Michał Łasko: Sport jest lustrem społeczeństwa

Michał Łasko pochodzi ze sportowej rodziny, ale podkreśla, że od początku sam decydował o swojej przyszłości. Opowiada nam, jak żyło mu się u boku gwiazdy siatkówki i jak toczą się jego losy, gdy sam się nią stał.

Michał Łasko w Polsce pije zwykle herbatę (fot. Renata Respondek)
Michał Łasko w Polsce pije zwykle herbatę (fot. Renata Respondek)

Renata Respondek: Był pan skazany na siatkówkę?

Michał Łasko: – Absolutnie nie można powiedzieć, że ktoś mi narzucał granie w siatkówkę, wręcz przeciwnie – rodzice zawsze dawali mi pełny wybór, jeśli chodzi o to, co mam robić w życiu, pod warunkiem, że skończę szkołę. Ich wpływ na to, co robię, jest jednak oczywisty. Zarówno mama, jak i tata byli związani z tą dyscypliną. Większość ludzi zna przebieg kariery mojego ojca. Miałem to szczęście żyć i wychowywać się w środowisku, w którym siatkówka była obecna. Jest taki fragment mojego dzieciństwa, w którym tata jeszcze uprawiał sport i ja to pamiętam. Sport był wówczas niebezpiecznym zawodem. Do teraz to praca raczej krótkotrwała. Żeby móc z tego żyć, trzeba być cały czas zdrowym i na szczycie. To bardzo ciekawa, ale i bardzo niebezpieczna profesja.

Miał pan alternatywne, niesiatkarskie pomysły na życie?

– Oczywiście tak, jak każdy miałem wiele innych ambicji. Sport jest tylko częścią mojego życia. Gdybym nie wybrał tej drogi, pewnie skończyłbym architekturę, którą zacząłem studiować w Wenecji. Gdy miałem 19 lat, byłem na takim poziomie siatkarskim, który dawał mi możliwość zwiedzania świata, zarabiania. Wymagało to jednak ode mnie przejścia na profesjonalizm. Wówczas musiałem odpuścić szkołę.

Myślę, że moim wielkim szczęściem było to, że dorastałem blisko kogoś, kto w sporcie osiągnął sukces. Było to dla mnie bardzo dużą motywacją. Wyniki taty były moją inspiracją i chciałem je powtórzyć. Często młodzi ludzie widzą wielkich graczy w telewizji, śledząc ich poczynania na przykład na igrzyskach olimpijskich, wydają im się oni nieuchwytni. Uważają, że jest to poziom dla nich nieosiągalny. Tworzy się mit. Rzeczywistość taka nie jest. Dla mnie było to bardziej realne, miałem przykład w domu. Zacząłem grać w siatkówkę, od początku stawiając sobie bardzo wysokie cele.

Był pan wychowywany w duchu sportu?

– Wszystkim, którzy mają dzieci radziłbym, żeby zachęcali je do uprawiania sportów zespołowych. Dobre samopoczucie w grupie, wspólny cel są pozytywne i edukujące dla młodych ludzi. Uprawiałem sport, odkąd pamiętam. Wybrałem siatkówkę, miałem talent, zawsze była to moja pasja. Jak już wspominałem, moim obowiązkiem było kończenie kolejnych klas, ale rodzice dawali mi absolutną wolność. Trenowanie było dla mnie wystarczającą motywacją.

Michał Łasko w barwach reprezentacyjnych w LŚ 2011 (fot. FIVB)
Michał Łasko w barwach reprezentacyjnych w LŚ 2011 (fot. FIVB)

W jakim języku mówiło się w pana domu?

– Z rodzicami na szczęście rozmawiałem tylko po polsku, dlatego teraz mogę komunikować się w tym języku. Inaczej pewnie wszystko bym zapomniał i nie byłoby to możliwe. Kiedy przyjechałem tutaj grać, mój polski był dużo gorszy. Kiedy rozmawia się cały czas z tymi samymi osobami, używa się ciągle identycznych słów. Gdy zmienia się otoczenie i rozmówców, poszerza się słownictwo. Dopiero teraz, po trzech latach, mówię trochę lepiej.

Tata był pana idolem czy miał pan innych ulubionych sportowców?

– Dla mnie idol to osoba, która jest aktywna w tym samym czasie co ty. Idolem mógł być w moich czasach Roger Federer czy inni siatkarze jak Bas van der Goor. Oni byli mi bliżsi, bo jesteśmy z jednej epoki, mogłem się do nich porównywać. Tata był dla mnie inspiracją, pomagał mi w rozwoju siatkarskim, ale nie był idolem. Nie miałem materiałów, żeby móc go naśladować. Kiedyś nie było tak, jak teraz, że za pomocą YouTube’a można było znaleźć wszystko. Mogłem jedynie słuchać o występach taty od innych, którzy je widzieli.

Odczuwał pan, że żyje pod jednym dachem z gwiazdą siatkówki? Wasza rodzina różniła się znacząco od rodzin kolegów z klasy?

– Nie, tak naprawdę poczułem skalę tego, co zrobił tata, gdy wróciłem do Polski. Kiedy miałem cztery czy pięć lat, wyjechaliśmy znowu do Włoch i przez wiele lat nie mówiło się o jego przeszłości. Wiedziałem, że grał, pomagał w moim rozwoju siatkarskim, ale nie wiedziałem jak mocno i pozytywnie wpłynął na tak dużą liczbę osób. Po moim przyjeździe do Polski dwa lata temu bardzo często zdarzało mi się, że szczególnie osoby wieku 40-50 lat wspominały przy mnie tamte czasy z silnymi emocjami i pełnym zaangażowaniem. Często ktoś mnie zatrzymuje i mówi: „Pamiętam jeszcze pana tatę”. Nie przypuszczałem, że ten finał olimpijski oglądało 3/4 Polaków.

Czyli dopiero, gdy sam został pan gwiazdą, poczuł pan, jak to jest być rozpoznawalnym?

– Właściwie tak. Co prawda nie można powiedzieć, że we Włoszech tata nie był rozpoznawalny. Chcę jednak podkreślić, że w Polsce odbywa się to na zupełnie innym poziomie. Zarówno w Italii, jak i w Polsce, siatkówka jest raczej w mniejszych miastach. W tych kręgach wiadomo, że zawsze jesteś znany. Skala tego zjawiska w Polsce jest jednak inna, gdyż zainteresowanie medialne siatkówką jest zdecydowanie wyższe. Nie mogę jednak tego w stu procentach opisać, bo nie mam polskiej telewizji i nie czytam polskich gazet. Zaglądam do mediów tylko wtedy, gdy z kimś rozmawiam, w innym wypadkach tego nie praktykuję.

Michał Łasko stanowił o sile włoskiej drużyny narodowej w LŚ 2011 (fot. FIVB)
Michał Łasko stanowił o sile włoskiej drużyny narodowej w LŚ 2011 (fot. FIVB)

Dzieci z siatkarskich rodzin mają większe szanse przebić się na szczyt? Nazwisko panu pomagało czy ciążyło?

– Moim zdaniem jedyne, co dostałem pomocnego od rodziców, to wzrost. Sport jest jedną z nielicznych dziedzin w świecie, gdzie rządzi merytokracja, czyli samemu trzeba na wszystko zapracować. Grają osoby, które potrafią, a nie te, które mają odpowiednie nazwisko. Gdy zespół walczy o zwycięstwo, nie jest istotne, jak nazywa się ten, który przebywa na boisku. Wchodzi ta osoba, która teoretycznie jest w stanie zdobyć więcej punktów lub jest lepiej dysponowana w danym dniu.

Zwłaszcza w tenisie ojcowie bardzo często kierują karierą dzieci. W pana przypadku też tak było? Tata był pierwszym menedżerem?

– Wręcz przeciwnie. Tata zostawiał mi zawsze bardzo dużą przestrzeń do popełniania błędów. To raczej ja do niego chodziłem i prosiłem o rady. Do dziś zdarza się po meczach, że rozmawiamy o tym, co było dobrze, a co źle. Opinie innych są bardzo potrzebne, żeby zobaczyć pewne błędy. Ja widzę sprawy z jednej strony, trener z drugiej, a tata z jeszcze innej. Im więcej pozna się punktów widzenia, tym bardziej jest to pomocne. Zawsze akceptuję uwagi, choć nie zawsze je rozumiem. Czasem dojście do czegoś zajmuje mi dłuższy czas. W komunikacji ważny jest nie tylko sposób przekazu, ale i dobry moment. Uważam, że słuszna rada może przyjść od każdego nawet w najmniej oczekiwanej chwili.

W ubiegłym roku zorganizowano benefis upamiętniający sukcesy pana taty i Tomasza Wójtowicza.

– Fajnie było uczcić memoriał taty i Tomka, którego bardzo lubię. Podobało mi się to z tego względu, że Lublin jest miastem, które zasługuje na siatkówkę. Jeśli organizuje się benefis i w dwie godziny sprzedaje się trzy tysiące biletów, to trzeba być ślepym, mówię tu o sponsorach, działaczach, żeby nie widzieć, jaki jest głód na tę dyscyplinę. Myślę, że w takich miastach musi być siatkówka, bo ludzie tego chcą. Poza tym przyciąga ona specyficzne środowisko, co jest istotne m.in. ze względów marketingowych. Moim zdaniem warto w to inwestować zwłaszcza w tym momencie w Polsce.

Zarówno pan jak i żona uprawiacie siatkówkę. Czy w waszym domu jest to temat zakazany czy pasja i coś, co towarzyszy wam na każdym kroku?

– Nawet, gdy teoretycznie nie chce się mówić o siatkówce, to zawsze ten temat gdzieś wychodzi. Prawda jest taka, że nigdy nie dojdzie się do doskonałości w dziedzinie, która nie jest twoją pasją. Nawet, jeśli czasem masz wszystkiego dość, to nie zmienia się fakt, że jesteś zakochany w tym sporcie. W dniu, w którym nie będzie mnie to już bawiło i przestanę być zakochany w siatkówce, to przerwę grę.

Siatkarz doskonale zaaklimatyzował się w Jastrzębiu (fot. Roca Santos)
Siatkarz doskonale zaaklimatyzował się w Jastrzębiu (fot. Roca Santos)

Trzeci sezon będzie pan w Polsce. Czy polskie korzenie miały wpływ na decyzję o wybraniu oferty Jastrzębskiego Węgla?

– Szczerze mówiąc, nie wiem, czy miało to jakiś wpływ. Gdy przyjechałem, nie spodziewałem się, że zostanę tak długo i będzie mi tutaj tak dobrze. Każdy boi się zmian. Przez dziesięć lat grałem w lidze włoskiej. Postanowiłem zmienić otoczenie i miałem różne propozycje. Były różnorakie czynniki, które wpłynęły na to, że wybrałem Polskę. Między innymi to, że jest to mój kraj. Ważny był też włoski sztab szkoleniowy. Znalazłem profesjonalne środowisko, entuzjazm kibiców, który jest rzadko spotykany w Europie. Klub ma bardzo duże ambicje i poprawia się miesiąc po miesiącu i rok po roku. Już teraz to solidniejsza marka niż w chwili, gdy przyjechałem. Jest nowa hala, coraz lepsza organizacja. Może są dwie czy trzy ligi bogatsze, ale pod względem technicznym, medycznym, jeśli chodzi o entuzjazm i zaangażowanie w Polsce jest wszystko, by uprawiać ten sport, a Jastrzębie jest ku temu jednym z lepszych miejsc.

Po przyjeździe do Polski coś pana szczególnie zaskoczyło?

– Przez siedem lat żyłem w Weronie, która jest w mojej ocenie jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Teraz mieszkam w Rzymie, który też jest bardzo ładny. Wiadomo, że Jastrzębie to nie jest Rzym czy Werona, ale jak już wielokrotnie wspominałem, moja opinia o Polsce jest bardzo dobra. Szczególnie hale czy obsługa medyczna były dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Obiekty sportowe są nowe, mają 5 czy 10 lat. To już jest Europa, można mieć wszystko, czego się chce. Idzie się do Auchana i robi zakupy, jak wszędzie indziej. Nie ma tego problemu, który mieli moi rodzice, mieszkając w komunistycznej Polsce. Ten kraj rozwija się szybciej niż inne. We Włoszech na przykład są teraz spore problemy gospodarcze. Tutaj tego nie widać, jest głód rozwoju i pracuje się nad tym, żeby doścignąć, albo i prześcignąć dużych. Często jest tak, że sport jest lustrem społeczeństwa. Siatkówka w Polsce się bardzo dobrze rozwija. Myślę, że w momencie, gdy inne kraje przechodzą kryzys, PlusLiga ma szansę stać się jedną z głównych lig w Europie. Oczywiście, jeśli dobrze wykorzysta swój moment.

Polska liga już dogoniła Włochy czy jeszcze nam czegoś brakuje?

– Myślę, że absolutnie tak. We Włoszech występują dwie czy trzy dobre, czołowe drużyny, ale to podobnie jak w Polsce: PlusLiga ma pierwszą czwórkę na bardzo wysokim poziomie. Kiedyś wyglądało to tak, że w Serie A były cztery zespoły supermocne, ale 12 na wysokim poziomie. Włosi bez większego problemu wygrywali wszystko w Europie. Te czasy minęły. Każda liga ma kilka dobrych ekip, ale nie ma kraju, który zdominowałby rozgrywki międzynarodowe. Nawet w Rosji tylko parę klubów wyróżnia się na tle innych zespołów europejskich.