Perugia niepokonana, reszta zostaje z niczym

Tak musiał skończyć się ten sezon – Perugia zgarnia całą pulę. Po latach posuchy, w drużynie z Umbrii pojawiło się wreszcie „to coś” i zaczęli wygrywać. A jak wygrywać, to z przytupem.

Sir Safety Perugia mistrzem Włoch (fot. informacja prasowa)

Najpierw był superpuchar. Różnicę zrobili wtedy wypoczęci Aleksandar Atanasijević, który większość mstrzostw Europy oglądał z kwadratu dla rezerwowych oraz Aaron Russell,  nagrodzony zresztą statuetką MVP. Ale nic nie zapowiadało tego, co miało nadejść. W końcu początek sezonu często bywa dziwny, zanim drużyny odnajdą swój rytm.

Sir Safety Perugia odnalazła go bardzo szybko. Podopieczni Lorenzo Bernardiego rundę zasadniczą rozpoczęli od imponującej serii ośmiu zwycięstw z rzędu. Potknęli się dopiero na swoim finałowym rywalu – Cucine Lube Civitanova. Oprócz tego przegrali też dwukrotnie z Azimut Modeną, która zawsze była dla nich niewygodnym przeciwnikiem… i to by było na tyle z porażek w fazie zasadniczej. 23 zwycięstwa i tylko 3 porażki, aż 6 punktów przewagi nad drugą w tabeli Civitanovą. Może robić wrażenie.

Na pełnym gazie po pełną pulę

O ile sezon zaczynali bez presji, o tyle w Pucharze Włoch zawodnicy Perugii byli już stawiani w roli faworytów. Mając w pamięci ich problemy w meczach „o coś”, można było przypuszczać, że tej presji nie udźwigną. Nic bardziej mylnego, sięgnęli również po to trofeum, ponownie w finale pokonując Lube.

I tak już na tym etapie sezonu było wiadomo, że role zupełnie się odwróciły. Drużynie z Civitanovy, która przecież broniła tytułu, wyraźnie brakowało „tego czegoś”. Choć Osmany Juantorena dwoił się i troił, sam nie był w stanie ciągle wygrywać. Jego drużyna w decydujących meczach często nie potrafiła postawić swoich warunków. Choć sezon jeszcze się nie skończył i nie wszystko stracone, na dziś Lube chyba można nazwać największym przegranym – zagrali w czterech finałach (superpuchar, Klubowe Mistrzostwa Świata, puchar, finał o scudetto) i wszystkie przegrali. Wobec drużyny, która tak zdominowała włoskie parkiety zaledwie sezon wcześniej, można chyba było mieć większe oczekiwania.

Osmany Juantorena był liderem Cucine Lube Civitanova (fot. legavolley.it)

„To coś” miała za to Perugia. Czy to Massimo Colaci był tym brakującym elementem układanki, dzięki któremu ich gra zaczęła wreszcie wyglądać  na miarę ich potencjału sportowego? Patrząc na ogromne problemy Trento, niewykluczone. Colaci był pewnym i stabilnym punktem w przyjęciu Diatec Trentino od siedmiu sezonów, a Daniele De Pandis nie był w stanie go zastąpić.

Stworzenie drużyny z grupy zupełnie nowych zawodników (w Trento z ubiegłego sezonu pozostali tylko Simone Giannelli, Filippo Lanza i rezerwowy libero Matteo Chiappa) zajęło Angelo Lorenzettiemu wyjątkowo dużo czasu. I chociaż również zakończyli sezon z niczym, odpadając w półfinałach po zaciętej batalii z Perugią, to ostateczny wynik nie jest taki zły, biorąc pod uwagę rewolucję kadrową i to, w jak ogromnym dołku znaleźli się po początkowej serii porażek.

Chwilowa zadyszka przed ostatnią prostą

Perugia musiała rozegrać aż 39 spotkań, by móc cieszyć się z wygrania trofeum (fot. informacja prasowa)

Pierwszym rywalem Perugii w play-offach była Bunge Ravenna. Skazywana z góry na pożarcie, większość nie dawała im zbyt wielkich szans. Jednak już w pierwszym meczu było o krok od sensacji, bo Ravenna na trudnym terenie przeciwnika dwa sety przegrała na przewagi, mając w górze piłki setowe. To, czego nie udało im się dokonać za pierwszym razem, zrobili u siebie – po jeszcze bardziej zaciętym meczu odnieśli zwycięstwo i przedłużyli rywalizację. I chociaż w trzecim, decydującym starciu ćwierćfinałowym nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, to i tak ich wcześniejsza gra jak równy z równym mogła imponować.

Trentino, najsłabsze od wielu lat, wydawało się jeszcze łatwiejszym przeciwnikiem do ogrania. Nic bardziej mylnego. Ekipa z Trydentu grała chyba najlepszą siatkówkę od początku sezonu i postawiła Perugii trudne warunki. W trzech pierwszych spotkaniach decydowały detale, dopiero dwa ostatnie to były jednostronne widowiska – czwarty półfinał do zera wygrało Trento, piąty, również do zera, Perugia, meldując się tym samym w finale.

Finałowe mecze były esencją prawdziwej męskiej siatkówki na najwyższym poziomie. W szczytowej formie był Aleksandar Atanasijević, który jak sam przyznał, półfinały zagrał słabo. Ivan Zaytsev wreszcie nie był dziurą w przyjęciu, Aaron Russell nie pękał w decydujących momentach, finezyjnymi akcjami zachwycał Luciano De Cecco, a na środku mur nie do przejścia stawiali Marko Podrascanin i Simone Anzani, który okazał się rewelacją tego sezonu. I chociaż Lube, z Juantoreną i Sokołowem na czele, robili co mogli, to zdołali wygrać tylko mecze u siebie, pozostawiając PalaEvangelisti niezdobytą.

Tymczasem w Modenie…

Ramię w ramię walczyli również w Modenie… przeciwko trenerowi. W konflikt z Radostinem Stojczewem wszedł Earvin N’Gapeth, ale jak się potem okazało, sytuacja była o wiele bardziej złożona i napięta, niż mogłoby się wydawać. Jeszcze w trakcie play-offów pojawiały się głosy zawodników, że „wszystko opowiedzą” jak tylko skończy się sezon. Po czwartym półfinale z Lube, kiedy dla Modeny rozgrywki się zakończyły, do programu lokalnej telewizji zaproszono Francuza i Bruno Rezende. Pierwszy już wówczas podpisał kontrakt w Zenicie Kazań (mimo obowiązującego jeszcze w Modenie na dwa lata), drugi był niepewny swojej przyszłości.

Oprócz zaproszonej dwójki, w studiu solidarnie zjawiła się niemal cała drużyna. Według ich relacji, bułgarski szkoleniowiec nawet nie próbował znaleźć porozumienia z zawodnikami, nie słuchał, co mają do powiedzenia, miał do nich pretensje, był zamknięty na wszelkie formy dialogu i współpracy.

Aleksandar Atanasijević był jednym z bohaterów rywalizacji finałowej (fot. informacja prasowa)

Mimo ważnego kontraktu N’Gapetha i Bruno z opcją przedłużenia, niedługo po starcie sezonu Stojczew  miał kontaktować się z zawodnikami na ich miejsce. W efekcie Bruno podpisał z Lube umowę przedwstępną, której zerwanie teraz może go sporo kosztować. Po emisji programu efekt był niemal natychmiastowy i już na drugi dzień trener  został zwolniony. O ile zawodnicy odetchnęli z ulgą, tak zarząd może mieć teraz problemy finansowe – Stojczew zapowiedział, że tak sprawy nie zostawi i pójdzie do sądu, a po całym zamieszaniu i spektakularnym rozpadzie „długoletniego, perspektywicznego projektu”, który nie przetrwał nawet jednego sezonu, może być problem ze wzbudzeniem zaufania u sponsorów.

Crem de la crem

Włoskie play-offy wydobyły to, co w siatkówce najlepsze. Każde kolejne starcie było ucztą dla oczu kibiców i przekleństwem dla skołatanych nerwów. A emocji nie brakowało, bo rywalizacja była wyjątkowo długa. Perugia, by sięgnąć po wymarzony tytuł mistrzowski, oprócz 26 meczów w rundzie zasadniczej, musiała zagrać aż 13 spotkań w play-offach! W każdym etapie ich przeciwnicy maksymalnie przedłużali rywalizację, tak wymęczone i wyczekiwane zwycięstwo musi smakować podwójnie.

Na świętowanie nie ma jednak zbyt wiele czasu, bo już w najbliższy weekend w Kazaniu Final Four Ligi Mistrzów. Pytań jest kilka. Czy Osmany i spółka osłodzą sobie gorycz porażki? Czy Perugia niesiona na fali entuzjazmu podniesie w górę czwarte trofeum w tym sezonie?