Lepsze jest wrogiem dobrego

Zmiany zwykle są na lepsze. Przynoszą powiew świeżości, poprawiają niedociągnięcia, pokazują coś znanego w nowej odsłonie. A przynajmniej powinny.

Rosjanie w dość specyficznych okolicznościach odbierali puchar za wygranie tegorocznej Siatkarskiej Ligi Narodów (fot. FIVB)

Od 2012 roku Liga Światowa, a teraz Liga Narodów, zmieniała się aż cztery razy. Najpierw zrezygnowano z formuły dwumeczów wprowadzając mini-turnieje, by za rok do dwumeczów powrócić. Turnieje powróciły znów przed igrzyskami w Rio, ale w nieco zmienionej formule. Teraz niby nic, niby niewielkie zmiany, ale w praktyce nikomu niepotrzebne, a wręcz przeszkadzające. W czym?

Kalendarz rozgrywek jaki jest, każdy wie. Kibic widzi, a każdy zawodnik odczuwa coraz większym przemęczeniem. Krajowe ligi są poszerzane, gra się więcej, częściej i dłużej. Zdarzają się takie „kwiatki” jak tegoroczny finał Ligi Mistrzów w terminie, kiedy uczestnicy już dawno skończyli zmagania na krajowym podwórku. Szczęśliwie tak się złożyło, że żadna z drużyn nie odpadła wcześniej, bo ciężko by było trenować z odpowiednim nastawieniem przez kilka tygodni, kiedy właśnie zostało się wyeliminowanym z walki o krajowy tytuł.

Liczy się widowisko

W efekcie wielu zawodników, którzy rywalizowali w Kazaniu, na zgrupowanie reprezentacji przyjechało praktycznie z marszu, mając ledwie kilka dni wolnego. Grali na resztkach formy z sezonu ligowego, ale u tych starszych i bardziej eksploatowanych coraz bardziej było widać przemęczenie. Ale przecież trenerzy mogli dać im wolne, dlaczego nie wysłać ich na wakacje, żeby odpoczęli i podładowali baterie? Z powodu wymogu FIVB, że w meczowym składzie na każdy turniej musi być przynajmniej szóstka zawodników z igrzysk w Rio, jeśli dana drużyna tam grała. Ma to rzekomo podnieść atrakcyjność widowiska i zapobiec robieniu z Ligi Świa… Ligi Narodów, poligonu doświadczalnego dla młodych i traktowaniu jej jak bardziej poważnych sparingów.

Jest też druga sprawa. Ten coroczny turniej daje sporo punktów do rankingu, który będzie niezwykle ważny w kontekście przyszłorocznych eliminacji na igrzyska w Tokio. Nie można więc zupełnie odpuścić, nawet jeśli czołowe postaci w drużynie wyraźnie już nie domagają. Jednocześnie przed ważniejszymi imprezami, takimi jak mistrzostwa świata w tym roku, trudno budować atmosferę w drużynie na porażkach. Ale „zajeżdżanie”  liderów drużyny kilka tygodni wcześniej to strzał w kolano.

Sytuacja patowa. W efekcie teoretycznie najciekawsze mecze, czyli te decydujące o awansie do turnieju finałowego i już te w Lille, część ekip rozegrała w okrojonym składzie. Brazylijczyków spotkało wiele kontuzji i mniej poważnych urazów, w drużynie Polski trener zdecydował się dać wolne podstawowym zawodnikom, przez co w finałach nie mieli zbyt wiele do powiedzenia i po dwóch przegranych meczach grupowych wrócili do domu.

W 40 godzin dookoła świata

Problem przeładowanego kalendarza jest nagłaśniany od dawna, ze wszystkich stron. Łącznie z kibicami, którym przy takiej liczbie meczów siatkówka może się zwyczajnie przejeść. Co więc zrobiło FIVB? Reformę corocznych rozgrywek! Ale nie byle jaką – Liga Narodów zamiast z czterech, składa się teraz z pięciu tygodni mini-turniejów, a na koniec tradycyjnie Final Six.

Reprezentacje spędziły wiele godzin w samolotach podróżując z turnieju na turniej

Teoretycznie zmiana miała wprowadzić równe warunki dla wszystkich, bo ostatecznie każdy zagrał z każdym, nie można więc mówić o łatwiejszych i trudniejszych przeciwnikach w grupie, jak bywało wcześniej. W praktyce niektóre drużyny trafiły tak pechowo, że co tydzień musiały latać z kontynentu na kontynent i ledwo zdążały się zaaklimatyzować do nowej strefy czasowej, a czekała ich kolejna podróż przez ocean. Włosi, aby z serbskiego Kraljeva dostać się do San Juan, w samolotach spędzili w sumie 40 godzin. Za to Francuzi i Rosjanie przez cały turniej nie ruszali się poza Europę. Równe warunki…

I po co to wszystko?

A wielkie gwiazdy coraz częściej narzekają na kontuzje, przemęczeniowe urazy, coraz szybciej decydują się na zakończenie kariery, przynajmniej tej reprezentacyjnej. Jak to się dzieje, że jeszcze niedawno zdarzali się siatkarze, grający w klubach (i to dobrych klubach!) do czterdziestki lub dłużej, a teraz to praktycznie niespotykane? Kiedyś siatkówka nie była tak szybka i dynamiczna? Pewnie tak. Ale też grania było o wiele mniej. A przy postępie, jaki zrobiła medycyna, fizjoterapia i różnych „wynalazkach”, jakie mają do dyspozycji sztaby medyczne w drużynach, przemęczenie nie powinno przecież aż tak dawać się wielkim gwiazdom we znaki.

Tymczasem w trakcie Ligi Narodów urazów doznali Mateusz Bieniek, Felipe Fonteles, Mauricio Borges, Barthélémy Chinenyeze, Roman Martyniuk, Benjamin Patch, Thomas Jaeschke, Simone Giannelli. Można do tej wyliczanki jeszcze dorzucić tych, którzy gdyby nie kończyli sezonu ligowego z urazami, pewnie znaleźliby się w składzie jak np.: Damian Wojtaszek, Matteo Piano czy Cwetan Sokołow.

Brazylijczycy byli jednymi z rekordzistów jeśli chodzi o podróże w czasie tegorocznej VNL (fot. Instagram)

Sportowcy to nie maszyny, a zwyczajni ludzie i czasem ciało odmawia posłuszeństwa. Nie da się grać kilka lat bez praktycznie żadnej dłuższej przerwy. Dostrzega to i czuje coraz więcej zawodników, ale niestety nie działaczy i samych kibiców – ci pierwsi robią wszystko, by na każdym turnieju były wielkie nazwiska, ci drudzy ostro krytykują kiedy ktoś zdecyduje się na przerwę od reprezentacji.

Fani siatkówki nie lubią porównywania ich dyscypliny do piłki nożnej, ale w futbolu zasady najważniejszych turniejów nie zmieniają się od lat. Tymczasem w siatkówce niemal co roku jest jakaś rewolucja, że trudno się w tym połapać nawet tym najbardziej zaangażowanym kibicom, a co dopiero tym, którzy siatkówkę oglądają od święta – a jednak to tacy przeważają. Jeśli ktoś nie rozumie na czym polega kolejna zmiana reguł, zwyczajnie może nie chcieć zawracać sobie głowy takim turniejem.

Grafik płakał jak projektował

Liga Narodów w założeniu miała być kompletnie nowym produktem. Tymczasem to tylko kolejna zmiana w rozgrywkach znanych od lat, jedynie pod inną nazwą i w innym opakowaniu, które mało komu przypadło do gustu. Grafika wygląda topornie, font wybrany do napisów jest trudny do odczytania i zwyczajnie brzydki. Do tego dochodzi kwestia realizacji telewizyjnej, gdzie często nie było widać zmian, za to powtórki długich akcji kibice mogli oglądać w całości, choć wstrzymywało to grę. Do tego rozszyfrowanie aktualnego wyniku wymagało enigmy.

W hali, a raczej stadionie w Lille, też nie wszystko było dopracowane pod względem organizacji – trochę nie na miejscu wydawały się migające światełka i głośna muzyka po tym, kiedy rozlegał się już gwizdek sędziego oznajmiający rozpoczęcie akcji. Można odnieść wrażenie, że w myśl hasła „bądź częścią gry”, aby aktywizować widzów na trybunach, z meczów siatkówki zrobiono widowisko czysto rozrywkowe, spychając sport na nieco dalszy plan.

Włosi podróżowali 40h z turnieju na turniej (fot. Instagram)

Długo można by też mówić o ceremonii dekoracji, gdzie zrezygnowano z tradycyjnego nagradzania zawodników na podium. Zamiast tego, każdy siatkarz po kolei wchodził po schodkach, by odebrać medal. Trochę dziwny pomysł, a kibice przywykli do widoku całych drużyn razem z medalami (a w końcu to sport drużynowy), więc mogli czuć się nieco zdezorientowani. Osobna sprawa to praca fotografów, którzy przez nieprzemyślane ustawienie wspomnianej „sceny” wśród trybun, mieli problem ze zrobieniem dobrych ujęć, gdzie nikt z kibiców czy organizatorów nie zasłaniałby i nie psułby kadru. A przecież wszystkim zależy na dobrej promocji imprezy tuż po jej zakończeniu. Jak to zrobić bez dobrych fotografii?

Nasuwa się tutaj refleksja – po co właściwie takie zmiany, tylko dla samych zmian? Żeby skomplikować, pomieszać, żeby sprawić wrażenie, że działacze „coś” robią? A może inaczej – po co właściwie co roku taki turniej jak Liga Narodów? Tak długi, rozbudowany i wymagający?  Sam pomysł jest ciekawy, bo poza meczami towarzyskimi to dla wielu kibiców jedyna okazja żeby zobaczyć w akcji drużyny z drugiego końca świata. Ale przy coraz większej ilości grania, niektóre drużyny świadomie odpuszczają, inne nie mają w składzie swoich największych gwiazd, a chyba nie o to chodzi. A trudno przyciągnąć kibiców wyeksploatowanymi do granic możliwości gwiazdami, które ledwo snują się po boisku. Jeśli zmieniać, to powinno się na lepsze. Może po kilku kolejnych reformach się uda…

Katarzyna Tybor

Napisz do autorki: k.tybor@volleycafe.pl