Patryk Strzeżek: Obecnie polscy siatkarze są pożądani w całej Europie

Atakujący Jastrzębskiego Węgla Patryk Strzeżek opowiada o swojej przygodzie z ligą belgijską, życiu siatkarza za granicą oraz problemach, z którymi mierzą się młodzi zawodnicy na początku swojej kariery.

Czarna i mocna kawa króluje u Patryka Strzeżka (fot. Dorota Kubieniec)
Czarna i mocna kawa króluje u Patryka Strzeżka (fot. Dorota Kubieniec)

Dorota Kubieniec: Nie wszyscy wiedzą, że swoją seniorską karierę rozpoczynałeś w Asseco Resovii Rzeszów. Jak wyglądały Twoje początki w PlusLidze?

Patryk Strzeżek: – Gra w rzeszowskim klubie była dla mnie pierwszym rokiem w seniorskiej siatkówce po zdobyciu mistrzostwa Polski i całkiem niezłej grze w latach juniorskich. Asseco Resovia budowała wtedy bardzo dobrą drużynę po wielu latach bez medali. Na ławkę trenerską zatrudniono wówczas Ljubo Travicę, do klubu zawitało kilku poważanych siatkarzy. Ja wybrałem wówczas Resovię ze względu na świetnego szkoleniowca, od którego mogłem się wiele nauczyć. Dogadaliśmy się tak, że treningi miałem odbywać z pierwszym zespołem, zaś mecze rozgrywałem z drużyną, która grała w II lidze. Niefortunnie się złożyło, że w tamtym czasie nie miałem ofert z zespołów walczących o niższe miejsca w tabeli, a pojawiły się z takich miejsc jak Rzeszów czy Jastrzębie. W sezonie 2008/2009 Resovia finał grała z PGE Skrą Bełchatów. Siły były podobne do tego, co obecnie prezentuje nam PlusLiga. Jastrzębski Węgiel, ZAKSA, Skra, wówczas jeszcze LOTOS Trefl nie miał silnego zespołu. Dużo w czołówce się nie zmieniło na przestrzeni kilku lat.

Wspomniałeś o Ljubo Travicy, który w Polsce musiał się mierzyć z różnymi, często negatywnymi, opiniami. Jak z perspektywy młodego siatkarza układała się współpraca z tym trenerem?

– Wówczas byłem naprawdę młodym graczem, który dopiero wkraczał do seniorskiej siatkówki, więc robiłem to, czego trener wymagał. Słuchałem wszystkiego, co mówi i próbowałem chłonąć to, czego chciał mnie nauczyć. To był trener z najwyższej półki, współpracował z wybitnymi zawodnikami w świetnych klubach, więc ja mogę się wypowiadać w samych superlatywach na temat Ljubo. Jeśli zaś chodzi o negatywne głosy, to absolutnie mnie to nie dotyczyło.

Ze świetnej drużyny przeszedłeś do I ligi. Dlaczego w tym momencie tak to się potoczyło?

– To zupełnie nie było tak, że ja chciałem grać w I lidze i od razu spakowałem walizki. Wówczas byłem zmuszony do tego, by występować na zapleczu. Po sezonie w Rzeszowie włodarze tego klubu zaproponowali, bym został wypożyczony, co było jedyną drogą rozwoju dla mnie. Ja oczywiście się z taką opinią zgadzałem, rozpocząłem rozmowy z menadżerem. Było wówczas zainteresowanie mną wśród klubów z PlusLigi, jednak zaproponowano mi grę w Serie A2 we Włoszech i nie ukrywałem, że chciałem tam występować. Zawsze chciałem spróbować swoich sił w innych ligach, a sama propozycja bardzo mi się spodobała i wszystko wskazywało na to, że zagram w Italii. Ale do dziś nie znam dokładnie przyczyn, dlaczego z tego rozwiązania zrezygnowano. Mniej więcej dwa tygodnie przed rozpoczęciem sezonu, gdzie zespoły PlusLigi i nawet I ligi mają zamknięte składy, dowiedziałem się, że do Włoch nie polecę. Tłumaczeń ze strony włodarzy klubu nie było zbyt wiele. Ostatecznie musiałem iść do I ligi. Z perspektywy czasu uważam, że nie było to najlepsze rozwiązanie. Spędziłem tam jednak trzy lata, choć nie zapominam o doświadczeniu, które przez ten okres zebrałem, bowiem rozegrałem wówczas mnóstwo meczów. Nie wiem jednak, jak wszystko by się potoczyło, gdybym ostatecznie wylądował w Serie A2.

Skąd po trzech sezonach na zapleczu PlusLigi wziął się pomysł na transfer do Belgii?

– Stwierdziłem, że najwyższy czas coś zmienić. Wtedy nie miałem żadnego menadżera, więc na własną rękę zacząłem szukać klubu. Oczywiście chciałem wrócić do PlusLigi, ale nie było to łatwe zadanie, rzadko bowiem kluby z wyższej półki patrzą na zawodników niższych lig. Rozesłałem sporo e-maili do różnych klubów w Europie, jedna z agencji zgłosiła się do mnie i powiedziała, że mają dla mnie ofertę z Belgii. Poleciałem tam na jeden trening, spodobałem się menadżerom w tym klubie i zostałem. Wszystko potoczyło się dość szybko, bo w tym kraju kontrakty podpisuje się znacznie wcześniej, więc już w maju byłem pewny, że tam zagram. Potraktowałem to jako nową przygodę, choć było w tym też trochę ryzyka. Szedłem do średniej europejskiej ligi i przeciętnego zespołu, więc jeśli nie zagrasz dobrze, to możesz w przyszłości nie znaleźć dobrego zespołu. Spędziłem w klubie z Waremme półtora sezonu. Trochę podróżowałem, pojeździłem po kilku fajnych miejscach w samej Belgii, Francji, więc wspomnienia z tego czasu będą jak najbardziej pozytywne.

Obecnie liga belgijska przeżywa natłok polskich siatkarzy, choć jednak jeszcze dwa, trzy sezony temu to nie był popularny kierunek wśród naszych zawodników, a Twój transfer raczej przeszedł bez echa.

– Gdy ja występowałem w tamtejszej lidze, to w trakcie sezonu do jednej z belgijskich drużyn dołączył także Maciej Kusaj i byliśmy dwoma Polakami w Belgii. Teraz bardzo dużo naszych zawodników wyjechało właśnie tam, grają w dobrych drużynach. Antwerpia, Asse-Lennik, Roeselare to zorganizowane kluby, gdzie prezentuje się wysoki poziom. Mają sponsorów, niezłe hale i zaplecze. Myślę, że to jest niezła droga dla siatkarzy, którzy w PlusLidze nie mogą znaleźć sobie miejsca. Tam występują regularnie, zdobywają doświadczenie, a potem mogą wrócić do Polski i tutaj kontynuować karierę.

Teraz mamy możliwości śledzenia poczynań naszych zawodników na całym świecie, ale gdy grałeś za granicą niewielu mogło oceniać Twoją grę. Miałeś wrażenie, że o Tobie zapomniano?

– Szczerze mówiąc, ja o tym w ogóle nie myślałem. Gdy grałem w Belgii, bardzo dobrze się czułem sportowo i życiowo. Zresztą w pewnym momencie stwierdziłem, że mógłbym występować także w ligach innych krajów i niekoniecznie muszę wracać do Polski. Po pierwszym sezonie, całkiem niezłym według mnie, miałem sporo ofert z zagranicznych klubów. Moja decyzja wówczas nie była może najlepsza, bo zostałem w tym samym klubie, gdzie obiecano mocniejszą drużynę, choć ostatecznie taka nie była. Była też szansa, by zagrać w Noliko Maaseik, a to już uznana marka i znany klub, ale do tego transferu nie doszło, bo doznałem kontuzji ścięgna Achillesa.

Co takiego ma liga belgijska, że stała się tak popularnym kierunkiem?

– Myślę, że w tym momencie to nie liga belgijska przyciąga nas, a polscy siatkarze są pożądani w całej Europie. Mamy jedną z najlepszych reprezentacji na świecie, a ci zawodnicy, którzy do kadry się nie łapią, są równie utalentowani i grać także potrafią. Na pewno są lepsi od belgijskich i innych zagranicznych siatkarzy, więc włodarze tamtych klubów uznali, że takich graczy dobrze jest mieć u siebie, bo dużo wniosą.

Patryk Strzeżek w barwach Jastrzębskiego Węgla (fot. jastrzebskiwegiel.pl)
Patryk Strzeżek w barwach Jastrzębskiego Węgla (fot. jastrzebskiwegiel.pl)

Jak długo należy grać za granicą? Czy podążać wzorem Bartka Kurka, który po nieudanym sezonie w Rosji przeszedł do Włoch, czy pozostać, próbować się przełamać i udowadniać swoją wartość?

– Jak się zagra słaby sezon, to istnieje prawdopodobieństwo, że klub po prostu nie będzie cię chciał w kolejnym roku. Jeśli jesteś przeciętnym zawodnikiem, to twoja zła forma może być potraktowana po prostu jako maksimum możliwości. Inaczej wygląda sprawa z zawodnikami, którzy mają już wyrobioną markę na siatkarskim podwórku, bo trenerzy wówczas wiedzą, że tego siatkarza stać na wiele, a nieudany sezon może po prostu się zdarzyć.

W Twojej karierze była Resovia, I liga, potem Belgia i powrót do PlusLigi. Nie miałeś w pewnym momencie wrażenia, że obniżasz loty?

– Pierwsza liga na pewno była krokiem w tył, ale niezmarnowanym, bo dała mi trzy lata doświadczenia. Nie był to też łatwy okres z powodu kłopotów finansowych tych klubów. Zamiast skupić się na treningach, musieliśmy myśleć, za co kupimy obiad i kiedy właścicielom mieszkań skończy się cierpliwość. Nie tak powinno to wyglądać, a siatkówka to nasza pasja, ale także praca. Niektórzy ludzie związani z klubem sprawiali wrażenie, jakby nic wielkiego się nie działo. Tak jednak potoczyło się życie, to już przeszłość, której nie zmienię, więc nie ma potrzeby do tego wracać. Według mnie Belgia to krok naprzód, zagrałem we wszystkich meczach, byłem podstawowym zawodnikiem tej drużyny. Powrót do Polski znowu traktowałem jako krok do przodu. Co prawda wyszło to niespodziewanie, bo byłem po kontuzji. Jednak Kuba Bednaruk mi zaufał, za co jestem mu bardzo wdzięczny. O Politechnice zawsze będę miał pozytywne zdanie, bo choć spędziłem tam tylko sezon, to czuliśmy się świetnie ze sobą i tworzyliśmy fantastyczną atmosferę.

Czy gracz, który opuszcza Polskę i nie jest reprezentantem kraju, nie boi się, że w kolejnych sezonach nie będzie miał ofert z ciekawych klubów? Gdy przyszedłeś do Politechniki Warszawskiej wielu ludzi zastanawiało się, gdzie Cię wypatrzono.

– Idąc do słabszej ligi, zawsze jest ryzyko, że się przepadnie, bo nikt nie interesuje się takimi rozgrywkami. Na pewno było to zaskoczenie, że znalazłem się w Politechnice. Wcześniej byłem w Warszawie, bo miałem zabieg, więc rozmowy z klubem trwały dość długo, choć oferta wpłynęła w ostatniej chwili, a miałem trafić do innej drużyny. Warszawa jest moim miastem, więc nie zastanawiałem się zbyt długo. Zawsze wracam do stolicy z wielkim uśmiechem.

Towarem eksportowym belgijskiej siatkówki jest obecnie Knack Roeselare. Czy zawsze byli wyróżniającym się zespołem nie tylko sportowo, ale także marketingowo?

– Nie znam osobiście żadnego z chłopaków w Roeselare, ale poznałem wielu belgijskich siatkarzy, więc różne ciekawostki z klubów do mnie docierały. Knack zostało zbudowane z najbardziej zdolnych, młodych Belgów. Dużo wnosi tam na pewno trener, który znany jest w Belgii z kreowania ciekawych ekip. Ich akcje, które udostępniają w Internecie, również pokazują, że są zgrani nie tylko na boisku, ale i poza nim. Te klipy są realizowane częściowo dla sponsorów. Odprawiają zabawy z wózkiem po sklepie, który ich wspiera finansowo. Naprawdę dobrze działa w tym klubie marketing, więc za takie akcje promujące klub i siatkówkę na pewno należy im się duży plus.

A jak jest z kwestią kreowania wizerunku siatkarzy? Czy pion marketingu instruuje was w kwestiach kont w mediach społecznościowych, kto organizuje różne akcje mające zbliżyć siatkarzy i kibiców?

– Oczywiście nie mogę się wypowiadać za wszystkie kluby, ale raczej sami sobie prowadzimy konta na Instagramie czy Twitterze. Natomiast inicjatywy i wyjścia z kibicami organizują kluby. Zawsze to jest dla nas jakaś rozrywka, spędzamy czas ze sobą i z kibicami w trochę inny sposób. Wiadomo, że każdy z nas ma indywidualne podejście do takich inicjatyw. Jeden lubi w życiu prywatnym siedzieć w domu, inny woli wyjść i spędzić czas w trochę bardziej rozrywkowy sposób. Niemniej jednak raczej nie mamy problemu z tym, że klub chce wyjść naprzeciw kibiców i organizuje spotkania nie tylko w hali sportowej.

Będąc przy temacie mediów społecznościowych, nie mogę pominąć kwestii o #VCiachoTygodnia, którym niedawno zostałeś w naszej Twitterowej zabawie.

– O całej inicjatywie powiedzieli mi koledzy. Mamy grupę, gdzie podrzucamy śmieszne rzeczy. Zawsze jest wesoło, gdy znajdzie się coś ciekawego albo ktoś zaliczy spektakularną wpadkę. Ja to potraktowałem jako fajny żart.

Jak Kuba Bednaruk oświadczył, że możesz się umówić z jego córką, to chyba też wylądowałeś na grupie.

– Kuba jest znany z tego, że lubi sobie żartować. Ja też nie należę do osób ponurych, lubię się pośmiać, zresztą sam do siebie mam dystans. Takie rzeczy wprowadzają zawsze trochę rozluźnienia w szeregach, więc są jak najbardziej pozytywne.

Byłeś reprezentantem kadr młodzieżowych, nie masz odrobiny żalu, że potencjał młodego i aspirującego siatkarza został zmarnowany i nie występujesz w kadrze seniorów?

– Na pewno za czasów juniorskich ma się wielkie marzenia i mierzy się wysoko i daleko. Teraz patrzy się na to zdecydowanie bardziej realnie. Gdy się jest młodym siatkarzem, trzeba mieć doradców wokół siebie, choć oczywiście nie mogę zrzucać winy na wszystko wokół. Oczywiście, jakiś niedosyt zostaje, aczkolwiek bardzo się cieszę, że gram dalej w siatkówkę, bo wielu moich kolegów, którzy mieli reprezentacyjne aspiracje już zakończyło grę. Cieszę się z tego, co mam. Siatkówka to fantastyczna przygoda i myślę, że wiele osób zazdrości nam tego, że możemy ten sport uprawiać.

Patrząc z perspektywy czasu, gdybyś mógł, pokierowałbyś inaczej swoją ścieżką kariery?

– Nie wszystkie kroki, które podjąłem wynikały tylko i wyłącznie z moich decyzji. Teraz wiem, że tu, gdzie jestem, jest fajnie. A czy bym zmienił? Z perspektywy czasu pewnie tak. Mając więcej doświadczenia, wiem, że można się było kogoś poradzić, zapytać, znaleźć ludzi, którzy pomogliby w podjęciu najkorzystniejszej decyzji. Jednak chyba każdy z nas ma dylematy, nie każdy zawodnik zostanie też mistrzem świata i wywalczy mistrzostwo Polski. Taki jest sport, wszyscy mają ambicje, lubią wygrywać, jednak nie każdy jest wybitną jednostką i może znaleźć się na szczycie.