Natalia Gajewska: Wyniki reprezentacji są problemem dla klubów

Zakochała się w Italii, w której czuje się wyśmienicie. Zwłaszcza, że może tam cieszyć się espresso – swoją ulubioną kawą. W tym sezonie jednak reprezentuje #VolleyWrocław. Polecamy rozmowę z Natalią Gajewską.

Natalia Gajewska po powrocie z ziemi włoskiej do polski stawia na klasyczną czarną kawę (fot. VolleyCafe.pl)

Daria Zmarzlik (VolleyCafe.pl): Wybrałaś Wrocław, klub, który przed sezonem zmagał się z wieloma problemami. Skąd ta decyzja? Były wątpliwości przed podpisaniem kontraktu?

Natalia Gajewska (rozgrywająca #VolleyWrocław): – Ubiegły sezon rozpoczęłam w silnym klubie – Developresie Rzeszów. Potem kontuzja Anny Kaczmar spowodowała ściągnięcie nowej rozgrywającej, a dla mnie zabrakło możliwości regularnego grania. Postanowiłam więc przenieść się do Włoch, gdzie dostawałam więcej szans na pokazanie się, ale tutaj, w Polsce, to nie był dla mnie dobry sezon.

Szukałam więc miejsca, w którym znowu będę mogła zacząć grać. Szczerze mówiąc to moja przyjaciółka Iga Chojnacka, która tutaj grała w poprzednim sezonie, zachwalała mi pracę w klubie oraz miasto. Zastanawiałam się, co jest z tym Wrocławiem, że tak jej się spodobał. Stwierdziłam, że sama chcę się przekonać i zaczęły się rozmowy. Wiadomo obawy były, bo bardzo długo nie było pewnego składu, nie wiadomo było czy wystartujemy. Teraz jednak mogę powiedzieć, że cieszę się, że tu jestem.

Nie bałaś się, że klub może mieć problemy w trakcie sezonu?

– Wiadomo, że na początku każdy się boi, że coś nie wypali, coś nie da rady zadziałać. Zbiórka pieniędzy przez kibiców dawała nam nadzieję. Bardzo chciałam pozostać w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce i dlatego też wierzyłam, że się uda. Wątpliwości oczywiście były – czy pieniądze wystarczą na cały, trzeba przyznać, długi sezon, czy może będą tylko na początku. Jednak muszę powiedzieć, że jestem zadowolona – klub wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Jestem zachwycona naszym sztabem. Super mi się współpracuje z chłopakami. Wydaje mi się, że gdyby nie ciągłe problemy kadrowe spowodowane pechowymi kontuzjami, nasze miejsce w tabeli byłoby zdecydowanie wyższe. Osobiście uważam, że siatkarsko poszłam o krok do przodu w tym sezonie.

Klubowi bardzo pomogli kibice. Dzięki ich zaangażowaniu klub mógł zgłosić się do rozgrywek. Spodziewałaś się, że takie gesty są możliwe w siatkówce kobiecej?

– Wiedziałam, że w męskiej siatkówce takie zaangażowanie na pewno jest duże. Jeśli chodzi o nas, to na pewno cieszy to, jaka pomoc do nas przyszła. Nie spodziewałam się aż takiej skali, że tylu kibiców nas wesprze. Jednak, jak widać, fanów siatkówki we Wrocławiu i całej Polsce nie brakuje i możemy się z tego tylko cieszyć.

Jak czujesz się w tej młodej ekipie? Udało Wam się zbudować team przez duże T?

– Wydaje mi się, że tak. W tym roku mamy bardzo fajnie dobrany skład pod względem charakterów, dogadujemy się wszystkie, nie ma konfliktów, tworzymy jeden zespół. Jeśli o mnie chodzi, to co roku jestem w innej drużynie. Rok temu byłam najmłodsza w ekipie. Teraz jestem jedną z tych starszych, rok w rok mam inną pozycję w zespole. Z jednej strony to jest fajne, bo grając w tak młodej drużynie mogę brać na siebie więcej odpowiedzialności i to procentuje moim rozwojem. Jednak grając u boku bardzo doświadczonych zawodniczek – tak jak to miało miejsce w Rzeszowie, czy kilka lat temu w Sopocie – również można wynieść dużo dla siebie. W tym sezonie najważniejsze jest to, że gram dużo i to bardzo mnie zadowala.

Przed sezonem dużo osób skazywało Was na pożarcie, a wcale tak nie jest. Uważasz, że gracie na miarę swojego potencjału?

– Do żadnego meczu nie podchodziłyśmy obojętnie. Byłyśmy zawsze skoncentrowane i chciałyśmy pokazać się z jak najlepszej strony. To, co pokazujemy na treningach jest naprawdę dobre, patrząc przez pryzmat tego, co miałam w innych latach z różnymi trenerami. Szkoda, że nie zawsze potrafimy przełożyć to na mecz, może gdzieś ta młodość i brak doświadczenia przeważają.

Na pewno można było w kilku meczach ugrać więcej punktów. Czasami mamy problem z końcówkami setów – kiedy prowadzimy kilkoma punktami, nie udaje nam się ostatecznie doprowadzić do zwycięstwa. Jak już wspomniałam, do żadnego meczu nie podeszłyśmy skazane na porażkę i bez walki – zawsze sto procent siebie.

Gdyby nie kontuzje ekipa z Wrocławia mogła znajdować się znacznie wyżej w ligowej tabeli (fot. #VolleyWrocław)

Jak widzisz przyszłość wrocławskiej ekipy? Myślisz, że wszystko co najgorsze jest za Wami?

– Myślę, że tak. To chyba był przełomowy moment dla klubu i mam wielką nadzieję, że będzie on dalej istniał, piął się w tabeli i stawał się coraz lepszy. Nie zważając na to, czy będę tu jeszcze grać czy nie, to chciałabym jak najlepiej dla klubu i dla Wrocławia.

W przeszłości byłaś zawodniczką, która do samego końca została z ekipą z Sopotu. Myślisz, że i tamten team dałoby się uratować sięgając po pomoc kibiców? Wielbicieli żeńskiej siatkówki w Trójmieście nie brakowało…

– Bardzo, bardzo żałuję, że tego zespołu już nie ma. Byłyśmy ostatnimi, które reprezentowały barwy tego klubu. Pochodzę z Trójmiasta, więc dla mnie czymś cudownym było grać w domu. Zresztą w tym ostatnim sezonie klub bazował na wychowankach lub zawodniczkach z okolic. Sopot i Wrocław mają podobną historię. Były bardzo silnymi klubami i nagle przez odejście dużego sponsora trzeba było sobie radzić. Druga sprawa jest też taka, że jeśli miasto Sopot chciałoby utrzymać LSK, mogło spróbować bardziej się w tę sprawę zaangażować.

Jako dziewczyna z Trójmiasta, jak przyjęłaś koniec Atomu w Sopocie i próbę jego przeniesienia do Krakowa? Czułaś, że to może nie wypalić?

– Grając w Sopocie, miałam podpisany kontrakt jeszcze na jeden sezon. Jakoś w maju dowiedziałyśmy się, że klub nie wystartuje w kolejnym sezonie. W Krakowie dziewczyny zostały poinformowane o wszystkim w sierpniu, gdzie już wszystkie kontrakty były podpisane, co dla mnie jest niepoważne i było zamieszanie. Czy czułam, że to nie wypali? Jakoś czułyśmy, że to nie to samo, że zabrano nam siatkówkę z Pomorza. Nie było to też tak, że po prostu przenieśli klub do Krakowa i zmienili nazwę. Oprócz sponsora – Trefla, nic nie było takie samo. Nie potrafiłam się z tym klubem utożsamiać.

Wszystko zaczyna się przy problemach ze sponsorem. Jak myślisz, czemu sponsorzy wycofują się ze sponsorowania siatkówki?

– Jeśli chodzi o kobiecą siatkówkę, to na pewno wyniki w reprezentacji są jakimś problemem, bo nie mamy tylu sukcesów jak kiedyś. Kadra jest cały czas budowana, zmieniana, popularność siatkówki maleje. Czynnikiem jest też zmieniająca się polityka, która nie do końca sprzyja rozwojowi sportu. Duża liczba klubów boryka się obecnie z problemami finansowymi.

Wrócimy do czegoś przyjemniejszego. Utrzymujesz wciąż kontakt z kibicami Atomu? Mieliście tam niezłą paczkę, jeździli z Wami po całym świecie.

– Kibice Atomu to byli wspaniali, bardzo sympatyczni ludzie, bardzo ich lubiłam. Do tej pory zdarza nam się wymieniać wiadomości, życzenia urodzinowe, świąteczne, czy po prostu pytanie o samopoczucie. Fajne jest to, że nie zapominają o nas i przypominają się co jakiś czas. Kibice z Wrocławia i Sopotu trzymają się razem, więc kilka razy ich widziałam.

Dla nich to był ogromny ból, kiedy okazało się, że Atom się rozpada. Walczyli, ile mogli, prosili, żeby zrobić cokolwiek, żeby klub pozostał. To była ogromna strata dla nich. Mimo że w ostatnim roku nie byłyśmy zespołem tak silnym, jak kiedyś, kibicowali nam i byli zaangażowani tak samo, jak w czasach, kiedy odnosiłyśmy sukcesy i to mi bardzo imponowało.

W ekipie z Wrocławia panuje doskonała atmosfera (fot. #VolleyWrocław)

Na koniec porozmawiajmy jeszcze o Italii. Chciałabyś tam jeszcze wrócić?

– Oczywiście! To moje wielkie marzenie. Grałam w Serie A2, czyli na zapleczu ekstraklasy, ale uważam, że warunki do rozwoju są tam rewelacyjne. Mi osobiście bardzo przypadła do gustu mentalność tych ludzi, czułam się tam, jakby to było miejsce idealne dla mnie, może też dlatego, że trafiłam na super zespół. Południe Włoch jest piękne. Według mnie najwyższa klasa rozgrywkowa we Włoszech jest lepsza niż polska liga, a jej zaplecze jest porównywalne do poziomu gry połowy tabeli naszej ekstraklasy. Może jeszcze kiedyś uda mi się tam wrócić.

Co Ci się najbardziej podobało? Siatkarsko, życiowo?

– Uwielbiam język włoski, ich kulturę i, jak wspomniałam, mentalność. Nie chcę nawet mówić o przepysznym jedzeniu, bo byłaby to długa rozmowa… Każdy zawsze podał mi pomocną dłoń, gdy czegoś potrzebowałam. Chcieli dla mnie jak najlepiej, są otwarci i starają się ciebie poznać. To mi najbardziej zapadło w pamięć. Jeśli chodzi o siatkówkę, to nie ma zbyt dużo różnic, czy to w przygotowaniach, czy odprawie meczowej. Wszystko zależy od trenera.

Jak Włochy, to na koniec pytanie o kawę. Że czarna, to wiemy, ale powiedz coś więcej – ile, jaka ulubiona, gdzie i z kim?

– Jak już wiadomo kawa czarna lub espresso. Najczęściej ze znajomymi, bo z tym właśnie kojarzy mi się kawa – z chwilą odpoczynku w ciągu dnia. A gdzie… nie ma takiego miejsca, gdzie bym kawy nie wypiła!