Liga Mistrzów Logistyki

Rozgrywki Ligi Mistrzów wzbudzają coraz więcej kontrowersji. Bardziej opłaca się z nich odpaść niż jechać na turniej finałowy?

Liga Mistrzów wywołuje skrajne emocje. Zwłaszcza wśród reprezentantów (fot. VolleyCafe.pl)

Włochy. Półfinały play-off. W samym środku rywalizacji Perugia ma wyjazd do… Nowosybirska. Potraktowanie poważnie dwumeczu z Rosjanami może dać im przepustkę do Final Four, ale również kosztować odpadnięcie z walki o mistrzostwo kraju. Wtedy musieliby wydłużyć swój sezon o ponad trzy tygodnie, czekając na finałowy turniej w Kazaniu 12 maja. Na pewno nie jest to szczytem marzeń siatkarzy, którzy liczą na powołanie do Ligi Narodów.

To chyba najbardziej jaskrawy przykład. A podobny scenariusz jest bardzo realny, bo w grze są wciąż aż trzy włoskie drużyny, wszystkie mające w składzie gwiazdy różnych reprezentacji. W Polsce rozgrywki jeszcze trochę potrwają, tymczasem we Włoszech odpadający w półfinałach kończą sezon, siatkarze mieliby więc chwilę na odpoczynek, podładowanie baterii i spędzenie trochę czasu z najbliższymi, zanim zaczną się zgrupowania. Zamiast tego, czekałyby ich kolejne tygodnie treningów, potem wycieczka do Kazania i tradycyjny łomot od Zenitu.

Oczywiście, w Lidze Narodów można wystawić drugi skład. Ale kto zdecyduje się na to w roku mistrzostw świata? Tylko nieliczni siatkarze to „pewniaki”, turniejowy skład trzeba wybrać i zgrywać do znudzenia dużo wcześniej, a nowi zawodnicy potrzebują czasu na dotarcie się z resztą drużyny. Nie wspominając już o aspekcie marketingowym – kibice przychodzą na mecze wielkich drużyn, aby oglądać wielkie gwiazdy, a nie rezerwowych.

Kalendarze rozgrywek ligowych i reprezentacyjnych kłócą się ze sobą od dawna. To żadna tajemnica, że władzom klubów zależy tylko na własnych wynikach, a w nosie mają dobro reprezentacji. Zawodnicy są eksploatowani do granic możliwości i często muszą ograniczać lub w ogóle rezygnować z gry w kadrze, aby nie kończyć przedwcześnie kariery z powodu problemów zdrowotnych.

Ale dlaczego w sezonie ligowym jest ten sam problem? Niełatwo jest tak zgrać kalendarze w różnych ligach, by każdy był zadowolony. Ale może chociaż nie przeszkadzać? Zrobić przerwę na Ligę Mistrzów przed startem krajowych play-offów?

W Polsce jako główny argument „przeciw” od lat pojawiają się pieniądze. Nasze kluby nie są tak bogate jak zagraniczne, a do rozgrywek trzeba sporo dokładać, co zwyczajnie się nie opłaca. Ale coraz częściej nie opłaca się również sportowo i niektórzy mają tego świadomość. Rzadko udaje się złapać kilka srok za ogon, a nawet niedalekie podróże i jeden czy dwa mecze więcej mogą mieć ogromną wagę. Dwa lata temu w Final Four w Krakowie grały Diatec Trentino i Cucine Lube Civitanova, a potem solidarnie odpadły w półfinałach (FF był wtedy przed 3. meczem półfinałów, granych do 3 zwycięstw). Przypadek? Być może… Ale ich rywale mieli przewagę w postaci spokojnego trenowania u siebie i dwóch meczów „w nogach” mniej.

O ile dla „średniaków” możliwość pokazania się w Europie to rzeczywiście coś wielkiego, tak dla drużyn z czołówki coraz częściej Liga Mistrzów staje się kulą u nogi. I tutaj zaczynają się kalkulacje. Czy bardziej opłaca się walczyć na europejskich parkietach i grać na poważnie, czy lepiej odpuścić i wrzucić na minę rywala do krajowego tytułu?  Starając się wygrać wszystko, często można w efekcie zostać z niczym.

Nie dziwią więc nie do końca etyczne zagrywki, rozegrane czasem tak umiejętnie, by nie wzbudzać podejrzeń i nie narażać się na krytykę. Ale trzeba się zastanowić, jaki prestiż tak naprawdę mają rozgrywki, w których hale świecą pustkami, realizatorzy co rusz robią błędy w nazwiskach zawodników i – chłodno kalkulując – bardziej opłaca się odpaść niż awansować do finału? Ostatecznie i tak wszyscy grają, a na końcu wygrywa Zenit…