Kto ma prawo potępić kadrowicza, niech pierwszy rzuci kamień

Rozpoczynając właśnie tygodniowy urlop naszła mnie taka myśl, że bardzo trudno być siatkarzem, a zwłaszcza takim reprezentującym najwyższy światowy poziom. Uświadomiłam też sobie, że choć od wielu lat obracam się w środowisku siatkarskim dopiero teraz do tego doszłam. Gdzie ja miałam głowę przez tyle lat?

Skąd taka refleksja? Otóż pomyślałam, że wszystko zaczyna się już wtedy, gdy przyszła gwiazda siatkówki, nazwijmy go na potrzeby tego materiału Frankiem, kończy szkołę podstawową. Skauci Szkoły Mistrzostwa Sportowego wypatrują go na turnieju typu mistrzostwa Polski i trafia do spalskiego lasu. Jeśli dobrze zaaklimatyzuje się w grupie, przypasują mu nauczyciele, wszystko w porządku, ale co jeśli nie? Spędza w bardzo wąskiej grupie ludzi cztery lata! W zasadzie bez opcji wyjścia do „normalnego świata”, gdy po prostu ma dość. Nasz Franek nie ma czasu na nastoletnie dramaty, ani okazji do przeżycia ich po swojemu, musi się dopasować. Kto przeżył całe liceum bez żadnego, najmniejszego kryzysu, niech pierwszy rzuci kamień.

Załóżmy, że przetrwał, w końcu czego nie robi się dla siatkówki i dla przyszłej kariery. Wychodzi po czteroletnim zamknięciu na odludziu i załóżmy, że trafia do świetnego klubu. Nagle świat staje przed niego otworem. Jeśli był wyróżniającą się postacią, ma szanse podpisać bardzo dobry kontrakt i nagle, z dnia na dzień zaczyna zarabiać bardzo dobre pieniądze. Do tego dochodzi cała ta sportowa otoczka, szalejące na jego widok fanki, zdjęcia, autografy, komplementy. Komu w takich okolicznościach nie uderzyłaby sodówka, niech pierwszy rzuci kamień.

Czas na kolejne wyzwanie, klubowe realia. Jako młody człowiek wchodzi do zupełnie nowej grupy. Musi zrobić wszystko, żeby koledzy go zaakceptowali i przyjęli do drużyny. Do tego cały czas wewnątrz zespołu toczy się rywalizacja o miejsce w składzie. Jeśli wszystko w klubie funkcjonuje jak należy, jest to zdrowa walka. Umówmy się jednak, nie wszędzie tak jest. Do tego sztab szkoleniowy, który stara się wycisnąć z zespołu jak najwięcej. Niestety niejednokrotnie kosztem zdrowia swoich podopiecznych. Jeśli Franek podpisał rozsądny kontrakt, może zmienić „szefa psychopatę”, gorzej jeśli nie. Tak czy siak musi poczekać do końca sezonu. Kto nie miał ochoty z dnia na dzień rzucić pracy i zmienić jej na inną, niech pierwszy rzuci kamień.

Wreszcie trafia do reprezentacji i tym samym spełnia swoje marzenia, ale czy na pewno? Jeśli selekcjoner to specjalista najwyższych lotów, relacje z nim układają się doskonale, a drużyna osiąga świetne wyniki, pal sześć. Co zaś jeśli wszystko w tej kadrze zaczyna się psuć? Żeby tego było mało załóżmy nasz Franek zostaje kozłem ofiarnym (albo wewnątrz drużyny, albo w ocenie działaczy, dziennikarzy czy kibiców). Ma dość, ale kadry olać nie może. Rezygnacja z występów w drużynie narodowej jest niedopuszczalna. PZPS nie pozwala sobie na taką niesubordynację, grozi ona zabraniem licencji. Nasz kadrowicz w tych warunkach musi radzić sobie ładnych kilka lat. Dla kogo pojęcie wypalenia zawodowego jest zupełnie abstrakcyjne, niech pierwszy rzuci kamień.

To tylko wąski, przykładowy wycinek siatkarskiej rzeczywistości, niemniej zanim następny raz podejmę się oceny zachowania czy postawy któregokolwiek zawodnika czy zawodniczki trzy razy się zastanowię. I choć nie mam szefa psychopaty, a po prostu dopadł mnie jesienny marazm jadę odpocząć. Myślę, że niejeden Franek mi tego zazdrości. On nie ma czasu na reset…