Zbigniew Bartman: Mój dom jest w Warszawie

W jaki sposób Zbigniew Bartman przetrwał zimę na Syberii? Jaki miał widok z okna, gdy mieszkał w Ankarze? O tym i o innych siatkarskich podróżach opowiada atakujący Casy Modena.

- Do momentu, kiedy temperatura nie spadała poniżej 25 lub 30 stopni, żyło się całkiem przyzwoicie - wspomina grę w Rosji Bartman (fot. materiały prasowe marki Okocim)
– Do momentu, kiedy temperatura nie spadała poniżej 25 lub 30 stopni, żyło się całkiem przyzwoicie – wspomina grę w Rosji Bartman (fot. materiały prasowe marki Okocim)

Nela Sanecka: Znowu się przeprowadziłeś. Tym razem z Rzeszowa do Modeny. Częste zmiany mieszkania są męczące czy przyjemne?

Zbigniew Bartman: – Najgorszym momentem jest pakowanie. To czasochłonne, człowiek długo się zastanawia, co mu jest niezbędne i co koniecznie musi zabrać ze sobą. Kolejny trudny moment to przyjazd na miejsce i rozpakowywanie. Nigdy nie jest tak, że nowe mieszkanie jest idealnie czyste. Poza tym każdy ma swoją wizję idealnego miejsca zamieszkania. Trochę czasu trzeba poświęcić na mycie podłóg, wycieranie kurzu, czyli takie typowo domowe zajęcia. Jak już się z tym uporam, to zaczynam poznawać nowe miejsca oraz ludzi. Czasem zderzam się z nową kulturą, choć w przypadku przenosin do Modeny tak nie jest (Zbigniew Bartman grał w Marmi Lanza Werona i Prisma Volley Taranto – przyp. red.).

Zmieniasz drużynę praktycznie co sezon. To twoje życzenie czy propozycje klubów?

– Wychodzę z założenia, że roczny kontrakt jest najlepszy. Później, jeżeli obie strony wyrażają chęci, to umowę można przedłużyć. Dalekiej przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie wiemy, co się wydarzy w najbliższym sezonie, a trudno gdybać, co będzie za rok, dwa czy trzy lata. To jest tak, jak w powiedzeniu „na dwoje babka wróżyła”. Bywa, że zawodnik gra bardzo słaby sezon, ale ma dwuletni kontrakt i jest z tego powodu nieszczęśliwy – musi zostać i pracować dalej w tym samym klubie. Z drugiej strony można podpisać średnią umowę, ale grać rewelacyjnie i mieć potem dużo lepszych ofert. Ja zawsze byłem zwolennikiem podpisywania rocznych kontraktów.

Bartman w barwach Resovii (fot. CEV)
Bartman w barwach Resovii (fot. CEV)

Czy częsta zmiana klubów to dobre doświadczenie dla siatkarza?

– Zawsze uważałem, że im więcej nowych sytuacji mnie spotka, im więcej nowych trenerów, którzy mają różne podejście do siatkówki poznam, tym bogatsza będzie moja wiedza. Będę bardziej doświadczony, a to zaprocentuje w przyszłości. Jest coraz mniej sytuacji, które mogą mnie zaskoczyć.

Grając tak często za granicą, nie boisz się, że zostaniesz zapomniany w kraju?

– Raczej nie. Mam nadzieję na występy w reprezentacji, a to okazja, by przypomnieć się polskim kibicom. Sportowo jeszcze nie umarłem w żadnym wypadku! Moje sportowe życie będzie jeszcze długie i owocne. O to się nie martwię.

Skoro jesteś tak często poza Polską, to nie myślałeś, żeby komunikować się z kibicami za pomocą Facebooka i Twittera, jak to robią inni siatkarze?

– Myślę, że jest to pewnego rodzaju rozwiązanie, nad którym będę musiał się zastanowić. Kiedyś miałem okazję kontaktować się z kibicami przez bloga pisanego przy PZPS-ie. Mam też swoją stronę internetową, którą co prawda rzadko aktualizuję, ale zamierzam to zmienić. Strona ma nowy layout, czyli zmienia się na lepsze.

Jak wyglądają podróże służbowe siatkarzy? Macie czas cokolwiek zwiedzić?

– W dużej mierze jest dokładnie tak: przylatujemy na lotnisko, stamtąd jedziemy prosto do hotelu, z hotelu od razu na trening. Czasu wolnego jest mało. Zazwyczaj są to dwie godziny – między porannym a wieczornym treningiem lub między obiadem a popołudniowym treningiem. Na początku chciałem gdzieś wyjść i zobaczyć coś w nowym kraju, ale im staję się starszy, tym jestem coraz bardziej leniwy – najzwyczajniej w świecie mi się nie chcę. Wolę zostać w pokoju hotelowym, uciąć sobie drzemkę, odpocząć i przygotować się do następnego treningu, a później meczu.

Zdarzają się takie sytuacje, że mamy dzień wolnego po spotkaniu. Wtedy zazwyczaj organizujemy sobie wycieczki i zwiedzamy, choć z tym też różnie bywa. Czasem jest duża frekwencja, a nieraz bardzo mała.

Utkwiło ci w pamięci jakieś nadzwyczaj ciekawe miejsce?

– Z wyjazdów reprezentacyjnych zawsze miło wspominam Japonię. To jest zupełnie inna kultura i inny świat. Natłok elektroniki, który aż bije w oczy na ulicach z każdej strony, na Europejczyku robi duże wrażenie.

Czyli jesteś maniakiem nowych technologii?

– Trochę tak, trochę nie. Oczywiście, jak każdy, lubię mieć przydatne rzeczy, które dobrze wyglądają i mają dużo fajnych funkcji. Na pewno nie jestem osobą, która jak tylko coś nowego się pojawi, to od razu musi to kupić i ma dwadzieścia telefonów, trzydzieści konsol do gier. Wymieniam swój stary sprzęt na nowszy, ale w momencie, kiedy on przestaje funkcjonować. W tym zakresie jestem praktyczny.

Bartman jako reprezentant Polski (fot. Roca Santos)
Bartman jako reprezentant Polski (fot. Roca Santos)

Z tych wyjazdów przywozisz pamiątki?

– Ogromną pamiątką są wspomnienia, ale typowych pamiątek, takich namacalnych, nie przywożę. Zdarza się, że kupuję koszulkę. Oprócz wspomnień, mam także zdjęcia, mimo że fanem fotografii nie jestem. Lubię mieć ładne fotki, ale – nie zabrzmi to dobrze – jestem leniwy i pod tym względem. Po prostu nie chce mi się wyjmować aparatu co trzy minuty i pstrykać zdjęć. Zawsze w drużynie jest ktoś, kto robi ich mnóstwo i chodzi wszędzie z wielką tubą. Ja potem odwiedzam kolegów z pendrivem i zbieram materiały dowodowe (śmiech).

W Turcji w Halkbanku Ankara grałeś w sezonie 2007/2008. To nie był jeszcze popularny kierunek dla siatkarzy.

– To zaczynał być rynek siatkarski, który bardzo dynamicznie się rozwijał. Jechałem tam z jednej strony z zaciekawieniem, a z drugiej z niepokojem. Mimo wszystko przeważał entuzjazm i wielka chęć do gry. Pamiętam, że przede mną występował w tym klubie Łukasz Żygadło. Jego relacje pomogły mi w podjęciu decyzji o przenosinach do Ankary.

Super wspominam okres tam spędzony! Odpowiadał mi tamtejszy klimat. Pamiętam, że miałem bardzo fajne mieszkanie na ostatnim, trzecim piętrze. Ankara jest położona bardzo wysoko, bo prawie tysiąc metrów n.p.m., czyli wyżej niż Zakopane. Znajduje się na pagórkach, więc jeśli posiada się mieszkanie na jednej z tych górek, najlepiej na ostatnim piętrze, to widok jest fenomenalny! Ja widziałem praktycznie całą Ankarę. Dodatkowo miałem około 50-metrowy taras i jeszcze z końcem października opalałem się tam w dni wolne.

Zresztą spotkałem w Gdańsku podczas fazy grupowej mistrzostw Europy dwóch byłych klubowych kolegów: rozgrywającego Kiyaka i libero Hasana. Mieliśmy okazję powspominać czas spędzony razem w Ankarze.

Przeżyłeś tam szok kulturowy?

– Szok to za mocne słowo, bo uważam, że Turcja jest jednym z najbardziej liberalnych krajów muzułmańskich. Chociaż różne drastyczne sytuacje też mają tam miejsce, takie jak ostatnie protesty przeciwko rządowi tureckiemu w Stambule i Ankarze. Nie jest tak, że człowiek wychodzi na ulice i widzi same czarne sutanny i nie wiadomo, kto za nimi się kryje. Kobiety są coraz bardziej europejskie, a mężczyźni otwarci na kontakty z innymi narodowościami.

Lekki szok przeżyłem, kiedy pojechaliśmy na mecz do miejscowości Malatya. To miasto, która znajduje się bardzo blisko granicy z Syrią. Tam czuło się już Bliski Wschód.

Polecasz Turcję na wczasy?

– Miałem okazję być w Turcji na wakacjach. Sądzę, że to, co widzą turyści, przyjeżdżając do kurortu nad wybrzeżem, ma niewiele wspólnego z tym, jak wygląda Turcja na co dzień. W tym kraju jest mnóstwo knajp i ludzie nagabują turystów, aby w tych restauracjach zjeść posiłek. Wielu z nich mówi po polsku. To jest zupełnie co innego niż podróż na własną rękę na przykład do Stambułu. Nie jedzie się wówczas z biurem podróży, a z przewodnikiem w ręce i zagląda się w te miejsca, w które turyści raczej nie zachodzą. Wtedy to na pewno jest zupełnie inny świat.

Podczas gry we Włoszech nauczyłeś się przyrządzać włoskie potrawy?

– Gotuję i nie mam z tym najmniejszych problemów. Myślę, że nie będę oryginalny jak powiem, że lubię kuchnię włoską. Chyba jeszcze nie spotkałem osoby, która jej nie lubi. Nawet jeżeli ktoś nie lubi, a kupuje fast foody i je pizzę to tak, jakby lubił włoską kuchnię. Wiadomo, że wśród potraw królują makarony. Tak zwane primo piatto, czyli pierwsze danie: u nas jest to zupa, a u nich makaron albo risotto.

Bartman we Włoszech (fot. Roca Santos)
Bartman we Włoszech (fot. Roca Santos)

A co z kawą?

– Nie powiem, że nigdy nie spróbowałem espresso, bo bym skłamał. Kawa jest dla mnie zdecydowanie za mocna. Generalnie jej smak, nie jest tym, za którym przepadam.

Jakie masz wspomnienia związane z pobytem w Rosji?

– Inaczej można poznać Rosję, będąc jej częścią, a inaczej, gdy przyjedzie się tam na krótki wyjazd służbowy czy wakacyjny. Z jednej strony Rosja może fascynować. Wszystko, co rosyjskie musi być potężne, a więc ogrom i przepych widoczne są na każdym kroku. Moskwa robi wrażenie. To zderzenie dwóch światów: pieniędzy i biedy, choć na pierwszy rzut oka aż tak bardzo tego nie widać. Chyba, że skręci się w złą uliczkę. Z drugiej strony Rosja ma niesamowity potencjał. Niestety, jest też smutna. Powód to położenie geograficzne i zimno.

Ja byłem za Uralem, na środku Syberii w mieście Surgut. Doświadczyłem srogich, rosyjskich zim. Najniższa temperatura, jaką zanotowano podczas mojego pobytu, to -47 stopni.Gdy temperatura spadała poniżej 30 stopni, to bez nakrycia twarzy, które chroni przed wdychaniem mroźnego powietrza bezpośrednio do płuc, było trudno. Od razu zaczynałem kaszleć. Odczuwalność tej temperatury jest inna niż w na przykład w Polsce, ponieważ inna jest też wilgotność powietrza. Tamtejszy klimat jest bardziej suchy. Zabrzmi to paradoksalnie, ale do momentu, kiedy temperatura nie spadała poniżej 25 lub 30 stopni, żyło się całkiem przyzwoicie.

Czy to prawda, że rosyjscy zawodnicy piją wódkę przed meczami?

– Nigdy nikogo za rękę nie złapałem. Nie doświadczyłem też sytuacji, że któryś z moich kolegów klubowych był pijany na boisku. Zdarzały się zapewne sytuacje, że po meczu niektórzy lubili sobie wypić kieliszek, ale nie byłem tego świadkiem to są tylko moje domysły.

Czy po tych wszystkich wojażach po świecie czujesz się jeszcze warszawiakiem?

– Jak najbardziej, cały czas! Nie jestem bezdomny na całe szczęście. Mój dom jest w Warszawie. Wracam do niego zawsze z wielką chęcią i entuzjazmem. Kiedy mam choć chwilę wolnego i możliwości, żeby się tam pojawić, to zawsze to robię. Jak jadę do Warszawy, to odżywam. Od razu czuję, że mam lepszy nastrój. Z kolei jak wyjeżdżam, to jestem smutny, że czas tutaj tak szybko mi mija.

Zauważyłeś, że w stolicy mieszka coraz mniej rodowitych warszawiaków?

– Tak, ale to efekt globalizacji i rozwoju nie tylko państwa, ale całego świata. Warszawa rozwija się i ma coraz większy potencjał. Nie dziwię się, że ludzie przybywają tu za swoimi marzeniami. To jest naturalny proces, który można było zaobserwować wcześniej w innych krajach, a teraz u nas.

Czasem nie ma mnie w domu parę miesięcy. Przejeżdżając przez Warszawę, myślę sobie: „Kurczę, to tutaj było?!” Ciągle widzę coś nowego. Łatwiej jest mi to zauważyć, bo jestem tak rzadko w domu. No i też dlatego, że dobrze znam stolicę.

Gdzie chciałbyś osiąść na stałe po zakończeniu kariery?

– To jest pytanie retoryczne i odpowiedź jest tylko jedna: Warszawa! Swoją przyszłość pozasportową wiążę z tym miastem i nawet czynię starania, żeby tak właśnie się stało. Choć nigdy nie można niczego wykluczyć. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego, co będzie się działo za tydzień, a co dopiero za kilka lat.

Oczywiście są miasta, którymi jestem zafascynowany. Weronę wspominam w superlatywach. Jak jestem we Włoszech i nawet jeśli nie mam po drodze, to i tak tam pojadę, żeby zjeść pizzę w swojej ulubionej restauracji, przejść się po Piazza Bra i Piazza delle Erbe czy podejść pod balkon Julii. Te miejsca wzbudzają we mnie ogromny sentyment, uwielbiam do nich wracać.