Jakub Krebok: Japonia to zupełnie inna kultura, inny świat

– Japonia to kraj bardzo podobny do Polski. Ludzie kochają jedzenie. Są bardzo gościnni i pomocni – mówi Jakub Krebok, który zdecydował się na podjęcie wyzwania i został trenerem siatkówki japońskich dzieci.

Jakub Krebok wraz z rodziną zdecydował się na przeprowadzkę do Japonii (fot. archiwum prywatne)

Renata Respondek: Jesteś w Japonii. Dlaczego? Co ty tam robisz?

Jakub Krebok: – Dotarły do mnie informacje, że wydział trenerów PZPS otrzymał od Japończyków propozycję dla trenera siatkówki. Zadzwoniłem więc do trenera Gogola i dowiedziałem się, że jest oferta pracy w małym ośmiotysięcznym miasteczku Higashikawa, na wyspie Hokkaido. Do trenowania są dzieciaki z podstawówki i gimnazjum. Po szczegółowe informacje miałem zgłosić się do ambasady Japonii w Warszawie.

Okazało się, że Japonia ma taki program, który nazywa się JET Programme (Japanese Exchange Teaching). Zapraszają do siebie ludzi, żeby pomogli im w wymianie kulturowej. Ma on trzy filary. Pierwszy polega na tym, że przyjeżdża się tutaj z kraju anglojęzycznego i pomaga japońskiemu nauczycielowi w prowadzeniu lekcji angielskiego.

Druga opcja to przyjazd z założeniem budowania relacji między twoim krajem a Japonią. Jedynym warunkiem w zasadzie jest znajomość języka japońskiego. W sumie sprowadza się to do tego, że jesteś pracownikiem biurowym, tłumaczysz dokumenty i pomagasz innym ludziom z zagranicy mieszkającym w Japonii odnaleźć się w nowych warunkach.

Trzecia opcja to Sport Exchange Advisor, czyli to, co ja robię. Jest nas zaledwie 0.8% całego programu. Polega to na tym, że dane miasto ma pomysł na trenera jakiegokolwiek sportu. Wypuszczają wici z tą informacją i jeśli ktoś się zgłosi, to rozpoczyna się proces rekrutacji. Weryfikacja kandydata trwa kilka miesięcy i jest bardzo skrupulatna. Jest tylko 10 osób, które pełnią tę funkcję.

Na Hokkaido jest nas dwóch – ja oraz Matt z USA, który jest trenerem baseballu. Moje miasto na przykład teraz poszukuje trenera biegów narciarskich z Norwegii. Kontrakt podpisuje się na cały rok – od sierpnia do sierpnia. Strona japońska płaci pensję oraz  zapewniają akomodację. Można tu zostać do pięciu lat. Każdego roku przełożeni pytają, czy chce się przedłużyć umowę.

Opowiedz coś więcej o swoim mieście.

– Mieszkam w Higashikawie, na wyspie Hokkaido. To bardzo ciekawe miejsce. Jest tutaj piętnaście osób z programu JET. To miejsce jest jakimś ewenementem na skalę Japonii, bo miasta tego typu wyludniają się, a w Higashikawie sukcesywnie przybywa mieszkańców.  Mamy tutaj znany na całym świecie festiwal fotografii, kilka świetnych restauracji i najlepszą w Japonii wodę do picia, bo miasteczko jest częścią parku narodowego Daisetsuzan. Władze i mieszkańcy starają się być bardzo otwarci kulturowo.

Miasteczko jest bardzo pocztówkowe i wygląda jak okolice Bielska-Białej.  W mieście jest stok z wyciągiem narciarskim, który wygląda jak Dębowiec. Miasto jest otoczone grupą gór wulkanicznych Daisetsuzan, której najwyższy szczyt Asahidake ma 2291 n.p.m. Jest zapora, kilka rzek. Czuję się jak w domu!

Mówisz, że to raczej kameralne miejsce. Masz tam co robić?

– Jest ładnie i kolorowo. Bardzo bawi mnie fakt, że restauracje czynne są od 12 do 17, a wszyscy pracują do 17.30. Obok mamy Asahikawe, gdzie mieszka 300 tys. ludzi i jest tam wszystko, co zazwyczaj jest w dużych miastach na świecie.

Staramy się jeździć i zwiedzać. Byliśmy w na Asahidake (2 291 m), odwiedzamy okoliczne miasta. Mój syn ma pół roku, więc wiele od niego zależy.

A jak się żyje najmłodszemu członkowi rodziny w nowych warunkach?

– Świetnie się tutaj czuje. Dostaje pierwsze jedzenie i stał się największym fanem wodorostów. Jeśli tylko robi się marudny dostaje nori i jest zajęty na jakiś czas. Na pewno doceniam teraz różnorodność polskiego jedzenia, bo tutaj wcale nie jest o to łatwo. Mamy dobre i tanie jedzenie w Polsce. Nie ma się czego wstydzić.

Japońskie miasteczko przypomina Bielsko-Białą (fot. archiwum prywatne)

A jak z kwestiami bezpieczeństwa? W końcu przyjechaliście do Japonii z małym dzieckiem.

– Jest tutaj bardzo bezpiecznie. Można zostawić otwarty dom czy samochód, niezabezpieczony rower na ulicy. Nie ma czegoś takiego jak strach przed tym, że ktoś pobije cię na ulicy.

Można zrobić zakupy przez internet i zapłacić po dwóch tygodniach. Nie ma z tym żadnego problemu. Jest tu duże zaufanie do człowieka. Gdy kupowałem samochód to już po otrzymaniu go zostałem zapytany kiedy chciałbym zapłacić. Byliśmy umówieni na konkretny termin, ale mimo tego musiałem, przypomnieć się, że chciałbym zapłacić. Inny świat.

Na czym dokładnie polega Twoja praca?

– W tygodniu chodzę do szkoły języka japońskiego, gdzie uczę się od 9:00 do 12.00. Potem mam godzinną przerwę na lunch. Następnie idę do biura, gdzie przygotowuje się do zajęć. Po południu od 16.00 do 19.00 mam trening siatkówki. W dni wolne staramy się zwiedzać okolice.

W treningach uczestniczą dzieci od 1 do 6 klasy szkoły podstawowej. Wszyscy trenują razem. Co ciekawe tutaj nikt nie słyszał o singlach, dwójkach, trójkach ani o czwórkach. Tutaj dzieci od razu grają szóstkami. Wygląda to tak, że trzy duże dziewczynki są pod siatką, a trzy małe z tyłu. Nie ma rotacji – idziesz na zagrywkę i potem biegniesz pod siatkę.

W efekcie dzieci potrafią zrobić bardzo skomplikowane rzeczy, a nie potrafią na przykład dograć prostej piłki. Jest to przedziwne.

Przez pierwszy miesiąc przyglądałem się tym treningom. Po miesiącu przyszedłem z jakimiś pomysłami i dostałem zgodę na ich realizację. Staram się robić dzieciakom urozmaicone rozgrzewki (do tej pory rozgrzewały się same), wprowadzać im ćwiczenia na technikę jakie robią polscy trenerzy, ale nie jest to łatwe, bo dzieciaki nie są przyzwyczajone do tego typu treningu i szybko się nudzą. Zdecydowałem się wziąć to „na klatę” i być tym nudniejszym trenerem, który chce trenować więcej techniki. Siatkówka to sport gdzie trzeba wielu powtórzeń do opanowania danego elementu…

Co ciekawe panuje tutaj absolutna demokracja. Na wszystkie wprowadzane zmiany zgodę muszą wyrazić… dzieci. Przypominam, że to podstawówka! To mnie trochę dziwi.

A skąd w ogóle dzieci? Nie kojarzyłeś mi się z osobą, która ma doświadczenie w pracy z najmłodszymi…

– W Bielsku dwa lata pracowałem z taką grupą. Były to dzieciaki z 3-6 klasy. Nie jest to dla mnie zupełna nowość.

Jakie są japońskie dzieci?

– Zaprzeczam teorii o żelaznej japońskiej dyscyplinie. Dzieci są karne – wykonują wszystkie ćwiczenia, które im się każe, ale kiedy się nudzą to pokazują to w taki sam sposób jak mali Polacy.

Co ciekawe, dzieciom z podstawówki wolno tu dużo więcej niż na przykład gimnazjalistom. Wszystko jest też bardzo poukładane. Po treningu część dzieci zwija siatkę, wyciągają słupki, ściągają przyklejone linie, inne dziecko bierze za mopa i odkurzacz i robi porządek. Reszta zbiera piłki, chowa wózki. Trenerzy w ogóle w tym nie uczestniczą.

Jak wyglądają kwestie językowe?

– Zwykle na treningach jest ze mną pani z biura, która tłumaczy moje słowa na japoński. Gdy jestem sam, na przykład na jakiś turniejach, to muszę jakoś sobie radzić. Udzielam więc najczęściej bardzo prostych wskazówek, na ile pozwala mój japoński, bo dzieciaki generalnie nie mówią po angielsku.

Dość szybko nauczyłem się podstawowych słów typu: ręka, łokieć, noga, biegnij. Resztę pokazuję. Jest coraz lepiej, bo wyłapuję coraz więcej słów. Myślę, że pełnymi zdaniami zacznę mówić gdzieś w marcu. Na razie jednak nie jest mi to jakoś szczególnie potrzebne. Najważniejsze, żeby jakoś się komunikować.

Higashikawa to miasto jak z pocztówki (fot. archiwum prywatne)

A jak z lekcjami w-fu w japońskiej szkole? Podobnie do Polski?

– Trudno się tego dowiedzieć, ale wydaje mi się, że tak. Również są to 3-4 godziny. Muszę jednak podkreślić, że tutaj w szkole kładzie się nacisk głównie na japoński i matematykę. Reszta przedmiotów jest, ale nie ma z nich ocen.

Dzieci mają dużo lekcji i zadań domowych. Co charakterystyczne wszystkie dzieciaki mają jakieś zajęcia pozalekcyjne. Nikt po szkole nie wraca do domu. Albo mają dodatkowy angielski, albo uprawiają jakiś sport, grają w orkiestrze. Podobnie zresztą dorośli, którzy również nie wracają po pracy do domu. Organizuje się tu święta państwowe, żeby ludzie nie przychodzili do pracy. Tu zdecydowanie nie ma mody na work-life balance.

Japońskie dzieci są rzeczywiście takie zelektronizowane, że nie komunikują się ze sobą inaczej niż przez smartfony? To mit czy prawda?

– Generalnie ludzie tutaj są raczej skryci. Dzieci z podstawówki jeszcze patrzą w oczy, ale starsze już mają większy dystans. Mężczyźni są pewni siebie, kobiety są ciche, trochę wycofane.

Nie zauważyłem z kolei, żeby ludzie tutaj aż tyle czasu spędzali wpatrując się w telefony jak w Polsce. Myślałem, że raczej będzie odwrotnie. Gdy byliśmy z dzieckiem u lekarza to żaden z rodziców czy dzieci nie patrzył w telefon w czasie oczekiwania na wizytę. Wszyscy rodzice wraz z dziećmi siedzieli na matach i bawili się ogólnodostępnymi zabawkami.

A jak wygląda generalnie kondycja fizyczna japońskich dzieci?

– Trudno jednoznacznie powiedzieć. Staram się pracować nad przygotowaniem fizycznym dzieciaków. Gdy przyglądam się dzieciakom na turniejach, to bywa różnie – część jest bardzo sprawna, a inne nie za bardzo. Tutaj, gdy gra się w siatkówkę to tylko w nią. Brakuje uprawiania sportów dodatkowych, siły, koordynacji.

Nie ma dzieci otyłych. Już w szkole podstawowej mają zajęcia ze specjalistami żywienia. Dostają zbilansowane i zdrowe posiłki.

Wróćmy do twojej drużyny. Jak wygląda rywalizacja? Jest jakiś system rozgrywek najmłodszych?

– Najpierw są zawody mniej więcej na poziomie naszego powiatu, tutaj moja drużyna zajęła drugie miejsce i awansowała dalej. Drugim etapem jest turniej makroregionalny, w którym systemem pucharowym będzie rywalizować szesnaście ekip. Najlepsza czwórka przechodzi do zawodów o mistrzostwo na Hokkaido. Zwycięstwo tam to awans do turnieju krajowego.

Fajne jest to, że na turniejach nie ma sędziów tylko sędziują trenerzy. Tutaj dzieci przyznają się do popełnionych błędów. Nie ma krzyczenia na sędziego, trenera, rodzice są spokojni. To bardzo ciekawa i zupełnie odmienna kultura niż u nas. Nie ma niezdrowych i niefajnych emocji.  Poza tym o wszystko się gra papier, nożyce, kamień: kto zagrywa, kto z kim w parze. Grają też dorośli. To dla nich bardzo naturalne.

Japońska wersja alternatywnego parzenia kawy (fot. archiwum prywatne)

Zamierzasz tam zostać na dłużej czy to taka roczna przygoda?

– Po roku musimy wrócić do Polski. Gdybym miał taką możliwość to chętnie bym został. Bardzo mi się tutaj podoba, uwielbiam zwiedzać świat. Jednym z moich celów jest nauka japońskiego. Gdyby mi się to udało, to z wielką chęcią bym tutaj popracował. Zresztą najlepszym dowodem na to jest, że Ferhat Akbas z Turcji jest szkoleniowcem kadry Japonii. Inną sprawą jest, że wciąż nie jest kolorowo z zarobkami w polskiej lidze…

Kawę tam pijasz?

– Jesteśmy fanami trzeciej fali kawowej, ale jeszcze jej tu nie znalazłem. Niestety oni kiepsko palą kawę. Choć mają świetny sprzęt do jej parzenia, to za każdym razem smakuje tak samo. Na razie przyzwyczaiłem się do picia kawy ze sklepu. Można tutaj w sklepach kupić saszetkę kawy, w środku papierowy drip, który zakładasz na szklankę i zalewasz wodą. Jest jeszcze jedna kawiarnia, która daje nadzieję, ale jeszcze jej nie przetestowaliśmy. Reasumując, bardzo trudno tu o taką kawę, którą lubię.

Renata Respondek

Słońce, sport i dobre jedzenie to moja recepta na szczęście. Miłośniczka gorącej Italii i kultury żydowskiej. Cenię ludzi szczerych, z męskim poczuciem humoru. Pijam kawę alternatywną lub espresso. Bez dodatków. Napisz do autorki: r.respondek@volleycafe.pl