Nigdy nie rób z Polaka słabiaka

Polacy powtarzają historię sprzed czterech lat i zagrają w finale mistrzostw świata z Brazylią. By odtworzyć ją w stu procentach należy wykonać jeszcze jeden krok: wygrać złoto!

W finale na reprezentację Polski czeka Brazylia (fot. Katarzyna Tybor)

Pierwszą myślą po półfinale z Amerykanami, jaka przeszła mi przez głowę: chciałabym mieć taką wiarę w ludzi, jaką Vital Heynen miał w Bartosza Kurka. Byłam w grupie osób, która nie widziała zbyt dużego sensu w Kurku na boisku na starcie mistrzostw, kiedy nasz atakujący męczył się, nie kończył piłek. Wyznawałam filozofię, że skoro wzięliśmy na turniej trzech atakujących, wykorzystajmy ich. Zresztą, nie byłam odosobniona w takich opiniach, co krok można było takowe znaleźć w wypowiedziach kibiców. Hejtu na tego zawodnika było co niemiara, tymczasem Vital Heynen oczekiwał od Kurka wygrania jednego meczu. I to zaufanie, które u wielu, byłoby już nadszarpnięte, Kurek spłacił i mam nadzieję spłaci jeszcze w finale z Brazylijczykami. Czyżby na naszych oczach rodziła się nie tylko historia, ale i nowy związek frazeologiczny: wierzyć jak Vital w Bartka?

Przyznam również, że bałam się Amerykanów. Sami sobie stworzyliśmy ich obraz jako tych, z którymi mamy negatywną statystykę wygranych i porażek, traktowaliśmy jak drużynę niemal perfekcyjną. I rzeczywiście, tacy są. My jednak wykorzystaliśmy niuans „niemal”, bo nie ma ideałów. I to my zbliżyliśmy się do perfekcji nieco bardziej niż Amerykanie. Jednocześnie zaimponowała mi Brazylia, której – patrząc na ich uszczerbki kadrowe – nie stawiałam w roli „murowanych” faworytów do finału. Brazylijczycy jednak, choć wydaje się, że kadrę mają najsłabszą od lat, nie zmieniają stylu. Wciąż walczą o najwyższe cele.

Na chwilę wrócę jeszcze do meczów w szóstce i losowania grup, bo nie miałam okazji tego skomentować. Cóż, tytuł „nigdy nie rób z Polaka słabiaka” chyba najlepiej oddaje charakter Biało-Czerwonych i teoretyczne traktowanie ich jako wygodniejszych rywali do ogrania. Wybrali nas Włosi – jak skończyli wiadomo, wybrali nas Amerykanie, którzy odpuścili mecz z Brazylią i chcieli wyjść z drugiego miejsca, trafiając na Polaków – skończyli podobnie.

Powtarzamy finał sprzed czterech lat. I powtórzmy w tę niedzielę również ten wynik! Co prawda ostatniej piłki nie skończy Mariusz Wlazły, ale trzymam kciuki, by skończył ją Bartosz Kurek. No dobrze, ewentualnie jakikolwiek inny Biało-Czerwony.

Dodam na koniec jeszcze tylko tyle, że na tę drużynę w końcu przyjemnie się patrzy. I chce się im kibicować, zdzierać gardło i emocjonować. POWER – ta ekipa znów to ma!

Dorota Kubieniec

Napisz do autorki: d.kubieniec@volleycafe.pl