Oskar Kaczmarczyk: Takiego szaleństwa nie było chyba nigdy

Jesteśmy na półmetku rundy zasadniczej PlusLigi. Na czele tabeli króluje ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, która nie przegrała żadnego meczu w tym sezonie. Stawkę zamyka wycofana z rozgrywek Stocznia Szczecin.

Tabela po pierwszej rundzie fazy zasadniczej PlusLigi (fot. plusliga.pl)

Powiedzieć, że ten sezon jest ciekawy to jak nic nie powiedzieć. Liczba wydarzeń, zmian w zespołach nie dały wytchnienia siatkarskim kibicom. W tej krótkiej przerwie chcemy podsumować pierwsze trzynaście kolejek sezonu 2018/2019.

Czyste szaleństwo

Zwariowana. Tak najkrócej można nazwać PlusLigę w pierwszych miesiącach sezonu 2018/2019. – Dużo się działo, takiego szaleństwa nie było chyba nigdy. Niestety obfitowało ono w niemiłe akcenty, zwłaszcza na  finiszu tej rundy. Upadek Stoczni, zamieszanie z trenerami, a teraz sprawa Magdy Stysiak (mimo, że mamy rozmawiać tu lidze męskiej to i obok tej sytuacji nie można przejść obojętnie). Martwi mnie to mocno, bo jednak dużo dobrego się działo na polskich parkietach, a mówi się tylko o problemach czy skandalach – ocenia Oskar Kaczmarczyk. – Mieliśmy kilka niespodzianek jak np. wygrana Chemika Bydgoszcz ze Skrą Bełchatów, czy zmieniające się wysokie wygrane setów w meczu AZS-u Indykpolu Olsztyn z Cuprum Lubin. Jednak to głównie skandale były na ustach wszystkich zainteresowanych siatkówką – dodaje.

Dużo przyjemniej opowiada się za to o grze na plusligowych boiskach. – Poziom ligi w tym sezonie mocno wzrósł, bardzo mi się to podoba – ocenia Kaczmarczyk. – Doczekaliśmy się ligi, w której gdy ligowy gigant jak Resovia przeżywa ogromny kryzys to potrafi to wykorzystać nawet zespół Będzina, który jednak jest jednym z najsłabszych zespołów PlusLigi. Jak ZAKSA wręcz spała na parkiecie w meczu z GKS-em to od razu przegrała seta. I musieli szybko wyjść z tego letargu, by nie doszło do katastrofy. Ci sami katowiczanie jak tylko zmierzyli się z mistrzem Polski – Skrą grającą dużo poniżej oczekiwań to zdmuchnęli ich z parkietu, wygrywając do zera. Trzeba to podkreślić, bo kiedyś czołowe zespoły grając nawet na 50 czy 60% swojego potencjału odbierały ligowe punkty u tych średniaków i to z zamkniętymi oczami, a dziś już ta liga nie wybacza. Cieszy mnie to, że kiedyś jeździło się do Rzeszowa do słynnej twierdzy po porażkę, a dziś każdy zespół drży myśląc o spotkaniu w Zawierciu – podsumowuje były szkoleniowiec kędzierzyńskiego klubu, podkreślając, że powinniśmy cieszyć coraz bardziej interesującym przebiegiem rozgrywek.

Powódź

Trudno nie wspomnieć w tym miejscu o klubie ze Szczecina. Przed sezonem każdy przecierał oczy ze zdumienia na widok transferów, jakie poczynił zarząd. Obiecywane były wielkie widowiska, walka o medale, za dwa lata Liga Mistrzów. I… wszystko runęło jak domek z kart. Wyszło już na jaw, że w naszym sporcie nie jest aż tak kolorowo z finansami jakby mogło się wydawać. Zamiatano często te problemy pod dywan aż wreszcie mleko się wylało. – Nie znam do końca wszystkich kulis tego, co się podziało w Stoczni. Na pewno fatalnie wpłynęło to na obraz naszej ligi zarówno w kraju, jak i na całym świecie – zaznacza Oskar Kaczmarczyk. – Czekam wciąż na reakcje ligi, jakie ona widzi rozwiązania, by już więcej się to nie wydarzyło. Wygląda na to, że potrzebuje więcej czasu, ale wierzę, że to nastąpi – dodaje.

W tej sytuacji bardzo szkoda jest zawodników, którzy zaufali zarządowi i uwierzyli w projekt Stocznia. Szczególnie żal Mieszko Gogola, którzy szczególnie zaangażował się w stworzenie dobrego klubu w Szczecinie. – Znam Mieszka Gogola od lat. Nie ma drugiej takiej osoby, która tak mocno związana jest ze swoim miastem, wracał do niego w zasadzie w każdej rozmowie i to w różnych kontekstach. Doczekał się momentu kiedy podjęto próby odbudowy jego rodzimego klubu, zaczął budować swoją karierę w idealnym miejscu, w klubie gdzie akceptowano nawet serie kilku porażek z rzędu bez niepotrzebnej presji rozsądnie patrząc na potencjał drużyny, w dodatku bazując na tej swojej lojalności o której teraz tak dużo się mówi. I nagle ktoś nierozsądny postanowił zrobić od razu wielki skok na kasę, próbując bez fundamentów zbudować sukces, idąc niejako na skróty i to musiało się tak skończyć – podkreśla Kaczmarczyk.

– W dodatku postawiono Gogola w bardzo trudnej sytuacji bo niby był trenerem odpowiedzialnym za wynik, a nie dawało się tego odczuć bo nad nim był ten większy, mówię tu o Stojczewie, który jako jeden z pierwszych uciekł z tonącego statku. Lojalność okazała się strzałem bezpośrednio w serce. Zwyczajnie mi przykro bo wiem jak to musiało go boleć. Ciesze się że znalazł od razu miejsce w PlusLidze, ale to kolejny dowód na to jak ciężko nam Polakom cokolwiek zrobić by zaczął nam wreszcie wiać wiatr w plecy – zaznacza szkoleniowiec.

Trzeba sobie powiedzieć, że to wszystko nie miałoby miejsca, gdyby ktoś dobrze wszystko przemyślał. Bez wątpienia dodatkowe regulacje już na poziomie ligowych regulaminów są niezbędne, by móc budować poważną markę pod nazwą PlusLiga.

Zmiany, zmiany

To chyba pierwszy sezon w historii PlusLigi, kiedy w już w trakcie pierwszej rundy doszło do aż tak wielkich przetasowań personalnych, zarówno jeśli chodzi o zawodników, jak i sztaby szkoleniowe. Najbardziej spektakularne transfery miały miejsce po upadku Stoczni Szczecin i tak Bartosz Kurek i Nikołaj Penczew przeszli do Onico Warszawy.

Bartosz Kurek i Nikołaj Penczew dołączyli do Onico Warszawy (fot. VolleyCafe.pl)

– Co do przetasowań kadrowych to sytuacja była wyjątkowa. Było więcej transferów niż normalnie, ale to z powodu upadku Stoczni, bo gdzieś ci zawodnicy musieli się podziać. Wydaje mi się, że podniosło to jakość ligi. Zespoły powzmacniały się i – patrząc choćby na Onico – dało im to możliwość walki o coś więcej niż tylko „mocny środek”. Dziś stają się realnymi kandydatami do walki o medal – analizuje Oskar Kaczmarczyk. – Warto podkreślić też fakt, że w momencie „promocji” na rynku, zespoły znalazły środki na to, by z niej skorzystać. To takie światełko w tunelu. Mamy ośrodki, które idą w całkowicie inną stronę niż upadła już Stocznia – mówi ekspert NC+.

Jeśli chodzi o zmiany na stanowiskach trenerskich, to budzą one znacznie więcej mieszanych uczuć. – Decyzja De Giorgiego jest mocno kontrowersyjna, z pewnością odbija się bardzo negatywnie na jego wizerunku, oberwało się też innym zagranicznym trenerom – analizuje Oskar Kaczmarczyk. – Nie wygląda to za dobrze, też mi się to nie podoba, ale nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ja w takiej sytuacji postąpiłbym inaczej, bardziej etycznie. Bo czy było tu etyczne rozwiązanie sprawy? – zastanawia się ekspert.

– Jastrzębie uwierzyło w niego, postawiło na jego projekt, a on zdecydował się na skorzystanie z – można by powiedzieć – życiowej szansy. Bo pamiętajmy, że takie kluby jak Lube nie często szukają trenerów, jeszcze rzadziej w trakcie sezonu. To tak jakby dzisiaj zadzwonił do Adama Nawałki prezes Realu Madryt i powiedział: chcemy Ciebie, jesteś numerem jeden, ale masz 48h na decyzję, bo czeka na to miejsce armia innych, zdecydowanych, by pojawić się u nas już jutro na 9 rano – porównuje Kaczmarczyk.

Bez wątpienia ważnym elementem całej układanki jest fakt, że były selekcjoner reprezentacji Polski ma okazję wrócić do ojczyzny. –  Pokuszę się tu o kolejne porównanie. Mam nadzieję, że Mariusz mi wybaczy. Kiedyś Sordyl stracił pozycję na polskim rynku i aby kontynuować swoją karierę ruszył w świat. Rumunia, Katar, a teraz Turcja. Musi robić wszystko, by pozostać w zawodzie, często pokonując kolejne, niezbyt przyjemne bariery, jak historia z finansami jego poprzedniego klubu lub to, że musi pracować z dala od domu i rodziny, bo przecież trenerzy to też ludzie. Tęsknią za najbliższymi. I wyobraźmy sobie, że dwa miesiące po podpisaniu kontraktu w Fenerbahce zadzwoniłby do niego prezes, nie wiem, Skry Bełchatów. Jestem przekonany, że Sordyl zrobiłby wszystko, by z tej szansy skorzystać. O powrót do naszego kraju jest bardzo trudno, walczymy z zagranicznymi trenerami o każdą pozycję, a takie oferty jak z Bełchatowa pojawiają się tylko raz. W dokładnie takiej sytuacji był De Giorgi – zaznacza były współpracownik popularnego Fefe.

Dziwnie wyglądało też przejście Roberto Santillego do Jastrzębskiego Węgla. – Wielkim niesmakiem było dla mnie nierówne traktowanie tych samych sytuacji, bazując jedynie na ogólnym stosunku do danej osoby – przyznaje Kaczmarczyk. Santilli zrobił dokładnie to samo, co Fefe, tylko jakby w innej otoczce. Tego zabrakło De Giorgiemu. Powinien chyba najpierw mówić o wielkim smutku, a później o spełnianiu marzeń, tak jak zrobił to Santilli. Według mnie ruch był dokładnie taki sam, a odbiór diametralnie różny – ocenia.

Kontrowersyjne decyzje włoskich trenerów (fot. VolleyCafe.pl)

Nie można jeszcze zapominać o przetasowaniach w Asseco Resovii Rzeszów. Tutaj z posadą pożegnał się trener Andrzej Kowal. Do zmiany doszło również na stanowisku prezesa, gdzie Bartosza Górskiego zastąpił Krzysztof Ignaczak.

Rozczarowania i zachwyty

Swój ranking wielkich rozczarowań Oskar Kaczmarczyk rozpoczyna od ekipy z Rzeszowa – Przyglądając się ogólnej postawie drużyn z pewnością łatwo wskazać palcem drużyny, które rozczarowują. Przez drużynę Resovii przeszedł wręcz tajfun, to co się zdarzyło w Rzeszowie w tej rundzie przejdzie do historii naszej ligi. Nikt się tego nie spodziewał przed sezonem, ale taki jest sport, czasami rzeczy wymykają się z pod kontroli – podkreśla.

Poniżej zakładanego poziomu gra również PGE Skra Bełchatów. – Sześć porażek w pierwszej rundzie to wynik bardzo słaby, z pewnością poniżej ich oczekiwań, bo to w końcu mistrz Polski. W przypadku obu drużyn jestem jednak pewien, że druga runda będzie już w ich wykonaniu dużo lepsza, obie mają w swoim DNA charakter mistrza, potrafią wychodzić z dużych opresji – dodaje Kaczmarczyk.

– Poniżej oczekiwań gra też zespół z Gdańska, ale przyglądając się problemom, jakie przechodził ten zespół, dość dużej rotacji w składzie po poprzednim sezonie, z pewnością nie można mówić o zawodzie, ale o grze poniżej swojego poziomu – podsumowuje.

Pozytywnym zaskoczeniem zdaniem szkoleniowca i eksperta telewizyjnego jest z kolei Onico Warszawa. – Transfery przedsezonowe nie wskazywały aż tak dobrego rezultatu, bardzo dobrze się poukładali, a teraz, kiedy dodatkowo się wzmocnili, będą walczyć o medale – prognozuje Kaczmarczyk. – Przyznam szczerze, że godna podziwu jest postawa drużyny z Bydgoszczy. Trener Bednaruk zdecydował się na bardzo ryzykowny, aczkolwiek ciekawy sposób kreowania ekipy, zbudował zespół silny fizycznie, uzupełniony dwoma doświadczonymi zawodnikami z zagranicy i ich dotychczasowa postawa jest z pewnością bardzo pozytywna – puentuje.

Oskar Kaczmarczyk dorzuca również garść nazwisk siatkarzy, którzy już w pierwszych spotkaniach imponowali umiejętnościami i świadczyli o sile swojego zespołu. – Dla mnie numerem jeden, dwa i trzy jest postawa Piotra Łukasika. Trudno mi sobie przypomnieć zawodnika, który gdzieś krążył w swojej karierze na granicy Plus i pierwszej ligi i nagle wszedł do składu zespołu który znajduje się w czubie tabeli i jest jej filarem. To imponujące. Jeśli to pójdzie w tym kierunku to zaryzykuje stwierdzenie, że nasza kadra może mieć jeszcze jednego bardzo ciekawego zawodnika na pozycji przyjmującego – ocenia Kaczmarek.

Kilku zawodników, zwłaszcza tych reprezentacyjnych, spisuje się z kolei poniżej oczekiwań. – Wielu kadrowiczów gra poniżej swojego poziomu. Powoli już wracają, ale z pewnością słaba postawa Resovii czy Skry to też pokłosie ich słabej dyspozycji. Uważam też że Maksim Zhigalov jeszcze nie pokazał wszystkiego co potrafi. Było też kilka nietrafionych transferów jak choćby mocno krytykowany Kawika Shoji w Rzeszowie, ale jednak wolę myśleć o świetnych występach Łukasika, Walińskiego w Zawierciu czy Lipińskiego w Bydgoszczy – kwituje.

Prognozy

Za chwilę zaczniemy rundę rewanżową. Po wszystkich zmianach, jakie nastąpiły, może być jeszcze ciekawiej niż dotychczas. – Resovia i Skra zaczną wracać na właściwe tory i piąć się w tabeli. Nie wiem tylko, czy rzeszowska drużyna zdąży wejść do szóstki, bo stracili tak dużo punktów, że przy wyrównanej lidze może już nie starczyć na to czasu. Zadaje sobie pytanie, jak zareaguje Jastrzębski Węgiel po tych wszystkich zawirowaniach na ławce trenerskiej. Jeśli ich to nie rozłoży od środka to powinni walczyć o medale. Powoli zacznie się kreować nam czołówka tabeli, w której oprócz nich, Skry i ZAKSY powinni znaleźć się Onico i drużyna z Zawiercia – prognozuje Kaczmarczyk.

Liga nie zwalnia, przyspieszają z kolei rozgrywki Ligi Mistrzów. Kluczowym tematem będzie więc teraz przygotowanie fizyczne zespołów. – Zdrowie i ewentualne kontuzje to nadciągający temat. Kto wytrzyma tempo będzie miał więcej szans na lepszą pozycję w tabeli. Jeśli chodzi o jej dół, będzie tam dość spokojnie, bo z powodu Stoczni nikt nie spada i powoli te zespoły będą się „wygaszać”, sprawiając coraz mniej problemów tym mocniejszym drużynom – kończy Oskar Kaczmarczyk.