Mateusz Nykiel: W Australii przykłada się wagę do szczegółów

Po udanym sezonie PlusLigi z Indykpolem AZS-em Olsztyn dołączył do sztabu żeńskiej, a następnie męskiej reprezentacji Australii. O swojej australijskiej przygodzie, mistrzostwach świata, a także pracy statystyka w różnych okolicznościach opowiedział w kawowym wywiadzie Mateusz Nykiel.

Mateusz jest miłośnikiem kawy (fot. archiwum prywatne)

Anna Kołakowska (VolleyCafe.pl): Za Tobą pracowite wakacje. Najpierw współpracowałeś z australijską kadrą kobiet, a później w czasie mistrzostw świata dołączyłeś do reprezentacji mężczyzn. Jak to się stało, że zostałeś statystykiem Australii?

Mateusz Nykiel (statystyk Indykpola AZS-u Olsztyn): – Pierwszy kontakt ze strony Australijczyków pojawił się pod koniec marca, tuż przed świętami Wielkanocnymi. Trener Santilli poinformował mnie wtedy, że żeńska kadra potrzebuje statystyka. Tak się składa, że szkoleniowiec ma ciągle dobry kontakt z Australijczykami, bo był tam pierwszym trenerem. Nie znam szczegółów i nie wiem, z której strony wyszła inicjatywa. Niemniej jednak zostałem zapytany, czy jestem zainteresowany taką współpracą i zgodziłem się, bo było to dla mnie nowe wyzwanie.

W maju i w czerwcu zagraliśmy z Australijkami dwa-trzy turnieje i odbyliśmy treningi za granicą. Spędziliśmy również trochę czasu w moich rodzinnych Żorach, dzięki czemu tuż po ostatnim meczu w Gdańsku miałem okazję zajrzeć do domu, by za chwilę wrócić do pracy. Po sezonie ligowym nie miałem za dużo wolnego czasu, ale wydaje mi się, że współpraca z żeńską kadrą była dla mnie podkładem pod mistrzostwa świata z reprezentacją mężczyzn. Kadra męska potrzebowała statystyka i być może było to coś w rodzaju sprawdzenia, jak to wszystko będzie funkcjonowała z moim udziałem.

W sierpniu, kiedy zaczęliśmy już okres przygotowawczy w Olsztynie, dostałem propozycję udziału w mistrzostwa świata. Dla mnie było to coś niesamowitego, dlatego zgodziłem się bez wahania. Trener Santilli oraz prezes naszego klubu również wyrazili zgodę na mój wyjazd. Dzięki temu mogłem przeżyć tak fantastyczną przygodę.

Pamiętasz jaka była Twoja pierwsza reakcja na informację, że jedziesz na mistrzostwa?

– Ooooo, to było coś niesamowitego! (uśmiech)

Pojawił się stres?

– Stres raczej nie. Podszedłem do sprawy na spokojnie z przekonaniem, że jeśli uda nam się coś ugrać to świetnie, a jeśli nie, to po prostu będę miał za sobą fajny turniej. Oczywiście byłem bardzo szczęśliwy, że dostałem taką szansę, bo jednak nie codziennie zdarza się, że jedziesz na mistrzostwa świata. Potraktowałem to jako wielkie wyzwanie, ale również okazję do nabrania doświadczenia i rozwoju. Była to dla mnie niesamowita przygoda i mam nadzieję, że w przyszłości będę miał jeszcze możliwość udziału w takich rozgrywkach.

A czy w Twojej głowie pojawiła się myśl „Wow! Jadę na mistrzostwa!”?

– Faktycznie miałem coś takiego przez pierwsze dni, gdy dowiedziałem się, że na te mistrzostwa pojadę. Jest to przecież jedna z najważniejszych imprez na świecie zaraz po igrzyskach olimpijskich. Później myślałem o tym i uświadomiłem sobie, jak to wszystko szybko poszło. Jeszcze rok temu znajdowałem się gdzieś na poziomie juniorskim. W kilka miesięcy pokonałem drogę przez PlusLigę, w której osiągnęliśmy naprawdę fajny wynik, bo zajęliśmy czwarte miejsce i wskoczyłem na poziom międzynarodowy. Najpierw z australijską kadrą kobiet, a później od razu trafił mi się wyjazd na mistrzostwa świata. I to wszystko po zaledwie roku pracy w siatkówce seniorskiej. A to nie koniec, bo w tym sezonie bierzemy udział w Pucharze CEV, więc będę miał na swoim koncie kolejną ważną imprezę. Wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu, że zmierzam w dobrym kierunku i jest motywacją do dalszej ciężkiej pracy.

A jak wspominasz te mistrzostwa?

Mecze fazy grupowej MŚ Australijczycy rozgrywali w Bari (fot. archiwum prywatne)

– Najlepiej wspominam atmosferę panującą w drużynie. Od mojego pierwszego kontaktu z zespołem dało się wyczuć, że chłopaki lubią spędzać ze sobą czas i dobrze czują się w grupie. Było to świetnie widać podczas meczów, kiedy ta pozytywna atmosfera udzielała się również kibicom. Dotąd jeszcze nie widziałem, żeby zawodnicy podczas przerw technicznych zamiast się rozgrzewać zachęcali publiczność do dopingu. Co ciekawsze sami kibice bardzo szybko podłapali zachowania chłopaków, udzieliła im się nasza radość i momentalnie zyskaliśmy wsparcie niemal całej hali. To było super!

Poza tym ciekawa była nasza faza grupowa w Bari, gdzie rywalizowaliśmy z najlepszymi drużynami na świecie takimi, jak Rosja czy Stany Zjednoczone. Następnie w Bolonii trafiliśmy na Brazylijczyków. Była to więc fajna okazja do zmierzenia się z zawodnikami, których kiedyś podziwiałem w telewizji. Dla mnie to naprawdę cenne doświadczenie.

Jak w punktu widzenia członka sztabu oceniasz organizację tegorocznych mistrzostw świata?

– Według mnie we Włoszech wszystko było odpowiednio zorganizowane. Nie mieliśmy problemów z dojazdami na treningi ani z dostępnością hali. Wszystkie drużyny były ulokowane z jednym hotelu i nie dochodziły do mnie głosy, żeby ktoś narzekał na jedzenie czy organizację pobytu. Nie rozpieszczała nas jedynie pogoda, bo było bardzo ciepło, a trudno skupić się na pracy, gdy za oknem czterdzieści stopni (śmiech).

A jak oceniasz kwestie organizacyjne w australijskiej federacji siatkówki?

– Uważam, że pracują tam ludzie, którzy przykładają wagę do szczegółów i robią wszystko, aby zawodnicy i pozostali członkowie drużyny mieli zawsze to, czego potrzebują oraz mogli się skupić tylko i wyłącznie na grze. Organizację federacji muszę pochwalić również z własnej perspektywy jako statystyka, który zostawał na halach na kolejne mecze. Nigdy nie miałem problemu z transportem z i do hali czy przemieszczaniem się po mieście. Wszystko działało jak należy.

Czy kobiety i mężczyźni traktowani są przez federację tak samo?

– Na pewno mają zapewnione wszystko czego potrzebują. W praktyce pozycja kobiet i mężczyzn w australijskiej siatkówce jest różna, ponieważ kadra żeńska znajduje się w trochę innym miejscu niż męska. Reprezentacja mężczyzn osiąga lepsze wyniki i bierze udział w najważniejszych turniejach. Tymczasem żeńska dopiero zgłasza predyspozycje do grania na wyższym poziomie, a na razie bierze udział w niższych rozgrywkach, głównie w kwalifikacjach do Ligi Narodów.

Pod względem organizacyjnym wielkich rozbieżności nie ma. Z tego, co wiem od trenerów i członków sztabu dziewczyny mają w Australii świetną bazę do treningów przypominającą naszą Spałę. To takie centrum wszystkich sportów, gdzie chodzą do szkoły i trenują. Jednak trzeba podkreślić, że zainteresowanie australijskich władz zależy od wyników sportowych obydwu reprezentacji oraz przede wszystkim od tego, czy dostaną się na igrzyska olimpijskie.

A czy australijscy kibice są zainteresowani siatkówką w takim stopniu jak na przykład Polacy?

– Trudno mi powiedzieć, ponieważ wszystkie turnieje, w których graliśmy odbywały się poza Australią. Z tego, co widziałem podczas rozgrywanej w Australii męskiej Ligi Narodów zainteresowanie kibiców było spore. I to jest na pewno dobra wiadomość. Zauważyłem również, że fani – zarówno żeńskiej, jak i męskiej kadry – śledzą wyniki i oglądają relacje w internecie. Potencjał więc jest.

Opowiedz, proszę, jak wyglądały Wasze przygotowania.

– Kadra żeńska swoje przygotowania rozpoczęła – jeszcze beze mnie – na Śląsku. Miały one swoją bazę do treningów w Jastrzębiu, gdzie jest świetna hala, siłownia oraz odpowiednie warunki zakwaterowania. To, że dziewczyny przyleciały do Polski było według mnie dużym ułatwieniem organizacyjnym, gdyż większość z nich gra w Europie. Ja dołączyłem do nich w Żorach, a dzień później wyjechaliśmy na Słowenię, gdzie trenowaliśmy przez tydzień oraz rozgrywaliśmy sparingi z innymi reprezentacjami, które również tam przybyły.

Mieliśmy więc okazję sprawdzić się przez zbliżającym się turniejem, na który udaliśmy się do Kazachstanu. Tam rozegraliśmy dwa mecze kwalifikacyjne do Ligi Narodów. Niestety nie udało nam się uzyskać awansu, ale najważniejsze, że mieliśmy możliwość rozegrania spotkań z dobrymi drużynami i zobaczenia, w jakiej jesteśmy formie.

Później, troszkę niespodziewanie, dostaliśmy miejsce w turnieju kwalifikacyjnym w Peru. Tam znalazły się najważniejsze drużyny, które chciały uzyskać awans do Ligi Narodów. Co prawda nie udało nam się wygrać żadnego meczu, ale uważam, że nie ma powodu do wstydu, bo dziewczyny zagrały naprawdę dobry turniej. Jest to zespół, który chce się uczyć i podpatruje u innych, więc myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Natomiast jeśli chodzi o reprezentację mężczyzn to – z tego co wiem – chłopaki również w Europie przygotowywali się do mistrzostw świata. Po drodze rozegrali kilka sparingów w Egipcie, Belgii i na Słowacji. Mnie podczas przygotowań z nimi nie było.

Jak uważasz, co wyniosłeś ze współpracy z australijskimi kadrami?

– Myślę, że przede wszystkim dało mi to inne spojrzenie na pracę w reprezentacji i ogólnie na pracę statystyka. W PlusLidze mam zdecydowanie więcej czasu na przygotowanie się do meczu, ponieważ spotkania odbywają się średnio co tydzień. Natomiast podczas takiego turnieju jak mistrzostwa świata musimy pracować praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mimo że za oknem piękna pogoda to nie ma czasu na odpoczynek, bo trzeba działać na pełnych obrotach. Na własnej skórze odczułem więc różnice pomiędzy reprezentacją a życiem w klubie. Może zaczerpnąłem też kilka rozwiązań w kwestiach organizacyjnych.

No właśnie! Spróbujmy zestawić ze sobą siatkówkę na poziomie ligowym i reprezentacyjnym. Czy w kadrze, gdy mecze są rozgrywane częściej inaczej organizuje się jednostki treningowe?

Podczas mistrzostw miałem mniej pracy niż na co dzień w klubie – stwierdza Mateusz (fot. Anna Kołakowska, VolleyCafe.pl)

– Trudno mi opowiedzieć o przygotowaniach do turnieju, ponieważ mnie wtedy z Australijczykami nie było. Natomiast już w trakcie mistrzostw praktycznie się nie trenuje. Oczywiście organizowane są poranne treningi, ale ich celem jest raczej rozgrzanie i rozruszanie zawodników przed meczem. Na pewno nie są to zajęcia, na których ćwicząc przez dwie godziny gracze mogą wypracować pewne umiejętności niezbędne na boisku. Tutaj o wynikach decyduje raczej dyspozycja dnia.

Natomiast w klubie, kiedy mamy tydzień na przygotowanie się do meczu możemy te treningi rozłożyć tak, żeby przećwiczyć to, z czym mamy problemy oraz poprawić pewne zagrania i schematy gry. Dzięki temu, że mamy więcej czasu możemy spokojnie przyszykować się do spotkania z konkretnym przeciwnikiem. Tymczasem na takiej imprezie jak mistrzostwa świata trzeba bazować na tym, co wypracowało się wcześniej. I na tym polega różnica.

Jednak biorąc pod uwagę nasz obecny sezon w Olsztynie, gdzie gramy też w europejskich pucharach, tego czasu na treningi również nie mamy za wiele. Zresztą nawet jeśli czas jest to przede wszystkim zależy nam, żeby nasi zawodnicy byli wypoczęci i zregenerowani. Dlatego staramy się, aby treningi nie były zbyt ciężkie i długie.

Czy Ty jako statystyk miałeś podczas rozgrywek reprezentacyjnych więcej pracy niż podczas sezonu ligowego?

– Wydaje mi się, że miałem mniej pracy z tego względu, że na mistrzostwach świata byłem jednym z dwóch statystyków. Do tego pomagało nam jeszcze dwóch asystentów, a więc zadania były rozłożone na kilka osób. Natomiast w klubie większość obowiązków w tym zakresie spoczywa na moich barkach. Jest jeszcze drugi trener i tę pracę rozkładamy między sobą. Ja zawsze staram się przygotować wszystko jak najszybciej, żeby Marcin [Mierzejewski – przyp. red.], nasz drugi trener również mógł wykonać swoje zadania na dany mecz.

I na tym właśnie polega różnica. Tutaj w klubie pracy jest dość dużo i rozkłada się ona tylko na nas dwóch. Nie mamy osoby, która nam pomoże. Natomiast na mistrzostwach świata razem z drugim statystykiem skupialiśmy się na pisaniu i analizowaniu rozgrywanych meczów, a takie kwestie jak przygotowywanie wideo czy informacji dla zawodników brali na siebie trenerzy i asystenci.

Na koniec porównajmy jeszcze siatkówkę żeńską i męską. Czy z punktu widzenia statystyka praca z kobietami różni się od pracy z mężczyznami?

– Jeśli chodzi o moje zdania to nie ma wielkich rozbieżności. Natomiast pewne różnice można zauważyć w kwestiach czysto siatkarskich. Kiedy razem z Australijkami przygotowaliśmy się do turnieju kwalifikacyjnego mieliśmy do czynienia z zespołami azjatyckimi, gdzie ta siatkówka wygląda trochę inaczej. Ich schematy gry są odmiennie od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Było to pewnym zaskoczeniem również dla mnie. Jednak nie ma to wpływu na moją pracę.

Oczywiście sama siatkówka męska różni się od żeńskiej. W przypadku mężczyzn jest bardziej siłowa, dynamiczna i szybsza. Natomiast u dziewczyn poszczególne akcje są dłuższe i delikatniejsze.

I ostatnie pytanie… jak u Ciebie z kawą?

– Bardzo lubię kawę. Nawet mogę się pochwalić, że tuż przed rozpoczęciem sezonu ligowego wzbogaciłem się o ekspres (uśmiech). Przy ilości pracy jaką mam kawa jest dla mnie takim fajnym dodatkiem energetycznym. Nie mam ulubionej, bo staram się urozmaicać kawowe menu. Rano najczęściej piję cappuccino, natomiast przed treningiem sięgam po espresso.

Czyli pijesz jak typowy Włoch!

– Dokładnie! (śmiech) Przed wyjazdem do Włoch trochę poczytałem na ten temat, żeby nie było wstydu, bo Włosi są bardzo restrykcyjni w kwestii kawy. Zrobiłem mały research i przyswoiłem ich kawowe nawyki.

Anna Kołakowska

Napisz do autorki: a.kolakowska@volleycafe.pl