Mariusz Wlazły: Ze Skrą jesteśmy w pakiecie

O fotografii, fundacji, polskich mediach i przede wszystkim braku czasu wolnego opowiada Mariusz Wlazły, atakujący PGE Skry Bełchatów.

- To jest walka z wiatrakami - mówi Mariusz Wlazły o kontaktach z dziennikarzami (fot. Magdalena Gajek)
– To jest walka z wiatrakami – mówi Mariusz Wlazły o kontaktach z dziennikarzami (fot. Magdalena Gajek)

Magdalena Gajek: Na pytanie o najlepiej przyrządzaną potrawę, odpowiada pan „kawa z ekspresu”. Jest pan takim kawoszem czy marnym kucharzem?

Mariusz Wlazły: – Lubię kawę, piję jej nawet zbyt dużo, aczkolwiek nie za mocną. Rano serwuję sobie espresso, bo często wstaję wcześnie i muszę się obudzić. A później piję kawę, ponieważ po prostu lubię jej smak. Rano to rytuał, a potem przyjemność.

Robienie zdjęć to też rytuał?

– To moja ogromna pasja. Fotografując, odprężam się, znajduję inne emocje niż na boisku. To innego rodzaju przestrzeń, w której mogę się realizować. Fotografia zajmuje dość mało miejsca w moim życiu ze względu na brak czasu, ale jeśli tylko mogę, biorę aparat i zawsze coś pstryknę. Potem oglądam fotki w aparacie, ale na tym małym wyświetlaczu obraz nie jest dobrze widoczny. Kiedy zobaczę zdjęcie w powiększeniu na komputerze i stwierdzę, że jest w porządku, to dalej mogę się nim bawić.

Czyli zabawa z fotkami w programach graficznych też sprawia panu frajdę?

– Staram się jak najmniej czasu spędzić przy komputerze. Chciałbym dojść do takiej perfekcji, żeby to, co zrobię aparatem, nie było poprawiane. Żeby robić naprawdę dobre zdjęcia, trzeba zbierać doświadczenie. Ja nie mogę swojej pasji poświęcić tyle czasu, ile bym chciał, bo zawsze są rzeczy dużo ważniejsze. Byłem na kilku szkoleniach i mam nadzieję, że na kolejnych jeszcze będę. Na pewno w przyszłości chcę robić czarno-białe fotografie, ale żeby zdjęcia były dobre, to trzeba mieć sporą wiedzę.

Mało ludzi na tych pana fotografiach.

– Tutaj jest problem, bo żeby zrobić komuś zdjęcie i potem je pokazać, trzeba mieć pozwolenie tej osoby. Ja nie lubię fotografować ludzi, nie mówiąc im o tym, także ze względu na siebie. Dla mnie to jest coś nie do przyjęcia. Nigdy nie chciałem, żeby ktoś robił mi zdjęcia z ukrycia, a tak się zdarza. Staram się pokazywać coś, co zależy tylko ode mnie, ale to nie znaczy, że nie lubię fotografować ludzi.

Co się dzieje potem z tymi zdjęciami?

– Zostają w komputerze. Prezentuję za niski poziom umiejętności, żeby komuś je pokazywać.

Nie myślał pan o wydaniu albumu czy wystawie? Pana nazwisko byłoby bardzo pomocne – Marcin Prus napisał książkę i cały siatkarski świat sobie o nim przypomniał.

– To jeszcze nie ten etap. Moje zdjęcia są zbyt chaotyczne. Przede wszystkim, żeby doprowadzić do jakiejkolwiek publikacji, trzeba stworzyć projekt, pewną relację między fotografiami. Najpierw należy zrealizować konkretny temat, a potem można go pokazywać. Ja po prostu nie mam na to czasu. Robię jedno zdjęcie na dwa, trzy tygodnie. Moje prace bardzo różnią się od siebie, więc nawet nie wiem, jakbym miał zatytułować swoją wystawę. Choć może w przyszłości?

Mariusz Wlazły podczas rozgrzewki (fot. Roca Santos)
Mariusz Wlazły podczas rozgrzewki
(fot. Roca Santos)

Mariusz Wlazły to także fundacja. Ma pan czas, żeby w niej pracować czy zatrudnia pan grupę ludzi do pomocy i tylko sygnuje projekt swoim nazwiskiem?

– Pracowników w fundacji nie ma, jest tylko zarząd składający się z dwóch osób, czyli mnie i mojej żony. Zatrudniam jedną osobę, która jest mi bardzo potrzebna, czyli koordynatora do grup młodzieżowych. Sam nie mam czasu, żeby pilnować programu i rzetelności przygotowań do turniejów. Ja przede wszystkim wyznaczam kierunek działań. Dyskutujemy z żoną, a potem radzimy się zaufanych osób. Jeśli większość potwierdzi, że pomysły są ciekawe, to je realizujemy.

Ile jest PGE Skry Bełchatów w tej fundacji?

– Skra jest przede wszystkim partnerem marketingowym. Jeśli oprócz mojego nazwiska pojawia się klub, za którym stoją sukcesy, to dzieci inaczej podchodzą do treningów. Prezesi Skry przekazali na przykład gadżety. Była to darowizna, więc nie musiałem za nie zapłacić. Klub patrzy też na swoich zawodników przez pryzmat tego, co robią poza siatkówką, bo to promocja drużyny. Gram długo w Bełchatowie i moje nazwisko bezpośrednio wiąże się z tym klubem, więc jesteśmy w pakiecie (śmiech). Nie wyobrażam sobie, żebym nie współpracował ze Skrą, bo obie instytucje powinny ze sobą ściśle współdziałać – każdy może mieć z tego promocyjne korzyści.

Flagowe działanie fundacji to Volley Projekt, czyli turnieje siatkarskie dla dzieci. Ten projekt będzie się rozwijał?

– Chcieliśmy poszerzyć jego zasięg, ale to jest dość kosztowny pomysł. Szczerze mówiąc, czasem mogę pozyskać nowych partnerów, ale też nie mam czasu się z nimi spotkać! Nawet z tymi, którzy konkretnie chcą pomóc finansowo, mijamy się terminami, dlatego program pozostaje nierozszerzony i będzie działał w dwóch powiatach: zgierskim oraz wieluńskim. W poprzednim roku było 12 szkół i około 250 uczestników. Turniej, żeby wszyscy mogli sobie pograć, trwa około 8 godzin, także dość długo.

Z pomocy fundacji nie mogą skorzystać dzieci, które mają karty zawodnicze w PZPS-ie.

– Kiedy mieszamy zabawę z siatkówką profesjonalną, znika duch rywalizacji na jednym poziomie. Jeśli stworzymy drużynę, gdzie jest trzech, czterech zawodników lub zawodniczek na innych etapie przygotowań, to treningi nie mają sensu. Pozostałe dzieci zaczynają myśleć, że niezależnie co zrobią i tak przegrają, więc nie ma powodu się starać. Kiedy wszyscy uczestnicy są na jednym poziomie i trenują mniej więcej tak samo, to widać, że rośnie poziom umiejętności całej grupy.

Volley Projekt przerodzi się w pana siatkarską szkółkę? Hasło „trenuj z mistrzem” jest teraz bardzo popularne.

– Absolutnie, ja nie będę prowadził szkółki. Bardziej chcę pokazać dzieciom, że sport to coś fajnego, czym można się także bawić – nie tylko wyrzeczenia i ciężka praca. W dzisiejszych czasach zaszczepić w dzieci chęć uprawiania sportu to ogromne wyzwanie. Volley Projekt jest ekwiwalentem SKS-ów. Nauczyciel może po prostu stworzyć sobie grupę i pracować z uczniami popołudniami. Oczywiście to zadanie dla zapaleńców, tych, którzy chcą zrobić coś dobrego, a nie tylko kasować pieniądze.

W poprzedniej edycji dzieci płaciły składki, bo uważaliśmy, że powinna być pewna opłata, aby uczestnicy poważniej podchodzili do treningu. Pieniądze były pobierane z góry za miesiąc, żeby uczniowie czuli się w obowiązku brać udział w zajęciach. W tym roku stwierdziliśmy, że strefa finansowa kłóci się z ideami. Ludzie zaczynają udzielać się tylko dla zysków materialnych. Składki dzieci stanowiły część pensji dla opiekunów grup, ale ostateczna kwota wynagrodzenia była niejednokrotnie wyższa niż ich suma tych składek. Chciałbym, żeby nauczyciele pracowali z uczniami z własnej woli, nie czekali na wynagrodzenie. Od tego roku pobieramy wyłącznie wpisowe od drużyny w turnieju, aby pokryć koszty zorganizowania zawodów.

Działa pan aktywnie na Facebooku i Twitterze. To kolejny pomysł na promocję fundacji?

– To przede wszystkim sposób na kontakt ze wszystkimi kibicami. Chciałbym w ten sposób zrekompensować im to, że podczas meczu nie możemy dać im nawet odrobiny siebie. Fani często poświęcają wiele, żeby przyjść na halę, a mogliby w tym czasie robić coś innego lub obejrzeć mecz w telewizji. To wyjście im naprzeciw.

Mariusz Wlazły w barwach PGE Skry (fot. Roca Santos)
Mariusz Wlazły w barwach PGE Skry
(fot. Roca Santos)

Nie jest łatwo odmówić dzieciom autografu czy zdjęcia. Kibice przecież też po to przychodzą na mecze, ale wiem jednocześnie, że po spotkaniu drużyna czeka na mnie w autokarze i jestem ostatnią osobą. Wtedy podczas rozdawania autografów zawsze słyszę to samo: „To już ostatni!”, odpowiadam: „Dobrze, ten jest ostatni”, a za chwilę słyszę „To ja też chcę ostatni!” Tak robi kolejne sto osób, a w autobusie wciąż czekają moi koledzy z drużyny, którzy denerwują się, bo mają do zrobienia masę rzeczy i chcą jak najszybciej jechać do domu. My chętnie witamy się z kibicami, rozmawiamy, ich opinie są dla nas ważne. Doceniamy ich obecność, ale ludzie też powinni postawić się na naszym miejscu. Czasem mamy wolne jedno przedpołudnie i w trzy godziny musimy załatwić dwadzieścia spraw.

Z drugiej strony w obecnych czasach dziennikarze nie są zbyt rzetelni, więc Facebook i Twitter to też sposób na powiedzenie tego, co ja chcę powiedzieć, żeby zdanie nie było wyrwane z kontekstu. Chętnie rozmawiam z dziennikarzami, ale później niechętnie muszę prostować to, czego nie było. Artykuł zajmuje pół strony, a prostowanie jest malutkie i w rzeczywistości obraz pozostaje niezmieniony – nieważne czy poprawka jest czy nie. To jest walka z wiatrakami.

Dlatego teraz ma pan opinię osoby niedostępnej dla mediów.

– Będę zawodnikiem tylko jakiś czas, potem ludzie o mnie zapomną, więc mnie do szczęścia nie jest potrzebny chwilowy rozgłos. Naprawdę mogę spotkać się z każdym, kto rzetelnie podchodzi do swojej pracy. Ja swój zawód wykonuje najlepiej, jak potrafię i oczekuję, że dziennikarze też będą tak podchodzić do swojej pracy. Jeżeli człowiek przedstawia przekłamany obraz sytuacji raz, drugi i trzeci, to ja tracę ochotę na jakąkolwiek dyskusję z nim. Lepiej asertywnie odmówić niż tłumaczyć się, bo wytłumaczeń już nikt nie słucha.

Dziennikarzy, którzy naprawdę robią coś z pasji i w odpowiedni sposób, jest niewielu. Cały czas powiększa się sfera nowych portali, które piszą o wszystkim i o niczym. Na parkiecie z dyktafonami stoją praktycznie 14-letnie dzieci – jaki one mogę przekazać obraz? Piszą tak, jak nauczą się w szkole. Nie mają ani doświadczenia, ani osoby, która im uświadomi, że czasem chcą napisać dobrze, ale będzie to źle odebrane. Tacy ludzie nie mają świadomości, że słowo, które wychodzi spod ich ręki, ma naprawdę wielką moc i znaczenie. Niektórzy szkodzą nieświadomie, ale ci z kilkuletnim doświadczeniem robią to w przemyślany i perfidny sposób. Nie chcę brać w tym udziału. Dlatego też kontaktuję się z kibicami przez źródła, na które sam mam wpływ.

Poza fotografią i fundacją zajmuje się pan czymś jeszcze?

– Nie mam innego hobby. Mój cały wolny czas pochłania rodzina. Mam 4-letniego syna, z którym staram się jak najwięcej przebywać, jestem z nim bardzo zżyty. Rodzina, fundacja, sport – na więcej nie mam czasu. Próbowałem sobie kiedyś zaplanować chociaż tydzień. U nas trudno jest przewidywać – niby mamy plan treningowy, ale telewizja często miesza, bo na przykład chce pokazać dwa dobre mecze i kilka dni przed spotkaniem zmienia się termin pojedynku, a więc też nasze przygotowania. To wszystko jest wkalkulowane w życie sportowca. Planowanie przyszłości po prostu się nie sprawdza. Teraz mam tylko kartkę papieru i wypisane na niej rzeczy, które są ważne i muszę je zrobić. W wolnej chwili po prostu skreślam poszczególne punkty i czekam aż będzie pusta kartka, ale zawsze coś dopisuję.