Marcin Komenda: Szukajmy tego, co nas łączy, a nie dziury w całym

Dziś gra pierwsze skrzypce w siatkarskim GKS-ie Katowice. Przygodę ze sportem rozpoczynał jednak od piłki nożnej. O kulisach opowiedział nam w kawowym wywiadzie.

Marcin Komenda przeważnie wypija dwie filiżanki kawy dziennie (fot. VolleyCafe.pl)

Renata Respondek (VolleyCafe.pl) Były piłkarz, krakus, więc nie sposób na początek nie zapytać Cię o sytuację w ostatnich miesiącach w Wiśle Kraków. Śledziłeś?

Marcin Komenda (rozgrywający GKS-u Katowice): – Mimo iż nie jestem kibicem tego klubu to śledziłem oczywiście całą sytuację, bo nie ukrywam, że ze sportowym środowiskiem w Krakowie bardzo się utożsamiam. Leży mi na sercu, by wszystkie krakowskie zespoły z bardzo dobrej strony pokazywały się zarówno na polskiej scenie, jak i tej międzynarodowej, jeśli mają ku temu okazję.

Bardzo się cieszę, że tak znany zawodnik jak Jakub Błaszczykowski pomógł Wiśle i zaangażował się w ratowanie tego klubu. Myślę, że ostatnie miesiące pokazały, jak wielka to drużyna oraz jak kibice i byli zawodnicy potrafią się z nią identyfikować. Mam nadzieję, że ten projekt się uda i zespół nie zniknie ze sceny. Mocno ściskam kciuki za to, by w niedalekiej przyszłości trzy krakowskie kluby grały w Ekstraklasie.

Zaskoczyło Cię, że w tak krótkim czasie kibice zmobilizowali się i sypnęli groszem na Wisłę? Myślisz, że to ewenement czy w przypadku innych krakowskich klubów byłoby podobnie?

– Moim zdaniem wszystkie kluby, które mają liczną grupę sympatyków, a w Ekstraklasie myślę, że można to powiedzieć o niemal każdej drużynie, uratowałyby się. Kryzys w Wiśle trwał od dłuższego czasu i wokół klubu działy się przedziwne rzeczy, ale w ostatnim czasie udało się przeprowadzić świetną akcję marketingową. To bardzo dobrze świadczy o polskim środowisku sportowym, które w kryzysowej sytuacji potrafi się zmobilizować i pomóc klubowi z historią. Niewątpliwie kibice swoją postawą udowodnili, że kochają ten zespół i chcą go wspierać.

Wspomniałeś już o Jakubie Błaszczykowskim. Chyba niewielu zdecydowałoby się na taki gest, prawda?

– Wielki szacunek dla Pana Jakuba (w tym wypadku zdecydowanie zasłużył, by właśnie tak się do niego zwracać). To, co zrobił jest ewenementem na skalę światową. Swoją postawą wskazał doskonały kierunek wszystkim młodym sportowcom i kibicom. Byłoby dobrze, gdyby w przyszłości takie przykłady można mnożyć, bo pokazywałoby to, że dla ludzi wciąż istotną wartością są lojalność i wierność swojej drużynie. Trzeba o tym jak najwięcej mówić, by wychowywać kolejne pokolenia, dla których Jakub Błaszczykowski bez wątpienia stał się wzorem do naśladowania.

Myślisz, że coś takiego byłoby możliwe w siatkówce? Wy chyba nie jesteście aż tak związani z klubami, w których gracie. Na palcach jednej ręki można policzyć zawodników, którzy wiele lat grają w jednej drużynie…

– W siatkówce przede wszystkim jest bardzo niewiele takich klubów, które powstały sto lat temu i wciąż istnieją. Te, które mamy na rynku w większości mają bardzo młody życiorys i to robi różnicę. Druga sprawa jest taka, że w polskich ekipach siatkarskich występuje niewielu wychowanków. Takie przypadki można policzyć na palcach jednej ręki, podczas gdy w piłkarskiej Ekstraklasie chyba w każdym zespole znajdzie się jeden czy dwóch takich piłkarzy.

Moim zdaniem w tym kierunku powinna iść również nasza dyscyplina, bo osoba wychowana w danym klubie inaczej się z nim identyfikuje i ma go mocniej w sercu. Niemniej rozsądny zawodnik dla każdego klubu chce grać jak najlepiej i chce jego dobra sportowego. Przynajmniej ja tak do tego podchodzę i staram się być wdzięczny wszystkim, którzy dali mi szansę pokazania się.

Dobrze, zostawmy Wisłę. Opowiedz mi o swojej przygodzie z piłką nożną. Jak to było i dlaczego się skończyło?

– Piłkę nożną lubiłem od zawsze i w związku z tym była ona moim pierwszym wyborem. Trenowałem tę dyscyplinę przez trzy lata w Hutniku Kraków. W pewnym momencie okazało się jednak, że jestem wyższy od drugiego najwyższego o głowę i pomyślałem, że może warto byłoby rozważyć dyscyplinę, w której te warunki fizyczne będą mi pomagać, a nie przeszkadzać. Do tego doszły problemy z piętą, stopy mocno bolały mnie od korków.

Postanowiłem więc wybrać inny sport. Moja mama grała w siatkówkę, tata w piłkę ręczną, więc wahałem się między tymi dwoma dyscyplinami. Ostatecznie to mama pchała mnie bardziej w stronę swojej wielkiej pasji, tata jakoś zostawił tę decyzję mi do podjęcia i ostatecznie wylądowałem w klasie siatkarskiej.

Z perspektywy czasu myślę, że był to dobry wybór, bo teraz mogę spełniać swoje marzenia.

Marcin Komenda swoją przygodę ze sportem rozpoczynał od piłki nożnej (fot. VolleyCafe.pl)

Jak duży był to przeskok jeśli chodzi o treningi?

– To była zasadnicza różnica. W piłce nożnej się dużo więcej biega, a w siatkówce skacze i jest „na niskich nogach”. Choć umówmy się, na etapie na którym trenowałem w obu wypadkach duży nacisk kładło się na ogólnorozwojówkę i na to, by przyzwyczaić organizm do reżimu treningowego w przyszłości. Nie odczułem więc tego bardzo mocno, choć nie ukrywam, że musiałem się na początku przyzwyczaić do nowych warunków.

Przeszłość piłkarska jakoś pomaga ci w siatkówce?

– Jako rozgrywający wciąż muszę pracować nad swoją motorycznością, bo dobieganie do piłek po słabszym przyjęciu jest kwestią kluczową. W piłkę nożną grałem dawno temu, więc myślę, że nie ma to na mnie już dziś większego wpływu. Jedyne, co pozostało to to, że gdy zdarza nam się pograć w piłkę na treningu to wciąż sprawia mi to ogromną frajdę.

Co jakiś czas przy okazji zwycięstwie siatkarzy, dobrym wyniku piłkarzy czy w jeszcze innych okolicznościach wybucha w internecie zażarta dyskusja na temat tego, który sport jest lepszy. Pojawiają się argumenty, że siatkówka to dyscyplina świetlicowa, a piłkarze z kolei zarabiają za dużo. Jak ty się na to zapatrujesz?

– Jestem wielkim przeciwnikiem takich porównań. Jeśli w piłce nożnej są większe pieniądze to znaczy tylko tyle, że sponsorzy bardziej do niej lgną. Dla mnie to naturalna kolej rzeczy i zupełnie nie rozumiem, dlaczego uważane to jest jak zarzut. To, ile pieniędzy jest w danej dyscyplinie wynika w dużej mierze z zainteresowania i całej otoczki, którą działaczom udaje się zbudować.

Nie mam problemu z tym, że zarabiam mniej niż piłkarze. Mnie nie dziwi, że w piłce nożnej zarobki są większe, bo ten sport elektryzuje większą liczbę kibiców, stadiony są większe niż hale. Mam jednak nadzieję, że pod względem popularności siatkówka będzie gonić piłkę.

Czyli w tym kontekście nie traktujesz swojej kariery siatkarskiej jako nagrody pocieszenia po nieudanej karierze piłkarskiej?

– Staram się w zasadzie o tym nie myśleć, bo niewiele dałyby mi rozważania „co by było gdybym dziś był piłkarzem”. Realnie na sprawę patrząc myślę, że nie grałbym w najwyższej klasie rozgrywkowej będąc piłkarzem.

Pozostało ci kibicowanie.

– Tak, jestem na meczach Hutnika kiedy tylko mogę. Niezależnie od poziomu spotkań ligowych zawsze sprawia mi to przyjemność. Z kolei z europejskich klubów bardzo lubię AC Milan i uprzedzę pytanie, nie jest to efekt Krzysztofa Piątka (śmiech), bardziej efekt Kaki. Poza tym lubię oglądać grę Liverpoolu i Realu.

Bardzo lubię też popatrzeć na niemiecką Bundesligę. Myślę, że my jako Polska powinniśmy dążyć do niemieckich realiów. Wiadomo, że możliwości finansowe w Niemczech są zupełnie inne, ale pewne rzeczy mimo to możemy przemycić, jak liga osiemnastozespołowa, bez niepotrzebnych podziałów ligi, dodawania, odejmowania i innych udziwnień, które były u nas testowane. Dobrze gdyby udało nam się doprowadzić do takiego wypełnienia stadionów jak ma to miejsce u naszych zachodnich sąsiadów.

Jak tak Cię słucham to, wracając jeszcze do internetowej wojny siatkarsko-piłkarskiej, jesteś najlepszym dowodem na to, że można łączyć miłość do obu sportów.

– Uważam, że można znaleźć kompromis. Do sportów ciekawych do oglądania dorzuciłbym jeszcze piłkę ręczną. Moim zdaniem trzeba dążyć do tego, by wyeliminować niepotrzebną zawiść pomiędzy kibicami piłkarskimi i siatkarskimi. Jeden i drugi sport mają w sobie coś pięknego i jeśli ktoś jest kibicem sportu to w obu dyscyplinach znajdzie się adrenalinę i kibicując dobrze spędzi czas. Szukajmy tego, co nas łączy, a nie dziury w całym, zwłaszcza tutaj w naszym polskim środowisku.


Złote Buki to doskonała okazja do integracji wszystkich sekcji GKS-u Katowice (fot. VolleyCafe.pl)

I tutaj w piękną klamrę spinając sprawę pojawia się wielosekcyjny GKS, który łączy siatkówkę, piłkę nożną kobiet i mężczyzn, hokej i szachy. Da się.

– Dokładnie tak. Tworzymy jeden klub, wzajemnie się wspieramy i trzymamy za siebie kciuki. Bardzo chcielibyśmy, by hokeiści wywalczyli mistrzostwo Polski, a piłkarze zajęli jak najwyższe miejsce w pierwszej lidze i zbliżali się do awansu do Ekstraklasy. Nie zapominajmy również o piłkarkach, mam nadzieję, że uda im się wskoczyć do szóstki. Raz w roku spotykamy się wszyscy podczas Złotych Buków. To moment, który bardzo nas jednoczy. W skali polskich klubów myślę, że rzadko możliwe są takie inicjatywy. To świetna sprawa.

Na koniec powiedz mi, myślałeś już nad tym, by po zakończeniu kariery w jakiś sposób spróbować połączyć swoje wielkie pasje i znaleźć pracę, która pozwalałaby Ci udzielać się we wszystkich sportach, które kochasz?

– Jestem jeszcze dość młody i jestem na początku seniorskiej drogi w siatkówce, więc póki co jeszcze się bardzo nad tym nie zastanawiałem, bo zamierzam jeszcze kilka lat pograć na boisku. Bardzo chciałbym jednak zostać w sporcie i dużą frajdę sprawiłoby mi gdyby udało się nie skupiać tylko na jednej dyscyplinie, ale jakoś to wszystko połączyć.

Niezależnie od tego, jaki zawód będę w przyszłości wykonywał na pewno pozostanę kibicem sportowym i będę chodził na mecze różnych dyscyplin i dopingował swoich ulubieńców. Myślę, że w tym zakresie nic się nie zmieni i dalej będę miał sportowego fioła.

Jeszcze tradycyjnie, zdradź proszę jaką kawę lubisz? Ile dziennie filiżanek wypijasz?

– Lubię pić dobrą kawę i delektować się jej aromatem, więc zwykle jeśli już taką mam to wybieram czarną, choć zdarza mi się sięgnąć po taką z mlekiem. Zwykle sięgam po nią rano, to taki mój rytuał. Zazwyczaj drugą robię sobie przed treningiem. Moje minimum więc to dwie filiżanki, choć dzisiaj przy okazji naszej rozmowy będą trzy.

Bardzo lubię kawę i sięgam po nią zdecydowanie częściej niż po herbatę. Można powiedzieć, że jest u mnie na drugim miejscu po wodzie jeśli chodzi o ilość wypijaną w ciągu dnia.

One comment

Możliwość komentowania jest wyłączona.