Mateusz Przybyła: Podpisuję się pod apelem „jedź do Belgii po Spale”!

Mateusz Przybyła miniony sezon spędził w lidze belgijskiej w barwach Volley Loves Antwerp. Dlaczego warto obrać ten kierunek? Siatkarz reklamuje i sypie argumentami jak z rękawa!

SONY DSC
Mateusz Przybyła jest prawdziwym kawoszem (fot. Renata Respondek)

Renata Respondek: Trwa okres transferowy, ty wciąż pozostajesz bez klubu. Jest jakieś miejsce, liga, kraj gdzie marzyłbyś żeby zagrać?

Mateusz Przybyła: – Włochy. Nie wiem czy trudno się tam dostać, bo jestem zawodnikiem nie menedżerem. Mam już swoje lata (uśmiech), ale robię wszystko, żeby kiedyś mi się to udało zagrać w słonecznej Italii.

A jest jakiś taki klub, do którego „mały Mati” zaczynający grać w siatkówkę bardzo chciał trafić?

– Mały Mati marzył o Jastrzębskim Węglu! Po części zrealizowało się to marzenie, a po części nie. Co prawda byłem w dwunastce, ale nie miałem zbyt wiele okazji do gry. Choć przeżyłem tam wiele fajnych chwil. Awansowaliśmy wówczas do turnieju finałowego Ligi Mistrzów.

Jeśli chodzi o bardziej aktualne marzenie, to chyba nie ma klubu, do którego ciągnęłoby mnie szczególnie mocno. W ogóle bym na przykład nie pomyślał, że ubiegły sezon spędzę w Belgii.

Jak to się więc stało, że tam trafiłeś?

– Znalazłem się tam dość przypadkowo. Po roku spędzonym w Częstochowie, z którego jestem bardzo niezadowolony, trudno było znaleźć klub, który znajdował się w kręgu moich ambicji. Ostatecznie padło na Antwerpię i przez pryzmat czasu oceniam, że był to strzał w dziesiątkę. Był to w mojej ocenie jeden z moich najlepszych sezonów.

Nigdy przedtem nie trafiłem do klubu, gdzie panowała tak fajna atmosfera. Każdy z każdym żył jak brat z bratem. To było coś niebywałego! Mieliśmy swoje problemy w sezonie, ale mimo to wszyscy stanowiliśmy jedną zgraną bandę. Doskonale się rozumieliśmy i może dlatego udało nam się osiągnąć niezły wynik i awansować do finału Pucharu Belgii. Patrząc tylko na skład personalny nie powinno się nam to udać i nikt w klubie się tego nie spodziewał. Szkoda, że w play-offach nie wszystko ułożyło się po naszej myśli.

Gdy ktoś mi mówi o lidze belgijskiej, to moim pierwszym skojarzeniem jest Knack Roeselare i ich zabawne filmiki. Teraz słyszę Twoje opowieści i nasuwa mi się pytanie, czy to jest jakaś wesoła liga? Dosypują czegoś do klimatyzacji? (śmiech)

– Z tą klimatyzacją to bym nie przesadzał, bo tam jest cały czas zimno!! (śmiech) Deszcz i pogoda raczej nie nastrajają optymistycznie. Niemniej muszę przyznać, że nie spotkałem się wcześniej z takim podejściem do zawodnika. W klubie było bardzo rodzinnie. Wiele osób pracowało tam za darmo. Robili to z pasji, chęci pomocy czy dla własnej satysfakcji. Pomagali bardzo w tym, żebyśmy na co dzień nie mieli żadnych problemów. Tutaj jak nigdzie szanuje się pracę drugiego człowieka.

W klubie z Antwerpii panuje wyjątkowa atmosfera (fot. Facebook - Volley Loves Antwerp)
W klubie z Antwerpii panuje wyjątkowa atmosfera (fot. Facebook – Volley Loves Antwerp)

Właśnie ta atmosfera, którą im udało się stworzyć była dla mnie szokująca. Po każdym meczu w bistro przy hali spotykaliśmy się z kibicami. Były organizowane różne eventy, na których było bardzo luźno. Nie wprowadzano niczego takiego, co odgradzałoby zawodnika od kibica. Można było razem usiąść, napić się kawy i porozmawiać. To było bardzo fajne. Nie spodziewałem się czegoś takiego po Belgii i byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Może to jest jakiś sposób na przyciągnięcie kibiców do hali? Siatkówka to przecież nie jest ich sport narodowy…

– Być może masz rację. To może być sposób na zrekompensowanie tego, że siatkówka nie jest tam aż tak popularna jak chociażby w Polsce. W czasie samych spotkań atmosfera na trybunach jest bardziej piknikowa niż u nas. Ludzie przychodzą, siadają na trybunach, od czasu do czasu nawet spojrzą na boisko (uśmiech). Generalnie fajnie sobie rozmawiają, śmieją się i dobrze spędzają wolne popołudnie. Najgłośniej próbuje dopingować klub kibica, niemniej jest dużo luźniej i spokojniej niż w PlusLidze.

Niemniej muszę w tym miejscu przyznać, że gdy graliśmy w finale Pucharu Belgii, 13 tysięcy ludzi na trybunach zrobiło na mnie duże wrażenie. Było to bardzo ciekawe przeżycie. W ogóle to było super show. Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Wcześniej był mecz pucharu kobiet. Później koncerty i inne atrakcje. Pod względem organizacyjnym myślę, że można to porównać do najlepszych imprez siatkarskich w Polsce.

A jak wygląda tam poziom sportowy?

– Liga belgijska nie jest wyrównana. Prawdę powiedziawszy 4-5 zespołów walczy o tytuł: Maaseik, Lennik, Roeselare, Antwerpia i Menen. Pomiędzy tymi zespołami spotkania wyglądają jak mecze siatkówki. Myślę, że w PlusLidze te cztery zespoły znalazłyby się gdzieś w połowie stawki.

Resztę zespołów ocenię tak: gdybyśmy tracili z nimi punkty, byłoby to dla nas dużym problemem. Można powiedzieć, że to takie pół profesjonalne zespoły. Niemniej ambicjami i wolą walki nadrabiali i czasami przyznam, że trudno było przeprawić się zwycięsko przez niektóre spotkania.

Jakby się jednak nad tym głębiej zastanowić to chyba nie znajdziemy ligi, w której 14 zespołów prezentowałoby porównywalny poziom. Trudno wszystkim znaleźć równie mocnych sponsorów. Poza tym myślę, że nawet nie byłoby tylu zawodników prezentujących bardzo wysoki poziom, by mogłoby to być do zrealizowania.

Charakterystyczne dla ligi belgijskiej jest również to, że na mecze jeździ się w dniu ich rozgrywania, a nie jak u nas dzień wcześniej. To też było ciekawe doświadczenie. Przyjeżdżało się na jakąś malutką halę, błyskawicznie trzeba się było do niej zaadaptować, zagrać i zwyciężyć. Ten dodatkowy poziom trudności również mnie troszeczkę sprawdził.

Wspominałeś, że był to dla Ciebie wyjątkowy. Czym Belgia jeszcze Cię urzekła?

– Dla mnie ten rok był ważny, bo po raz pierwszy grałem za granicą. Dlatego po tym sezonie jestem tak pozytywnie nastawiony do wojaży poza nasz kraj. Bardzo dobrze spędziłem tam czas. Zrobiłem postęp sportowy. Mieliśmy fenomenalnego trenera przygotowania fizycznego. Tak ciężkiej, ale przy tym przemyślanej roboty jeszcze nie wykonywałem. Nasza forma cały czas rosła, a z końcem sezonu była dokładnie taka jak powinna.

Podobało mi się też to, że trenerzy nie wchodzili sobie w drogę. Każdy był odpowiedzialny za swoją działkę. Jeden przygotowywał nas pod względem fizycznym, drugi stawiał nas na boisku i pracował z nami nad taktyką. Obaj moi opiekunowie byli wybitnymi fachowcami. Wiele mnie nauczyli i jestem im za to bardzo wdzięczny.

Był to dla mnie bardzo dobry sezon. Może nie do końca udany dla całego zespołu, ale dla mnie osobiście był fantastyczny. Pozwolił mi pokochać siatkówkę na nowo.

Podczas dyskusji redakcyjnych nazwaliśmy Waszą grupę – polskich zawodników grających w Belgii „młodzi na dorobku”. Zgodzisz się z tym? To właśnie dla takich zawodników ta liga jest idealna?

– Przeanalizujmy. Orczyk już grał w Belgii, przeniósł się tylko z Lennika do Roesellare, Staszewski występował w Lenniku, Surma w Gent. Gdy pojawiła mi się oferta z Antwerpii to uznałem, że smutno nie będzie, bo trochę Polaków tam występuje i w razie czego będę mógł do kogoś odezwać się po polsku. Po przyjeździe okazało się, że w Antwerpii jest licząca 3000 osób polska kolonia. Polaków więc spotykałem na każdym kroku, a jak zatęskniłem za bigosem to szedłem do polskiego sklepu!

Następnie namówiłem jeszcze Kubę Wachnika, żeby do mnie dołączył w Antwerpii. Nie wiem czy bez niego ugralibyśmy w tym sezonie aż tyle. Ma on za sobą super sezon i cieszę się, że mogłem z nim ten rok spędzić w jednym klubie, bo to wspaniały człowiek i bardzo go polubiłem. Przyznam szczerze, że patrząc z dzisiejszego punktu widzenia sam chciałby mieć 19 lat i tuż po szkole w Spale rzucić się na głęboką wodę i trafić za granicę. No i poradzić sobie tak jak on to zrobił.

Tradycyjne zwycięskie selfie ekipy z Antwerpii (fot. Instagram Mateusz Przybyła)
Tradycyjne zwycięskie selfie ekipy z Antwerpii (fot. Instagram Mateusz Przybyła)

Polecasz więc wszystkim uczniom Spały belgijski kierunek?

– Oczywiście! Reklamuję Belgię. Mogę podpisać się pod apelem: jedź po Spale do ligi belgijskiej! Poza ligą graliśmy jeszcze w Pucharze CEV i w Challenge Cup. Dla młodego zawodnika może to być duży atut w CV. Jakbym mógł cofnąć czas to bez wątpienia obrałbym taki kierunek.

Chciałabym z Tobą poruszyć jeden trudny temat. Byłeś bardzo blisko tragicznych wydarzeń w Brukseli. Jak to na Ciebie wpłynęło? Pytając wprost, zdecydowałbyś się teraz na wyjazd do Paryża, Ankary czy Brukseli?

– Ojej. Dziewczyna powiedziała mi, że do Francji mam nie lecieć! A tak poważnie to przyznaję, że w trakcie minionego sezonu w Antwerpii było zamieszanie. Przez tydzień był trzeci czy czwarty stopień zagrożenia terrorystycznego. Gdzieś z tyłu głowy oczywiście pojawiała się myśl, że gramy w hali, a to miejsce potencjalnie zachęcające terrorystów. Nasz plus był taki, że siatkówka nie jest popularna, więc aż tyle osób nie przychodziło. Nasza hala była pieszczotliwie nazywana bunkrem. W sumie może dlatego czułem się tam tak bezpiecznie?

W tych trudnych dniach starałem się omijać duże skupiska ludzi. Przyznam szczerze, że jedynym chyba momentem grozy była wiadomość, że skradziono klucz dostępu do elektrowni atomowej niedaleko mnie. Wówczas poczułem, że robi się bardzo poważnie. Mimo to myślę, że nie mieliśmy zbyt wielu powodów do obaw. W każdym większym sklepie, galerii czy centrum handlowym było bardzo dużo policji.

Myślę, że gorzej wyglądała sytuacja Adriana Staszewskiego w Brukseli. Opowiadał mi, że mieli zajęcia w siłowni niedaleko dzielnicy, gdzie ukrywali się terroryści. On odczuł te wydarzenia na pewno mocniej niż ja.

Chciałbym podkreślić, że jest to wszystko bardzo przykre. Wszystko, co wydarzyło się w ostatnim czasie jest okropne! Belgia jest bardzo fajnym krajem. Ludzie są bardzo otwarci, uśmiechnięci i pomocni. Smutno mi, że to właśnie tak życzliwych ludzi spotkało coś takiego.

Francja – ciekawy kierunek, ale niebezpieczny. Belgia podobnie. Nie wyobrażam sobie wyjazdu do Turcji. Siatkarska mapa jest coraz bardziej zawężona. Myślisz, że kierunki wyjazdów siatkarzy mogą się zmienić w związku z tym wszystkim?

– Myślę, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Paraliżowanie się myślą, że stoi za tobą jakiś terrorysta to dokładnie to, czego oczekują wszyscy przeprowadzający te straszne ataki. Moim zdaniem nie tędy droga. Gdybym dostał ofertę np. z Francji to na pewno bym ją rozważył, z Turcji tym bardziej. Powiedz, myślisz, że gdziekolwiek w Europie jesteśmy teraz bezpieczni? Po co więc przejmować się czymś, co może nigdy się nie wydarzyć?

Kocham siatkówkę, uwielbiam w nią grać, a teraz bardziej spodobało mi się występowanie za granicą. Zobaczyłem, że dzięki temu można poznać bardzo wielu fajnych ludzi. Belgia pokazała mi, że pracując można też spędzić dobrze czas. Nie zamierzam więc nic zmieniać w swoim podejściu i żadni terroryści mi nie straszni!

Kończąc, powiedz mi jak u Ciebie z kawą?

– Jestem okropnym kawoszem! Jakbym mógł to spałbym z ekspresem do kawy! Bardzo lubię smak kawy. Sam pijam czarną, ale ostatnio trochę eksperymentuję i dla znajomych staram się robić bardziej wymyślne kawy. Może nie potrafię robić jeszcze tak ładnego wzorku jak ten, który dostaliśmy dzisiaj, ale podobno robię smaczną! Cóż mogę powiedzieć, kawa jest fajna 🙂