Mamy w kadrze artystów, ale brakuje nam rzemieślników

Zdobywamy punkty, pniemy się w tabeli i po dramatycznym początku jednak walczymy w bezpośrednim starciu z Bułgarami o awans do Final Six Ligi Światowej. Powodów do bezrefleksyjnej radości jednak nie mamy.

Polacy cieszą się po zwycięstwie nad reprezentacja Stanów Zjednoczonych w katowickim Spodku (fot. FIVB)
Polacy cieszą się po zwycięstwie nad reprezentacja Stanów Zjednoczonych w katowickim Spodku (fot. FIVB)

Wciąż po Polakach możemy spodziewać się wszystkiego – asów serwisowych, zjawiskowych obron i atomowych ataków oraz przestojów, szkolnych błędów w przyjęciu czy serwisów w siatkę. Niby dwa mecze z USA wygraliśmy, ale mnie zdobycie pięciu punktów wcale nie uspokaja, bo gra w kratkę może odbić się nam czkawką w Warnie.

W miniony weekend siatkarze znów zafundowali nam dreszczowce. Najpierw widzieliśmy dwie różne drużyny biało-czerwonych w Katowicach, gdzie wygraliśmy tylko 3:2. Potem we Wrocławiu w końcówce czwartego seta mocno zagrywający Paul Lotman oraz skutecznie atakujący Matthew Anderson mogli doprowadzić do tie-breaka. Tak się nie stało, bo do Polaków po prostu uśmiechnęło się szczęście.

Nie przeczę, że sztuką jest wygrywać, kiedy gra się słabiej lub falami, ale tęsknię za kadrowiczami, którzy są rzemieślnikami zamiast artystami. Jeżeli nasz słaby początek był pokłosiem presji, jaką media i kibice wywierali na zawodnikach po nieudanych igrzyskach w Londynie, to można przypuszczać, że w Bułgarii siatkarze się spalą, bo teraz apetyty wszystkich znów są gigantyczne. Przez cały tydzień będziemy im przecież przypominać, że stoją przed wielką szansą. A jeśli awansują do Final Six, to będziemy cieszyć się tylko z obrony złota. Może nas zgubić zwykła zachłanność, choć wszyscy widzimy, że chłopaki w optymalnej formie wcale nie są.

Po meczach z Amerykanami nie posiadam się z radości tylko z jednego powodu: Paweł Zatorski w 100% doceniony. Świetny mecz, atomowe zagrywki przyjęte w punkt, intuicyjne obrony i MVP spotkania. Pamiętajmy, jak rzadko siatkarzem meczu zostaje libero i doceńmy skromnego Zatorskiego podwójnie. Czekam na jego występy w Warnie… i w Mar del Plata również.