Jan Firlej: Moimi wyborami zawsze kieruje chęć rozwoju

Jan Firlej to jeden z najbardziej obiecujących rozgrywających młodego pokolenia. Po sezonie spędzonym w Belgii wrócił do PlusLigi i aktualnie reprezentuje barwy GKS-u Katowice.

Jan Firlej, choć wypija zwykle dość sporo kawy, tym razem postawił na zimową herbatkę (fot. Renata Respondek, VolleyCafe.pl)

Renata Respondek (VolleyCafe.pl): – Środek zimy za oknem, więc zacznijmy od gorącego tematu. Powiedz, skąd u Ciebie tak duże zamiłowanie do siatkówki plażowej, że po sezonie w hali spędzasz wakacje stawiając właśnie na tę formę aktywności?

Jan Firlej (rozgrywający GKS-u Katowice): – Moja historia z siatkówką plażową rozpoczęła się w czasach, gdy regularnie zacząłem trenować w Czarnych Radom, w kategoriach młodzieżowych. Jestem typem osoby, która nie za bardzo potrafi usiedzieć w miejscu. Dobrze jest odpocząć po sezonie, ale po tygodniu czy dwóch leniuchowania czuję, że muszę czymś się zająć. Za plażówką przemawia zaś jeden zasadniczy argument – w hali od zawsze grałem na rozegraniu, a tutaj mam okazję również do atakowania.

I tak na początku grałem z kolegami dla rozrywki, później już jako kadet zacząłem również startować w mistrzostwach Polski. Pamiętam, że w jednym sezonie grając z Błażejem Czarneckim doszliśmy do finałów tych rozgrywek. Niestety wówczas w łódzkim turnieju nam nie poszło i finalnie zostaliśmy sklasyfikowani na miejscach 13-16. Niemniej była to ciekawa przygoda.

Później gdy przeniosłem się do Warszawy to zwłaszcza na początku nie spędzałem zbyt wiele czasu na boisku, zdecydowanie więcej trenowałem niż grałem, brakowało mi więc emocji boiskowych. Plażówka mi to rekompensowała, zwłaszcza że turnieje rangi mistrzostw Polski stoją na wysokim poziomie. I tak przez dwa lata startowałem w parze z Jankiem Królem. Pierwszy sezon był dla nas bardzo udany. W ubiegłym roku również dużo razem graliśmy, ale praktycznie wspólnie nie trenowaliśmy tylko spotykaliśmy się dopiero na zawodach, więc też nasze wyniki były nieco gorsze.

Po każdym kolejnym sezonie powtarzam, że zobaczymy jak będę czuł się fizycznie i wówczas podejmę decyzję czy znów postawić na plażówkę. Jak do tej pory wygrywało zawsze moje zamiłowanie do tej dyscypliny. Poza tym zauważyłem również, że ta forma siatkówki tuż przed okresem przygotowawczym do nowego sezonu w hali bardzo dobrze wpływa na moją kondycję. Dzięki temu znacznie lepiej przechodzę te pierwsze momenty przed wznowieniem rywalizacji, nie mam jakichś szczególnych zakwasów, więc ten system ma dla mnie same plusy.

Dzięki siatkówce plażowej też cały czas dbasz o swoje odbicie palcami, prawda? W tej dyscyplinie czystość zagrania drugiej piłki jest niezwykle istotna.

– Zgadza się, choć będę musiał tu nieco sprostować, bo znacznie więcej piłek w meczach siatkówki plażowej odbijam sposobem dolnym. Nawet chłopaki często się ze mnie śmieją, że skoro jestem rozgrywającym to większości piłek powinienem grać palcami, a jednak tego nie robię.

Specyfika siatkówki plażowej jest trochę inna, ale ostatnio rzeczywiście regulacje tego odbicia idą w kierunku zasad obowiązujących w hali choć wciąż tolerancja przytrzymania piłki jest znacznie większa na plaży. Dochodzą do tego również czynniki związane z warunkami atmosferycznymi. Przy silnym wietrze trudno odbić piłkę tak szybko i dokładnie jak w hali.

Do tej pory więc w większości stawiałem na dyszel, by uniknąć wyrobienia w sobie nawyku delikatnego przytrzymywania piłki. Dzięki temu można powiedzieć, że podszkoliłem również ten element, który jednak mniej ćwiczy się w czasie treningów w hali, a bywa przydatny przy sytuacyjnych piłkach czy słabszym przyjęciu.

Jan Firlej bardzo troszczy się o jakość swojego odbicia palcami
(fot. Katarzyna Tybor, VolleyCafe.pl)

A korci Cię, by częściej wykorzystywać również swoje plażowe umiejętności ataku?

– Czasami przy piłkach sytuacyjnych odnajduję się także w ataku. Muszę przyznać, że zawsze sprawiało mi to bardzo dużo radości i dlatego też jak już wspominałem tak chętnie gram w siatkówkę na piasku.

Przeszedł Ci kiedyś do głowy pomysł, by uprawiać siatkówkę plażową bardziej profesjonalnie?

– Nie, to zawsze miała być zabawa, mimo iż w tych dwóch ostatnich sezonach znacznie więcej czasu poświęciłem na trenowanie i  w zasadzie co tydzień byliśmy na zawodach. Newralgicznym momentem zawsze są finały mistrzostw Polski, które rozgrywane są na przełomie sierpnia i września, więc nachodzą na start okresu przygotowawczego w hali, więc nigdy nie miałem okazji przystąpić do rywalizacji. Pozostaje to takim jedynym punktem, który choć raz chciałbym odhaczyć. Nie wiem czy mi się to kiedyś uda, a szkoda, bo kwalifikując się do decydującego turnieju ma się możliwość rywalizacji z parami kadrowymi. Dla mnie okazja zmierzenia się z plażowymi reprezentantami Polski byłaby czymś wspaniałym.

A może siatkówka plażowa to jakiś pomysł na siatkarską emeryturę? Można wymienić co najmniej kilku graczy, którzy po zakończeniu kariery w hali przenieśli się na plażę…

– Zgadza się, można by tu wskazać chociażby Paula Lotmana, który cały czas aktywnie rywalizuje na plaży w Stanach. Jeśli chodzi o mnie to szczerze mówiąc na razie nie myślę o swojej emeryturze i mam nadzieję, że jeszcze jakiś czas nie będę musiał.

Rozgrywający GKS-u Katowice chętnie wykorzystuje również swoje umiejętności ataku (fot. Katarzyna Tybor, VolleyCafe.pl)

Zostawmy więc przyszłość, porozmawiajmy o przeszłości. Warszawa, Aalst, Katowice… Jest coś co łączy te trzy miejsca? Czym kierujesz się wybierając kluby?

– Myślę, że tak – chęć rozwoju. Zaczynając od Warszawy, muszą przyznać, że przez te trzy lata nie spędziłem zbyt wiele czasu na boisku, może poza momentem w drugim roku, gdy kontuzji doznał Paweł Zagumny i grałem z konieczności w wyjściowym składzie przez kilka tygodni, raczej więcej musiałem wyciągać z treningów niż z meczów. Niemniej wiele się nauczyłem. Zwłaszcza bardzo dobrze wspominam rok pod wodzą Stephane’a Antigi, kiedy to najrzadziej pojawiałem się w szóstce, lecz szkoła jaką on prowadził, jego warsztat trenerski były dla mnie czymś zupełnie nowym. Chłonąłem ile się dało z treningów, czerpałem maksimum wiedzy i doświadczenia taktycznego od Stephana.

Po tym sezonie poczułem, że już więcej nie wyciągnę z bycia zmiennikiem. W rozmowie z menedżerem podkreśliłem więc, że zależy mi, by znalazł mi miejsce do grania. Liczyłem się z tym, że nie zostaną mi zaproponowane topowe zespoły, bo musiałem gdzieś nabrać boiskowego doświadczenia. Udało się znaleźć zespół Lindeman Aalst, klub z ciekawą przeszłością, występami w Lidze Mistrzów. Z perspektywy czasu chciałbym podkreślić, że jestem bardzo zadowolony z tego wyboru. Belgia dała mi szansę regularnych występów na boisku. Mając jako zmiennika debiutującego w seniorskiej siatkówce rozgrywającego po raz pierwszy mogłem również poczuć presję odpowiedzialności za zespół w wymiarze całego sezonu. To było bardzo motywujące, że w wieku 22 lat mogłem poczuć na sobie taki ciężar. W czasie tego sezonu zyskałem bardzo dużo doświadczenia boiskowego, bo graliśmy na wielu frontach: w lidze, w pucharze, europejskich pucharach, pucharze ligi.  

Teraz Katowice to kolejny krok w stronę rozwoju. Znów gram w jednej z najlepszych i najbardziej wyrównanych lig w Europie jaką jest PlusLiga. Porównując do ubiegłego sezonu mam więc możliwość występowania na znacznie wyższym poziomie. Poza tym w związku z tym, że gramy niemal wyłącznie mecze pięciosetowe, to czasu na boisku spędzam maksimum (śmiech). Póki co bardzo więc cieszę się z wyboru, którego dokonałem. Bardzo podoba mi się to jak walczymy i jak zostaliśmy dobrani pod względem charakterologicznym. Mam nadzieję, że nic się w tej materii nie zmieni i do końca sezonu będziemy znani z tego, że walczymy i gryziemy parkiet, a jeśli już przegrywamy to… po tie-breaku.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Belgii. W kawowej rozmowie z Mateuszem Przybyłą usłyszałam, że liga belgijska to bardzo dobre miejsce dla młodych graczy, którzy szukają ciekawego miejsca do złapania doświadczenia. Zgodzisz się z jego oceną?

– Jak najbardziej zgadzam się z tą opinią. Wiadomo, że dla młodych zawodników taki wyjazd wiąże się z odwagą, ale umówmy się, że sport zawodowy nie jest dla ludzi bojaźliwych, bo czynników stresujących jest cała masa. Niemniej mi udało się przejść przez to jeszcze łatwiej, gdyż trafiłem na polską kolonię w Belgii.

Występując w lidze belgijskiej można doświadczyć bardzo ciekawego kontrastu, bo czołówka gra na bardzo wysokim poziomie. Myślę, że gdyby najlepsze trzy drużyny wrzucić do naszej ligi to spokojnie walczyłyby w środku tabeli. Reszta stawki, zwłaszcza w dole tabeli prezentuje znacznie słabszy poziom. Rozgrywa się więc szereg meczów, które po prostu należy wygrać, trzeba zaprezentować swój styl gry. Fajnie rozgrywa się spotkania gdzie nic nie trzeba, a tylko można, ale są też takie potyczki, w których jest się faworytem i trzeba je jak najszybciej zakończyć na swoją korzyść, bez większych strat sił i punktów. Do tego dochodzą starcia w europejskich pucharach. Mogę powiedzieć na swoim przykładzie, że rywalizacja na tym froncie europejskim była dla mnie bardzo przyjemna i dobrze ją wspominam.

A co dał Ci ten wyjazd jeśli chodzi o kwestie pozasportowe?

– Musiałem na co dzień odnaleźć się w nowych warunkach, podobało mi się to. Nigdy z angielskim nie miałem większych problemów, ale dzięki temu wyjazdowi również bardzo podszkoliłem język, bo trzeba było się nim posługiwać cały czas. Poza tym poznałem nieco inną kulturę, udało mi się też sporo zwiedzić. Belgia nie jest dużym krajem, więc zobaczyłem ją niemal całą: Brukselę, Antwerpię, przepiękną Brugię, Ostendę nad morzem czy Gent, gdzie spędzałem bardzo dużo czasu. Nawet odcinając sport była to fajna przygoda. Będę bardzo miło wspominał ten czas.

Jan Firlej póki co skupia się na występach w GKS-ie Katowice, z którym podpisał dwuletni kontrakt (fot. Katarzyna Tybor, VolleyCafe.pl)

Jak widzisz więc swoją przyszłość: bardziej w Polsce czy za granicą?

– Szczerze mówiąc nie myślę o tym. Mam w Katowicach kontrakt, który obowiązuje na ten i przyszły sezon i na grze właśnie tutaj się skupiam. Chcę wynieść z pobytu tutaj maksymalnie dużo i liczę na to, że przez cały ten czas zdołam pomóc drużynie swoją jak najlepszą dyspozycją i umiejętnościami, które mam nadzieję, że będą cały czas rosły. Spoglądając w przyszłość nie wykluczam żadnej drogi, pozostaję otwarty na wszelkie ewentualności. Roczny pobyt w Belgii nie zniechęcił mnie do grania za granicą. Może na drugi sezon bym tam nie został, ale gdybym jeszcze raz miał wybierać miejsce na swój pierwszy wyjazd to podjął bym taką samą decyzję. Poza tym traktuję takie wyjazdy również jako możliwość zdobycia doświadczenia życiowego, poznania innych krajów i kultur i wychylenia się poza rodzime podwórko.

To na koniec odpowiedz jeszcze na tradycyjne pytanie, lubisz kawę?

– Nie jestem jakimś wielkim znawcą kawy, ale bardzo ją lubię. Piję jej dosyć sporo, bo 3-5 filiżanek dziennie. Przed meczem lubię napić się kawy, która ma mnie pobudzić, czyli często wybieram podwójne espresso bez żadnych dodatków. Lubię też w wolnym czasie pójść do kawiarni z książką i wówczas wypijam na przykład dwa duże cappuccino delektując się taką kawką dłużej. Piję więc zarówno z mlekiem jak i bez, w zależności od okoliczności – przedmeczowo mała, mocna i pobudzająca, dla relaksu – duża z mlekiem i małe ciastko.