Każdy ma swoje priorytety, czyli o rzeczach ważnych i ważniejszych we Włoszech

Pojęcie „spokojny sezon” nie istnieje we Włoszech. Choć kibice mogą się ekscytować wysokim poziomem sportowym, który zapewniają gwiazdy z całego świata, w tematach około siatkarskich jak zwykle również dzieje się aż za dużo…

Cucine Lube Civitanova zdominowała pierwszą część sezonu w Italii
(fot. Katarzyna Tybor, VolleyCafe.pl)

Zacznijmy od kwestii sportowych. Najpierw Lube, a potem długo, długo nic – tak w największym skrócie można podsumować klasyfikację po pierwszej połowie „regular season” czyli rundy zasadniczej włoskiej SuperLegi. Aktualni mistrzowie kraju nie zwalniają tempa i mimo nieudanego turnieju o Super Puchar (gdzie przegrali już w półfinale, w dodatku przed własną publicznością), później wygrywali wszystko jak leci. Wszystkie 12 spotkań ligowych, mecze Ligi Mistrzów, a nie można zapomnieć że w międzyczasie mieli jeszcze wyjazd do Brazylii na Klubowe Mistrzostwa Świata, skąd również przywieźli zwycięstwo i kolejny tytuł.

Dla drużyny Cucine Lube Civitanova był to pierwszy tytuł w tej imprezie, za to dla Juantoreny już… piąty. Poprzednie cztery zdobywał w barwach Trentino, zanim ich dominację na międzynarodowych boiskach przejął Zenit Kazań. Podobnie dla Bruno Rezende zdobyte trofeum ma wyjątkową wartość, bo to ostatni tytuł jakiego mu brakowało w jego bogatym dorobku medalowym. Podczas swojej kariery został już mistrzem olimpijskim, mistrzem świata, wygrywał Puchar Świata, czy Puchar Wielkich Mistrzów, oprócz tego wygrywał ligę brazylijską, we Włoszech zdobył potrójną koronę z Modeną, a później z Lube dołożył kolejne mistrzostwo kraju i jeszcze wygraną w Lidze Mistrzów. Teraz rozgrywający może powiedzieć, że wygrał już wszystko, co było do wygrania.

Sport jest ważny, ale rozrywka ważniejsza 

O tym, że są rzeczy ważne i ważniejsze, dość boleśnie przekonali się siatkarze Vero Volley Monza. Niedługo przed startem sezonu okazało się, że zarówno siatkarze, jak i siatkarki, swoje mecze przez całą pierwszą połowę rundy zasadniczej będą zmuszeni grać niejako na wyjeździe. Powodem okazało się… wynajęcie hali na potrzeby nagrywania kolejnej edycji włoskiego X-Factora.

Męską drużynę przeniesiono do Busto Arsizio (czyli w to samo miejsce, gdzie rok temu grało Milano w oczekiwaniu na ukończenie remontu swojej hali), zaś żeńska najczęściej grała w miasteczku Cinisello Balsamo. Kontrowersji całej sprawie dodaje fakt, że Monza jest częścią sportowego konsorcjum, którego głównym celem jest promowanie sportu wśród dzieci i młodzieży, a w jego skład wchodzą, oprócz drużyn w najwyżej klasie rozgrywkowej, również zespoły juniorskie. Dla nich pozbawienie hali na prawie połowę sezonu to już spory problem.

Święta, święta i…

To, co u nas wywołuje oburzenie, we Włoszech jest praktykowane od lat. Mowa o meczach rozgrywanych w drugi dzień Świąt. Tym razem, z powodu turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich, władze ligi postanowiły przyspieszyć świąteczną kolejkę o jeden dzień i mecze miały odbyć się 25 grudnia, co spowodowało niemały skandal. Ostatecznie powrócono do terminu 26 grudnia. Z jednym wyjątkiem. Przez zaplanowany na ten dzień mecz koszykarzy, nie udało się przesunąć meczu Itas Trentino – Consar Ravenna. Swojej frustracji i rozżalenia nie krył rozgrywający Ravenny, Davide Saitta, który napisał list do samego Papieża, by pomógł mu spędzić Boże Narodzenie z rodziną i wpłynął jakoś na zmianę decyzji władz ligi. Niestety, mecz odbył się zgodnie z planem, a Ravenna przegrała 1:3.

Jednak czy żale Saitty były uzasadnione? Nie zapominajmy, że w większości regionów Włoch nie obchodzi się Wigilii jak w Polsce, tym najważniejszym dla rodziny momentem jest świąteczny obiad 25 grudnia. Przy meczach 2.6, które od dawna odbywają się co roku, dla drużyn grających na wyjeździe konieczne jest udanie się w drogę dzień wcześniej – a w przypadku dużych odległości nawet wczesnym popołudniem. Ciężko wtedy o świętowanie, nawet jeśli siatkarz ma już swoją rodzinę z którą mieszka, a co dopiero mówić o młodych zawodnikach, którzy dopiero niedawno zaczęli dorosłe życie, nierzadko daleko od domu, a chcieliby przyjechać do najbliższych, zamiast spędzać te chwile w drodze na mecz. Jednak nie widać co roku fali protestów z tego powodu, a wszyscy są jednakowo pokrzywdzeni.

Trzej królowie z Polski

O spokojnym grudniu na pewno nie może mówić Bartosz Kurek. Najpierw padł ofiarą złodziei, którzy zdemolowali i splądrowali jego samochód, a tuż przed Świętami wybuchł pożar dwa piętra nad jego mieszkaniem. Na szczęście sportowo jest nieco lepiej. Po dwunastu kolejkach Kurek jest na drugim miejscu w klasyfikacji punktujących z liczbą 241 punktów na koncie, a wyprzedza go jedynie Nimir Abdel-Aziz (295).

Jeżeli poziom Bednorza w zeszłym sezonie mógł być niewiadomą, tak teraz przyjmujący pokazuje swoją wartość i  udowadnia, że dobre występy w fazie play-off nie były jedynie przebłyskiem formy. Bednorz grał równo niemal we wszystkich meczach, zdobył 181 punktów, a atakował na 60,7% skuteczności, nie odstając niczym od Zaysteva i Andersona.

W klasyfikacji najlepszych przyjmujących Bednorz wyprzedza nawet Wilfredo Leona, choć ten rozgrywa kolejny kosmiczny sezon. „Polski Kubańczyk” ma na swoim koncie 207 punktów, a jego skuteczność w ataku to 59,6%. Zdobył za to o 5 asów więcej od Bednorza – Bartosz punktował zagrywką 25 razy, Wilfredo 30.

Na tym niestety pozytywy się kończą, Mateusz Bieniek nie bryluje jak koledzy, nie dostaje nawet zbyt wiele szans do pokazania się. Zagrał zaledwie w sześciu meczach, z czego punktował w pięciu. Zdobył w sumie 42 punkty, z czego 9 blokiem i aż 7 zagrywką.  Pozostaje trzymać kciuki, że jego czas dopiero nadejdzie.