Mielewski: Sport to poważna sprawa, a nie kabaret

Komentator i prezenter Polsatu Jerzy Mielewski opowiada o tym, co niewidoczne w światłach kamer, kulisach pracy w telewizji, systemie prowadzenia studia meczowego i komunikacji z kibicami.

Jerzy Mielewski nie jest ekspertem kawowym, a podczas wywiadu popijał latte (fot. Dorota Kubieniec)
Jerzy Mielewski nie jest ekspertem kawowym, a podczas wywiadu popijał latte (fot. Dorota Kubieniec)

Dorota Kubieniec: Zaczniemy bardzo kreatywnie. Jak można dostać pracę w telewizji?

Jerzy Mielewski: – Przede wszystkim trzeba być pięknym, utalentowanym i doświadczonym. Żartuję oczywiście. Od momentu, kiedy ja zaczynałem pracę, aż do teraz, wiele rzeczy się zmieniło. Natomiast od zawsze moim marzeniem było zostanie komentatorem. Co prawda życie wytycza różne szlaki i niespodziewane kierunki – ja nie poszedłem na studia dziennikarskie, a na takie, które były bliżej związane z moim rodzinnym biznesem. Jednak od zawsze męczyłem się z tym, co robię, a 15 lat temu na rynku zaczął działać Polsat Sport. Z początku była to maluteńka redakcja, którą założył obecny szef sportu w Polsacie Marian Kmita, a znalezienie się w składzie redakcji nie było aż tak trudne. Po prostu, gdy próbowano mnie wyrzucić drzwiami, to zakradałem się pod okno. Dzwoniłem, szukałem kontaktu do pana Kmity i tak po kilku tygodniach dał mi szansę i się spotkaliśmy. Wówczas nie miałem określonych celów, czy pójść w stronę produkcji telewizyjnej, czy dziennikarstwa, ale przypadek i przeszłość sportowa zdecydowały, że po chwili mogłem pojechać na pierwszą transmisję. Teraz nie ukrywam, że jest dużo trudniej. Zainteresowanie jest znacznie większe, ale niektórzy też nie zdają sobie sprawy, że warto walczyć i atakować z każdej strony, jeśli tylko istnieje taka możliwość. Ja miałem mnóstwo szczęścia, przychylne oko pana Kmity i mam nadzieję trochę talentu, ale to nie mnie oceniać.

Dużo mówi się, że studia dziennikarskie nie są niezbędne do wykonywania tego zawodu. Ty też potwierdzasz tę regułę.

– Na pewno takie studia nie przeszkodzą, choć trudno mi się wypowiedzieć, bo nie wiem, czego można się tam nauczyć. Po kilkuletnim doświadczeniu w telewizji miałem też styczność ze studentami, którzy przychodzili do nas na praktyki i nie ukrywam, że było to dla mnie niekomfortowe, bo uczyłem telewizji przyszłych dziennikarzy, kiedy ja nie skończyłem takiego kierunku. Na samym początku mojej przygody postawiłem sobie za cel, że muszę się sam wszystkiego nauczyć. Mając 21 lat, przyglądałem się każdemu elementowi od archiwum, montażu do przekazu telewizyjnego. Nie od razu byłem redaktorem prowadzącym studio, ale też wydawcą transmisji, researcherem, przeszedłem wszystkie szczeble i gdzie tylko była możliwość dostępu, to chciałem tam być. Montowałem wiele materiałów, a że mieszkałem pod Warszawą, to czasem zostawałem w Polsacie na noc. Co prawda wiele rzeczy się z wiekiem zmienia, ale przez kilkanaście lat to było moje życie i jednocześnie pasja. Uwielbiałem się uczyć każdego najmniejszego niuansu, który wpływa na działanie telewizji. Teraz też nikt mnie nie oszuka, bo jeśli ktoś mówi, że tego nie da się zrobić, to ja wiem, że technicznie jest to wykonalne.

Jak wygląda podział pracy przy przygotowaniu wiadomości sportowych? Twój wkład kończy się na zaprezentowaniu informacji czy masz udział w tworzeniu materiałów?

– Teraz jest wyraźnie zarysowana rola prezentera, który ma duży wpływ na materiały, może zwrócić uwagę, coś uzupełnić. Natomiast nie zajmuje się montowaniem i obróbką, do tego są przypisani w grafiku telewizyjnym edytorzy. Na przestrzeni tych kilkunastu lat Polsat bardzo się rozrósł, na początku serwisy informacyjne tworzyły dwie osoby: prezenter i wydawca. Ja wówczas pisałem i montowałem, w dwójkę wykonywaliśmy pracę na trzy, cztery serwisy dziennie. To było super doświadczenie, bo wszystko zależało od mojej kreacji. Trzeba było obejrzeć skróty wszystkich meczów, dobrać do tego ciekawą i nieszablonową historię. To akurat bardzo pobudza wyobraźnię, a patrząc na obrazek, można tworzyć jak artysta. Według mnie to też najciekawsza część pracy dziennikarza. Teraz już nie jestem za to odpowiedzialny, ale często mi tego brakuje.

Czy przy komentowaniu meczów także macie zaplecze, które przygotowuje wam informacje i ciekawostki na temat drużyn i graczy?

– Nie, nie, absolutnie. To jest część pracy komentatora, każdy przygotowuje się samodzielnie, wyszukuje ciekawostki, zasięga wiedzy u źródeł. Pamiętam jak zaczynałem pracę i pojechałem na swój pierwszy mecz do Poznania jako młody chłopak obok doświadczonego Krzysztofa Wanio – człowieka orkiestry, który w ogóle się nie stresował i tylko mnie uspokajał. Dwie godziny przed meczem usiadłem na stanowisku, obłożyłem kartkami każdy możliwy centymetr i oczywiście nie wiedziałem, z czego skorzystam. Siedziałem nad tym mnóstwo czasu, a po meczu okazało się, że zrobiłem użytek z jednej kartki. Siatkówka jest tak dynamicznym sportem, że wolę interesować się meczem, a nie zarzucać widzów zbyt dużą liczbą informacji. Od tego jest zresztą teraz internet i gazety. Jednak dopiero wtedy na własnej skórze uczyłem się, co jest mi potrzebne do transmisji. Ta wiedza musi być skondensowana, a nie rozpisana na czterdziestu kartkach. Tak naprawdę jednak, gdy obcujesz z siatkówką na co dzień, to przygotowania jest coraz mniej, bo codziennie czytasz tysiące informacji i zapełniasz tym głowę. To jest już styl życia, bez tego człowiek nie funkcjonowałby prawidłowo. W dobie internetu trzeba też zwrócić uwagę na to, że każdy najmniejszy błąd jest wyolbrzymiany. Należy o tym pamiętać, bo jeśli coś nie jest nagminne, to warto myśleć o tym, że nikt nie jest nieomylny i nie piętnować każdego najmniejszego potknięcia.

Jerzy Mielewski w studiu Polsatu Sport (fot. Twitter)
Jerzy Mielewski w studiu Polsatu Sport (fot. Twitter)

Z czego wynika fakt, że w redakcji dominują mężczyźni? Czy to powielanie stereotypu, że kobieta nie zna się na sporcie?

– Myślę, że to powoli się zmienia, choć tak, na początku byli sami mężczyźni i Karolina Szostak. Jednak teraz w redakcji pojawiło się kilka kobiet. Nie można powiedzieć, by te proporcje zmniejszały się w błyskawicznym tempie, ale jest coraz więcej dziewczyn i widać, że walczą o swoją pozycję.

 Jak to jest z byłymi zawodniczkami, dlaczego tak niewiele pojawia się w roli ekspertów kobiecej siatkówki?

– To trudne i skomplikowane pytanie, szczerze nawet nie rozmawialiśmy na ten temat z panem Marianem Kmitą. Przez pewien czas była Dominika Leśniewicz i Małgorzata Niemczyk. Myślę, że trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że to ciężka praca. Często nie bierze się pod uwagę, że jeździ się po całej Polsce kilkaset kilometrów i dla kobiety to nie jest łatwa sprawa. Zwłaszcza, że siatkarki kończąc karierę sportową, chcą skupić się na rodzinie i wychowaniu dzieci.

Czy istnieje jakiś schemat według którego dobieracie komentatorów i ekspertów w studiu?

– Absolutnie nie ma żadnych zasad. Natomiast przykładowo Ryszard Bosek znacznie lepiej czuje się w roli eksperta w studiu, a dodatkowo nie jest naszym stałym człowiekiem, mieszka w Częstochowie, więc do Warszawy przyjeżdża w przypadku większych imprez. Ja też otrzymałem przywilej i mogę decydować o tym, kto będzie ekspertem, a kto komentatorem. Cały czas mamy ze sobą kontakt, rozmawiamy, kto lepiej spełnia się w jakiej roli, tak by każdy czuł się komfortowo. Podczas takich rozmów pewne aspekty mocno się klarują. Wiele też zależy od charakteru, jeden jest zabawniejszy, drugi spokojniejszy i tak staram się obsadzać, by ułożyło się to proporcjonalnie. Wiadomo, że każdy mecz się sam obroni, ale spotkanie potrzebuje też fachowej analizy. Studio zaś musi się obronić samo, czasami trwa ono ponad godzinę, dlatego pozwalamy sobie na żarty, żeby rozluźnić atmosferę, bo chyba niewielu wytrzymałoby tak długo z gadającymi, smutnymi twarzami.

W waszym komentowaniu widać zwrot ku zabawie i rozrywce. Po reakcjach kibiców można uznać, że to bardzo dobry kierunek. Jak to wygląda z twojej perspektywy?

– To jest jednak bardzo niebezpieczne, bo często zdarza nam się z trenerem Ireneuszem popłynąć i kiedy kończymy transmisję, to zastanawiamy się, czy nie przesadziliśmy. Nie jest też dobrze, gdy przedstawiasz coś w karykaturalny sposób nagminnie, to jednak nie kabaret, a sport, czyli poważna sprawa. Z drugiej strony, podczas dwugodzinnego meczu, gdy poświęcisz chwilkę na ciekawsze akcenty, opowiesz żart, choć nie zawsze jest to wyszukany dowcip z najwyższej półki, a widz uśmiechnie się przed telewizorem, to nie jest to grzech ciężkiego kalibru. W meczach o niższym ciężarze gatunkowym można sobie pozwolić na trochę więcej, w starciach o stawkę żarty odchodzą na drugi plan.

Czy istnieje system przydziału komentatorów do meczów w stylu jeden nie lubi drużyny A, drugi ma bliżej do miasta B?

– Traktujemy siatkówkę jako całość, więc nie ma wybierania, odrzucania i faworyzowania. Wyraźnie widać u nas pewną hierarchię, bo do komentowania najważniejszych meczów klubowych i reprezentacyjnych zawsze delegowani są Wojciech Drzyzga i Tomasz Swędrowski. Oni robią z reguły te najważniejsze eventy i nikt nie ma tutaj żadnych wątpliwości. Ja oczywiście mógłbym się wpisać na ważny mecz o stawkę, jednak oprócz tego, że pracujemy razem, to jesteśmy też grupą przyjaciół, zbudowaliśmy pewne zasady, których przestrzegamy bez wyjątku. Tomasz Swędrowski też jednak nie marudzi, gdy pojedzie na mniej ciekawy mecz, absolutnie z pełnym zapałem wykona swoją pracę i zadowolony opuści halę.

Czy eksperci przed startem studia są przygotowani na to, jakie pytania będą im zadane?

– Odpowiem tak: „O czym będziemy rozmawiali?” – pytają mnie czasem zaproszeni goście, na co muszę stwierdzić „Nie mam pojęcia”. Oczywiście w głowie mam pewien zarys i schemat, tematy, które trzeba poruszyć, ale nie mam przygotowanych pytań. Chciałbym, żebym ta rozmowa płynęła, a najbardziej liczę na żywą dyskusję. Czasem też staram się prowokować, by zmusić ekspertów do wypowiedzenia własnego zdania. Nie ma tutaj jednak mowy o żadnej reżyserii odpowiedzi. Znamy przykładowo charakter Ireneusza Mazura – to wesoły człowiek, ale twardo broni swoich zasad. Nigdy nie ugnie się pod wpływem czyjegoś zdania. Często różnimy się poglądami w wielu kwestiach i dyskutujemy w studiu, ale nie jest to wyreżyserowane na pokaz. Później za kulisami spieramy się dalej, ale dla mnie, jako prowadzącego, jest to ważne. Kiedy widzę, że ekspert musi mocno się napocić, by obronić swoje zdanie, wtedy wiem, że to będzie dobra dyskusja. Nie ma nic gorszego niż miałka rozmowa, gdzie każdy każdemu przytakuje. Często, jak widzę, że idziemy w tym kierunku, to błyskawicznie próbuję coś zmienić, bo sam czuję, że jest to nudne i wiem, że widz przed telewizorem też nie jest zadowolony.

Co decyduje o tym, gdzie rozłożycie sprzęt w danej hali? Od czego zależy czy będzie ono na wysokości parkietu, czy trybun? Ile czasu potrzeba na to, by przygotować całe zaplecze techniczne niezbędne do transmisji?

– Nasi producenci, którzy zajmują się przygotowaniem nam warunków pracy, dokonują dokumentacji hali. Oczywiście teraz mamy już wszystko pod kontrolą, bo znamy każdy obiekt. Gdy wybudowano krakowską Tauron Arenę wówczas realizator, kierownik produkcji i inżynier oświetlenia już dwa, trzy tygodnie przed transmisją jechali obejrzeć halę i zdecydować, gdzie zainstalować studio i kamery. Tutaj wszystko jest przygotowane, nie ma decyzji pochopnych. Rozłożenie studia najłatwiejsze jest na poziomie parkietu i tak robimy najczęściej w meczach ligowych. Jeśli chodzi o większe eventy, to staramy się, by obraz za nami był ciekawszy i ładniejszy, stąd często lokujemy się wysoko na trybunach. W ten sposób unika się też tzw. „telewizyjnych brudów”, skaczących, dzwoniących i wygłupiających się ludzi. Trzeba też pamiętać, że różne są koszty na daną transmisję, więc ilość sprzętu, rozłożenie i całe przygotowanie jest też tym podyktowane.

Czas przygotowania jest uzależniony od hali i miejsca, gdzie można zaparkować wóz transmisyjny. To są kilometry kabli, które trzeba pociągnąć do kamer, monitorów i sprzętu. Z reguły to trwa od dwóch do pięciu godzin. W nowszych obiektach, przykładowo w Ergo Arenie w Gdańsku, można wjechać niemalże pod parkiet i to mocno ułatwia pracę. Nasza ekipa jest już tak sprawna, że dwie godziny przed transmisją zawsze są dopięci na ostatni guzik. To jest też ten moment, kiedy my możemy już wkroczyć do akcji, sprawdzić sprzęt, podpiąć się i umalować.

Studio w Krakowie podczas meczu Ligi Światowej (fot. Instagram/Jerzy Mielewski)
Studio w Krakowie podczas meczu Ligi Światowej (fot. Instagram/Jerzy Mielewski)

Jak wygląda kwestia waszego wizerunku? To, co ubierzecie, jest wam narzucane czy istnieje absolutna dowolność?

– W gronie siatkarskim istnieje całkowita dowolność. Jeśli chodzi o główny Polsat, dla którego ja też pracuję podczas Wydarzeń, to ma on swoich stylistów, na czele których stoi Piotr Koncki. On mi ufa i wie, że będzie OK. Natomiast, gdy dobrze nie jest, to od razu dostaję telefon i słyszę „Jurek, tej marynarki nie możesz założyć, ten krawat zdejmujesz”. Ubieramy się sami, jest też budżet na ubiór dla prezenterów, zawsze mogę pójść i wybrać kilka rzeczy, to też jest element naszej pracy. Możliwe, że część moich rzeczy dziwnie wygląda, ale mnie się podobają i tak już zostanie. Obecnie i tak chodzę bardziej na sportowo niż kilkanaście lat temu, ale absolutnie nie mam problemu z wkładaniem marynarki, koszuli i krawata.

Na jakiej zasadzie wybierane są mecze, które transmitujecie w sezonie ligowym? Opracowujecie jakiś klucz, to decyzja narzucona z góry?

– Obecnie wiemy już, że będzie nowy kontrakt i przede wszystkim transmisje obejmą większą liczbę spotkań. Do tej pory ufaliśmy władzom ligi, to ona wyznaczała mecze do publicznego oglądania i staraliśmy się w to nie ingerować. Z reguły przystawaliśmy na spotkania, które proponowała PlusLiga. Oczywiście było kilka sytuacji, gdzie można to było rozegrać inaczej, od razu jednak była reakcja i rozmowa pana Mariana Kmity. Wydaje mi się jednak, że były to rzadkie sytuacje, a przez kolejne pięć lat wierzę, że takich problemów nie będzie już w ogóle. Nie każdemu się zawsze dogodzi, a trzeba też pamiętać o kibicach tych trochę słabszych ekip, którzy chcieliby swój zespół zobaczyć także w telewizji. Wszystkiego pokazać się nie da, bo to musi być rentowne. Za opłacalność danego przedsięwzięcia odpowiadają moi zwierzchnicy i oni mają pełną wiedzę na ten temat. W przyszłym sezonie będą trzy transmisje meczów PlusLigi tygodniowo i na trzech kanałach sportowych Polsatu będzie można te spotkania znaleźć.

Czy wasza aktywność w mediach społecznościowych to podążanie za trendami, czy bardziej chęć kontaktu z kibicami?

– Mnie osobiście do Twittera namówił Roman Kołtoń, z początku na potrzeby strony polsatsport.pl. Nie ukrywam jednak, że przez pewien czas byłem beztwitterowy i trzeba przyznać, że to medium wciąga, momentami aż za bardzo. Nie mamy jednak z góry narzuconego obowiązku istnienia w mediach społecznościowych. Ja jestem jednak fanem takiego rozwiązania, bo to bardzo zbliża i zmniejsza barierę między nami a kibicami siatkarskimi. Na Twitterze staram się też rozwiewać wątpliwości, jeśli tylko takie się pojawiają. Wiem, że nie wszyscy obserwują, bo lubią, ale przede wszystkim się nie wykłócam i pokojowo rozwiązuję konflikty, bo to nie jest miejsce na sprzeczki.