśli taka postawa będzie się powtarzała, to zostaną wyciągnięte konsekwencje. Oczekuję zaangażowania w pracę i czytelnie daję do zrozumienia, jeśli coś mi się nie podoba.

Muszę przyznać, że te zasady bardzo dobrze sprawdzają mi się zarówno na treningu jak i później, w sytuacji meczowej.

Dobry humor i ciężka praca to recepta na dobry wynik w LSK (fot. Facebook Energa MKS Kalisz)

To jeszcze jedna komunikacyjna kwestia, bo jako social media ninja nie mogę Pana o to nie zapytać. Zaczął Pan działać na Twitterze, bo tak trzeba, czy sprawia to Panu przyjemność? Czytając Pana tweety muszę przyznać, że bardzo pozytywnie odbieram Pana przekaz.

– Jestem absolutnym amatorem. Nie posiadam Facebooka, mam tylko konto na Twitterze. Staram się tam komunikować dokładnie w ten sam sposób jak na żywo, czyli dawać jasny i czytelny przekaz swoich emocji, stanu emocjonalnego.

Niewielu trenerów LSK udziela się na Twitterze. Jest Pan dla mnie takim Guidettim polskiej ligi żeńskiej!

– Bardzo mi miło, choć mam 207 cm wzrostu to jeszcze urosłem! Twitter jest dla mnie takim miejscem, gdzie mogę podziękować wszystkim. Dziewczynom mogę osobiście, bo zawsze po meczu przeprowadzamy taką rozmowę. Nie mam możliwości osobiście przekazać swojej wdzięczności kibicom i wszystkim, którzy są z nami, więc stwierdziłem, że Twitter to doskonałe miejsce, by wyrazić to, co czuję. Wsiadam więc po meczu do samochodu i myślę, co tu dzisiaj napisać (uśmiech).

Skoro jesteśmy przy kibicach. Jest w tym mieście głód siatkówki, prawda? Widać, że ci ludzie czekają, aż do miasta wróci siatkówka na najwyższym poziomie.

– Na pewno tak. Kibice regularnie wypełniali kaliską halę, dając nam fantastyczne wsparcie i będąc naszym ósmym zawodnikiem. W tym roku w kaliskiej hali w każdym meczu zdobyliśmy punkty, niezależnie od tego, kto przyjechał. Przegraliśmy z Chemikiem 2:3, z Budowlanymi Łódź 2:3, a pozostałe spotkania wygraliśmy za trzy punkty. To mówi samo za siebie i pokazuje, jak ważnym elementem naszej układanki są ludzie, którzy gromadzą się w hali.

Siatkówka w Kaliszu jest bardzo ważna. Wiele osób może już nie pamięta, ale to miasto z ogromnymi tradycjami siatkarskimi. Jeszcze kilka lat temu klub przyciągał wielkich sponsorów i sięgał po złote medale mistrzostw Polski i reprezentował nasz kraj na arenie międzynarodowej. Widać, że powrót kaliskiej drużyny do najwyższej klasy rozgrywkowej przyniósł kibicom dużo radości. 2500 osób na trybunach drużyny, która nie bije się o medale to wyśmienity wynik i najlepiej świadczy o tym, że ludzie są spragnieni siatkówki.

Paradoksalnie jednak przed kaliską publicznością nie jest łatwo grać. Ci ludzie znają się na siatkówce i nie można przy niej udawać, że się daje z siebie wszystko…

Nie ma półśrodków. Albo zostawiasz na boisku serce, albo powiedzą po meczu, że udawałeś. Pracowaliśmy tak, by dawać z siebie sto procent w każdym starciu, czy w Kaliszu, czy w Łodzi czy w Bydgoszczy. Nieraz skutkuje to dobrym wynikiem, a czasem przegrywamy. To jest tylko sport. Jeśli wracamy do szatni, patrzymy w lustro i z pełnym przekonaniem uznajemy, że zrobiliśmy danego dnia wszystko, to nie możemy mieć do siebie pretensji. Nie wszystko da się wygrać i nie każdy mecz przebiega tak, jak zespół sobie wymarzy. Zawsze ten drugi zespół może się okazać lepszy siatkarsko.

Przyświeca nam taki cel, by schodzić po każdym meczu z przekonaniem, że pokazaliśmy na boisku maksimum naszych możliwości.

A jak doprowadzić do stanu, w którym wszystkie polskie hale będą tak wypełnione jak ta w Kaliszu? Potrzeba spektakularnych wyników drużyny narodowej?

 – Muszę przyznać, że w tej materii jestem optymistą. Wydaje mi się, że jest lepiej. Ostatnio do ostatnich miejsc zapełnia się hala w Rzeszowie, ŁKS gra przy ogromnym wsparciu kibiców, w Legionowie również nie można narzekać, na pewno troszkę brakuje kibiców we Wrocławiu, ale i tu jest potencjał, by zapełnić ten obiekt. Wydaje mi się, że kryzys w polskiej siatkówce kobiet mamy za sobą. Przychodzą młode dziewczyny, które są pełne werwy, mają bardzo dobre umiejętności, potrzebują jeszcze chwili żeby się ograć. Myślę, że już wkrótce konkurencja znów będzie większa i to wpłynie na podniesienie poziomu sportowego i w efekcie zapełni hale.

Na koniec proszę mi powiedzieć, kto zostanie mistrzem Polski?

– Któryś z półfinalistów (śmiech). Już wróżyłem z fusów podczas turnieju finałowego Pucharu Polski. Wówczas stawiałem na ekipę z Rzeszowa, więc nie poszło mi najlepiej. Powiem więc tak: chciałbym, żeby rywalizacja finałowa toczyła się w Atlas Arenie. Na pewno byłoby to gwarantem pełnej hali i byłaby to fajna promocja polskiej siatkówki i dobre podsumowanie tego sezonu.

I jeszcze chciałabym wiedzieć wszystko o Pana kawowych upodobaniach.

 – Piję wyłącznie czarną i bardzo słodką kawę.