Łukasz Łapszyński: Nie trzeba być herosem, żeby uratować komuś życie!

– Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że mogą uratować komuś życie nie ryzykując własnego zdrowia – zauważa Łukasz Łapszyński, który sam trzy lata temu oddał szpik dla chorej dziewczynki. 

Łapa
Łukasz kawę pije tylko rano i wybiera cappuccino (fot. Anna Kołakowska)

Anna Kołakowska: Zacznijmy od początku. Skąd w ogóle decyzja o tym, żeby zarejestrować się do bazy potencjalnych dawców szpiku?

Łukasz Łapszyński (przyjmujący ONICO AZS-u Politechniki Warszawskiej): – Byłem wtedy zawodnikiem Cuprum Lubin. Na jeden z naszych treningów przyszła ekipa DKMS-u, która wcześniej uzgodniła wszystko z władzami klubu. Zarząd nie widział problemu w tym, abyśmy się zarejestrowali. Choć nikt nie zmuszał nas do podjęcia tej decyzji, zrobiła to niemal cała drużyna. Wycofały się chyba tylko dwie osoby.

Wyglądało to tak, że pobrano nam wymaz, wypełniliśmy niezbędne formularze, a przedstawiciele fundacji dokładnie wyjaśnili, jak to wszystko miałoby przebiegać. Na koniec dodali, że jeśli dla któregoś z nas znajdzie się bliźniak genetyczny skontaktują się z nim indywidualnie.

Ile czasu minęło między rejestracją a informacją, że znaleziono Twojego bliźniaka genetycznego?

– Informację tę otrzymałem już po około trzech lub czterech miesiącach, czyli dość szybko. Zaraz po tym musiałem udać się na pierwsze badania w celu potwierdzenia zgodności genetycznej. Tak też się stało. Znalazła się osoba, której mogłem oddać szpik i byłem zdrowy, więc spytano mnie, czy nadal chcę uczestniczyć w tej procedurze.

Zadzwoniłem więc do zarządu, przedstawiłem sytuację i spytałem, czy podtrzymuje swoje wcześniejsze stanowisko w tej kwestii. Klub zgodził się, a później nagłośnił tę informację w mediach. Tymczasem ja przechodziłem kolejne badania, które miały potwierdzić gotowość mojego organizmu do zabiegu.

Czy ktoś z Twoich znajomych lub rodziny zmagał się z jakąś chorobą i to dodatkowo popchnęło Cię do decyzji o oddaniu szpiku?

– Pamiętam tylko przypadek Jakuba Pastuszki, siatkarza Czarnych Radom, który zmagał się z białaczką. W mojej rodzinie takiej sytuacji na szczęście nie było. Jednak pomyślałem, że skoro się już zarejestrowałem i udało się znaleźć mojego bliźniaka genetycznego to warto iść krok dalej.

Łukasz przekonuje, że warto zarejestrować się w bazie DKMS-u (fot. Anna Kołakowska)
Łukasz przekonuje, że warto zarejestrować się w bazie DKMS-u (fot. Anna Kołakowska)

Byłem zdrowy, więc czemu miałbym tego nie zrobić? Przecież to nie jest tak, że ja odmówię oddania szpiku, a za chwilę znajdzie się kilku innych na moje miejsce. Wiedziałem, że czasu jest mało, więc nie zwlekałem ze swoją decyzją. Zgodziłem się i byłem szczęśliwy, że mogę komuś pomóc.

Mówisz, że z radością przyjąłeś informację o pojawieniu się bliźniaka genetycznego. A jak zareagowała Twoja rodzina i przyjaciele?

– Rodzina również bardzo ucieszyła się na tę wiadomość. Wszyscy mocno popierali moją decyzję, choć nigdy nie naciskali i nie zmuszali mnie, abym poddał się zabiegowi.

Tymczasem znajomi, gdy tylko dowiedzieli się o tym, że będę oddawał szpik zaczęli do mnie masowo pisać i dzwonić. Pytali, jak zarejestrować się do bazy DKMS i byli ciekawi, jak to wszystko przebiega. Z tego, co wiem sporo z nich poszło moim śladem i zostało potencjalnymi dawcami.

Miałeś to szczęście, że klub również wspierał Cię w tej decyzji. Czy pojawiły się jakieś uzgodnienia dotyczące przygotowań do zabiegu i powrotu do treningów?

– Byłem wtedy regularnym graczem szóstkowym. Jednak od początku było jasne, że klub szanuje moją decyzję. Nie miałem więc obaw, że sytuacja ta może negatywnie wpłynąć na moją pozycję w drużynie. Jeszcze przez zabiegiem razem z zarządem i sztabem ustaliliśmy po jakim czasie będę mógł wrócić do treningów i ja będą one wyglądać. Nikt nie powiedział: oddajesz szpik, masz tydzień i wracasz! Miało to nastąpić w momencie, kiedy będę czuł się na siłach, aby ponownie przystąpić do ciężkiej pracy fizycznej.

W jaki sposób zostałeś przygotowany do zabiegu?

– Odbyłem kilka rozmów z lekarzami, którzy opowiadali mi, jak wygląda pobieranie szpiku i jak się mogę później czuć. Otrzymywałem również praktyczne wskazówki na przykład o tym, czego nie mogę jeść i pić przed badaniami oraz samym zabiegiem. Żadnych spotkań z psychologami nie miałem.

Opowiedz mi, jak przebiegał zabieg.

– Zostałem poddany narkozie, a szpik pobierano mi z talerza kości biodrowej. Myślę, że mogło to trwać około dwóch godzin. Pamiętam, że tego dnia do szpitala przyjechała ekipa telewizyjna KGHM-u, a ja mocno otumaniony po świeżo przebytym zabiegu udzielałem im wywiadu. Widziałem później ten filmik w internecie. Wyszło dosyć… śmiesznie!

Natomiast, gdy obudziłem się kilka godzin później byłem bardzo głodny. Tata przyniósł mi zestaw z McDonald’sa, a ja wziąłem gryza i… nie mogłem zjeść więcej, więc poszedłem znowu spać (śmiech).

W szpitalu byłem łącznie cztery albo pięć dni. Przyjechałem dwa dni przed zabiegiem, a opuściłem go dzień czy dwa po nim. Następnie wróciłem do domu. Podróż w samochodzie okazała się istną męczarnią. Byłem obolały i przez całą drogę tkwiłem w dość niekomfortowej pozycji.

Jak czułeś się po powrocie do domu?

– Pierwszy tydzień był zdecydowanie najcięższy. W miejscach, gdzie wbijano mi igłę pojawiły się bolesne siniaki przez co nie mogłem leżeć na plecach. Próby wykonywania innych ruchów również sprawiały ból. Z biegiem czasu czułem się coraz lepiej. Stopniowo odzyskiwałem sprawność fizyczną, ale nie chciałem niczego przyspieszać. Klub również powtarzał mi, że muszę spokojnie dojść do siebie.

DSC_8239
Oddanie szpiku nie przeszkodziło Łukaszowi w rozwoju sportowym (fot. Anna Kołakowska)

Po jakim czasie wróciłeś do treningów z drużyną?

– Po około miesiącu od zabiegu. Oczywiście nie było to od razu pełne trenowanie. Na początku wykonywałem tylko te ćwiczenia, przy których nie czułem bólu. Z czasem było ich coraz więcej, aż mój trening wyglądał tak jak u pozostałych zawodników. Trwało to jakieś dwa tygodnie. Powoli wracałem również do składu meczowego.

Czy poznałeś osobę, której oddałeś szpik?

– Nie poznałem. Wiem tylko, że była to mała dziewczynka. Procedura jest taka, że jeśli szpik się przyjmie to dawca i biorca mogą się poznać dopiero po dwóch latach. Oczywiście pod warunkiem, że obie strony wyrażą na to zgodę. W moim przypadku nie było to możliwe, ponieważ szpik niestety się nie przyjął.

Czy gdybyś dzisiaj stanął przed taką decyzją zrobiłbyś to samo?

– Myślę, że tak. Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo znaleźć bliźniaka genetycznego. Jeśli mam okazję komuś pomóc, to czemu miałbym tego nie zrobić? Oddając szpik nie narażam przecież swojego zdrowia ani życia.

Czy do tej pory publicznie opowiadałeś o swoim przypadku, aby w ten sposób przekonać innych do rejestracji i oddawania szpiku?

– Nie, ponieważ nie potrzebowałem rozgłosu. Bezpośrednio po zabiegu udzieliłem na ten temat jednego czy dwóch wywiadów. Później dowiedziałem się, że inne portale bez zgody wykorzystały moje słowa, a nawet przekręciły je.

Jednak wielu ludzi zwracało się do mnie prywatnie, a ja nigdy nie miałem problemu, aby o tym porozmawiać. W ten sposób mogłem zachęcić innych do rejestracji.

Mimo wielu akcji promocyjnych w Polsce nadal mamy problem z transplantologią, a liczba osób zarejestrowanych jest mała. Jak myślisz, z czego to wynika?

– Część osób chyba uważa, że ten problem ich nie dotyczy. Jeśli nie zetkną się z żadną poważną chorobą w rodzinie lub wśród przyjaciół, to nie myślą o tym, żeby pomóc innym. Pamiętam, że po zabiegu pytano mnie, czy szpik oddawałem komuś bliskiemu. Zgodnie z prawdą zaprzeczałem, a wszyscy bardzo pozytywnie reagowali na moją odpowiedź, bo uświadamiali sobie, że zrobiłem to całkowicie bezinteresownie.

Wydaje mi się jednak, że główną przyczyną jest brak świadomości. Ludzie po prostu nie zdają sobie sprawy, że mogą uratować komuś życie nie ryzykując własnego zdrowia. A przecież wystarczy poczytać na ten temat lub porozmawiać z kimś, kto taki zabieg przeszedł.

Nieraz opowiadałem innym o swoim przypadku zaczynając od najbardziej podstawowych informacji o rejestracji i oddawaniu szpiku. Okazało się, że większość ludzi nie miała na ten temat bladego pojęcia, a po szczegółowym wyjaśnieniu zaskoczeni stwierdzali, że nie potrzeba wiele, aby komuś pomóc. Zresztą dopóki przedstawiciele DKMS-u nie odwiedzili nas na treningu sam nie byłem uświadomiony w tym temacie.

A czy obecnie angażujesz się w inne akcje tego typu?

– Nigdy nie odmawiam udziału. Gdy tylko mamy taką możliwość razem z chłopakami z drużyny odwiedzamy szkoły lub szpitale. To wspaniałe uczucie widzieć, że twoja obecność sprawia dzieciakom ogromną radość oraz pozwala choć na chwilę zapomnieć o chorobie.

Zanim postawimy kropkę, powiedz mi, jesteś kawoszem?

– Kawę lubię, ale sięgam po nią tylko raz dziennie. Mam taki rytuał, że po wstaniu piję cappuccino lub caffe latte, jem śniadanie i dopiero ruszam na podbój świata (śmiech).