Sebastian Świderski: Trenerzy śpią na minie

Trener ZAKSY Kędzierzyn-Koźle opowiada o przygotowaniach do roli głównego szkoleniowca, siatkówce we włoskim wydaniu i kędzierzyńskiej golonce!

Sebastian Świderski przy kawie (fot. Renata Respondek)
Sebastian Świderski przy kawie (fot. Renata Respondek)

Renata Respondek: Na początek muszę zadać panu kluczowe dla redakcji pytanie: lubi pan kawę?

Sebastian Świderski: – Nie przepadałem, natomiast we Włoszech nauczono mnie ją pić. Teraz staram się unikać kawy, ale mamy takie czasy, kiedy mało się śpi, a dużo myśli, więc trzeba się jakoś pobudzać.

Zgodzi się pan z moją opinią, że najlepsza kawa na świecie jest właśnie we Włoszech?

– Nie wiem (śmiech). Jak już wspominałem, wcześniej nie piłem kawy, więc trudno mi porównywać. Na pewno włoskie espresso w najzwyklejszych barach jest rewelacyjne – to takie mocno pobudzające diabły. Nie chcę jednak nikogo obrażać i mówić, że np. w Ameryce Południowej kawa jest niedobra. Również w Polsce rozwija się kultura picia małych, szybkich kaw, więc i u nas można trafić na dobrze zrobione espresso.

Rozpoczyna pan pracę jako pierwszy trener ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Jak się pan czuje w nowej roli?

– Zupełnie inaczej. Mam ułatwione zadanie, bo w zeszłym roku samodzielnie prowadziłem okres przygotowawczy. Nie było wówczas Daniela Castellaniego, bo miał on zobowiązania wobec kadry Finlandii. Można powiedzieć, że powtarzam to, co było rok temu. Znam właściwie wszystkich zawodników z wyjątkiem Dicka Kooya. Część z nich to moi koledzy z boiska, z którymi miałem okazję i przyjemność grać, a w zeszłym roku współpracować jako drugi trener. Wszyscy jesteśmy dobrymi znajomymi lub nawet przyjaciółmi. To z jednej strony ułatwia mi zadanie, a z drugiej jednak trochę utrudnia. Dla mnie to, co się dzieje w hali to jedno, a nasze relacje poza treningami to zupełnie coś innego. Póki co zawodnicy są w stanie to rozgraniczać, nie ma więc między nami żadnego konfliktu.

Świderski w roli trenera (fot. Roca Santos)
Świderski w roli trenera (fot. Roca Santos)

Daniel Castellani to dla pana wzór pracy trenerskiej? Czerpie pan od niego inspiracje?

– Trudno naśladować Daniela. To taki trener, który patrzy na siatkówkę z wielu perspektyw. Nie tylko jeśli chodzi o taktykę i technikę, ale również na aspekt psychologiczny. To jego ogromna przewaga nad innymi trenerami. Jego małżonka jest w Argentynie cenionym psychologiem, bardzo mu pomaga i dzięki temu dużo łatwiej współpracuje mu się z zawodnikami. Daniel jest fachowcem wysokich lotów. Nauczyłem się od niego naprawdę wiele.

Bez doświadczenia trudno być pierwszym trenerem pełną gębą. Często jest tak, że zawodnicy, którzy kończą karierę i zaczynają pracę trenerską, mają z tym problem. Wciąż łapię się na tym, że patrzę na siatkówkę jako siatkarz czy nawet kibic, zamiast jako trener. Na pewno nie będę się starał naśladować Daniela, bo to niemożliwe. Chcę czerpać z tajników jego sztuki trenerskiej i starać się kontynuować jego myśl szkoleniową, którą wprowadził w Kędzierzynie, bo była ona dobra, co najlepiej pokazują wyniki. Oczywiście nie zgadzam się z wszystkim, co robił. Każdy powinien iść własną drogą, mieć swój system grania, swoją drużynę, dlatego wprowadzę kilka zmian.

Bycie trenerem jest trudniejsze niż bycie zawodnikiem?

– To bardzo stresująca robota, choć jeszcze tego stresu tak naprawdę nie przeżyłem jako pierwszy trener. Miałem wcześniej przygodę i krótki epizod w Farcie Kielce, ale teraz od początku wszystko będzie zależało tylko i wyłącznie ode mnie: przygotowania, wyniki, forma zawodników. Praca trenera jest czymś zupełnie innym, bardziej niszczącym psychicznie niż fizycznie. To praca, która trwa 24 godziny na dobę. Teraz zaczynamy okres przygotowawczy, budowanie formy i wypracowywanie swojego systemu grania. Cały czas mam jakieś przemyślenia. Budzę się w nocy i zamiast spać dalej, myślę o zespole.

W byciu zawodnikiem najważniejszy był odpoczynek, przyjście na trening, praca na nim, powrót do domu i na tym właściwie rola się kończyła. Trener musi przygotować się do treningu, przeprowadzić go, analizować w trakcie, wyciągać wnioski, poprawiać błędy. W tym sezonie gramy mecze praktycznie co trzy dni. Będzie dużo zajęć poza halą. Tak naprawdę tego nikt nie widzi i nikt o tym nie wie, a jest to trudna, długa i żmudna praca.

Ma pan za sobą wiele lat gry w Italii. Czy prowadzony przez pana zespół będzie w przyszłym sezonie prezentował włoski styl siatkówki?

– Włoski styl jest dobry, choć niekoniecznie najlepszy. Trzeba mieć zawodników, którzy mają predyspozycje do tego, żeby w ten sposób grać. Kilka elementów będę starał się zmienić w tej drużynie. To grupa, która chce trenować, jest otwarta na nowe wyzwania i techniki. Trudno niektórych rzeczy nauczyć od nowa zawodnika, który ma 34 czy 35 lat. Zmiana wyuczonych przez kilkanaście lat zagrań może okazać się po prostu niemożliwa.

Gdy w Maceracie mówi się Polska, słyszy się Sebastian Świderski. Jak pan wspomina lata tam spędzone, bo kibice wciąż ciepło się o panu wyrażają.

– Jeżeli mówi się Polska to przede wszystkim myśli się o śp. Arku Gołasiu. Wszyscy go pamiętają. Ma zresztą w klubie swoją gablotę, gdzie wiszą jego nigdy niezałożone koszulki. Dla mnie czas spędzony w tym klubie była bardzo udany. Do Maceraty przyszedłem z Perugii, w której poznałem super ludzi i zacząłem grać na naprawdę wysokim poziomie. Często jest tak, że po zmianie klimatu człowiek nie może odnaleźć się w nowym klubie i po roku wraca zupełnie wypalony. W moim przypadku tak nie było: Perugia była dla mnie szczęśliwa, ale w Maceracie również udało mi się osiągnąć kilka sukcesów.

Sebastian Świderski w barwach Lube Banca Macerata (fot. lubevolley.it)
Sebastian Świderski w barwach Lube Banca Macerata (fot. lubevolley.it)

– Wierzę w to. Według mnie to dla niego jedno z najlepszych rozwiązań w tym momencie. Kryzys we Włoszech sprawił, że ta liga w przyszłym sezonie będzie na pewno dużo słabsza. Poziom spadnie, ponieważ zawodnicy, którzy podpisują kontrakty nie są z czołówki światowej. Szkoła włoska uczy od samego początku, że w każdym meczu trzeba walczyć o punkty. Drugie miejsce jest dla wszystkich porażką – to włoska mentalność. Nie ma srebrnych i brązowych medali, jest tylko zwycięzca, ten który zdobywa scudetto (mistrzostwo – przyp. red). Wierzę, że to pomoże Bartkowi się odbudować fizycznie i przede wszystkim mentalnie, że znowu będziemy widzieć go w świetnej formie, którą prezentował wcześniej. W reprezentacji brakuje mu pewności siebie, czyli tego, co zatracił, nie grając przez cały sezon w lidze rosyjskiej.

Liga włoska przekształca się, głównie ze względu na problemy finansowe. Przenosiny siatkarzy na wschód będą już teraz stałą tendencją i Serie A znacznie straci na znaczeniu w Europie i świecie?

– Niestety, trzeba powiedzieć wprost, że pieniądze rządzą światem. W dobie światowego kryzysu rynki wschodnie – rosyjski, turecki czy nawet chiński i koreański – to miejsca, gdzie zawodnicy uciekają, idąc za pieniędzmi. Robią tak w większości siatkarze doświadczeni, którzy bazują na tym, co już osiągnęli, ale chcą jeszcze wzbogacić się na resztę życia. Z drugiej strony takie działania sprawiają, że inni mają możliwość wypromować się w lidze włoskiej. Dla tych, którzy wciąż chcą się czegoś nauczyć, Włochy nadal są dobrym miejscem. Najlepsi odeszli na wschód, ale to nie oznacza, że za rok czy dwa młodzi nie załatają po nich dziury.

Problemy ligi włoskiej to również szansa dla PlusLigi?

– Liga polska jest w tym momencie trzecią najlepiej opłacaną ligą w Europie. Plasujemy się tuż za rosyjską i turecką. Na pewno lepsi zawodnicy szukając klubu i nie chcąc wybierać ofert ze wschodu, patrzą teraz zupełnie inaczej na polską ligę. Rywalizować z Rosją czy Turcją nie możemy, ale nie wszyscy zawodnicy mogą grać w tych krajach, są limity obcokrajowców. W pewnym momencie rynek się zapełnia i wtedy wchodzimy my – widać to po transferach. W zeszłym roku udało się ściągnąć Felipe Fontelesa, który przed sezonem stanowił wielką zagadkę, a okazał się gwiazdą pierwszej wody. Podobnie było ze Stephanem Antigą, który nie mógł odnaleźć się we Włoszech, przyszedł do Polski, cały czas gra i wciąż jest u nas ceniony. Można wyciągnąć takie perełki i dzięki temu podnosić poziom naszych młodych graczy, którzy mogą się uczyć od takich ludzi jak Antiga, Fonteles, czy mam nadzieję w tym sezonie Dick Kooy.

Nigdy pan nie ukrywał, że dobrze czuł się we Włoszech. Czy pana trenerskim marzeniem jest poprowadzić któryś z zespołów tamtej ligi?

– Na tę chwilę skupiam się tylko i wyłącznie na pracy w ZAKSIE. Nie wybiegam w przyszłość. Wiąże mnie dwuletnia umowa, chociaż niestety trenerzy na całym świecie śpią na minie. Nigdy nie wiadomo, kiedy ta bomba wybuchnie i szkoleniowiec zostanie zwolniony. Z kilku względów nie myślę o Italii. Jeśli dostałbym propozycję, to pewnie bym się zastanowił. Na tę chwilę chcę się skupić na Polsce. Przede wszystkim muszę nabrać doświadczenia. Bardzo bym sobie życzył, żeby pierwszy rok był dla mnie pozytywny, żeby udało coś się wygrać czy to na polskiej, czy europejskiej arenie.

Czym różni się życie w Polsce od tego we Włoszech?

– Mogę wypowiedzieć się tylko z perspektywy sportowca. W Polsce mamy ciągłą pogoń za karierą. Człowiek jest ciągle w gonitwie. We Włoszech jest troszeczkę inaczej. Są poobiednie siesty, gdy ma się dla siebie tę godzinkę czy dwie, kiedy tak naprawdę życie wymiera. Do tego tradycyjne spotkania na kolacjach z przyjaciółmi, które czasem trwają nawet po kilka godzin i niekoniecznie są suto zakrapiane. W Polsce często jest tak, że kolacja w gronie znajomych musi skończyć się wielką libacją. Tam życie płynie spokojniej. Nie ma nic, co musi być zrobione na teraz. Mają to słynne powiedzenie „maniana, maniana” czyli spokojnie, jutro… U nas ciągle goni się za króliczkiem, którego często nie można złapać. Nasze życie toczy się w korkach, w samochodach, nawet jemy w pośpiechu, na co Włosi sobie nie pozwalają. Dla nich każdy posiłek musi być przede wszystkim zjedzony w spokoju.

Przy okazji wyjazdów ligowych miał pan okazję zwiedzić znaczną część włoskiego buta. Są takie miejsca, które szczególnie by pan polecił?

– Skupię się tylko na tych, gdzie byłem osobiście. Polecałbym zobaczenie Loreto, zwiedzenie Asyżu – miałem okazję mieszkać w Perugii kilkanaście kilometrów od tego miasta. To super miejsca związane z naszą historią i naszą religią. Plus oczywiście Watykan. Obcowanie z kulturą, która jest taka sama od wieków, jest czymś niesamowitym.

Jeżeli chodzi o wypoczynek, to polecam samo południe. W szczególności okolice Taranto i Bari, gdzie na obszarze kilkunastu kilometrów można odpocząć nad trzema morzami. Na południu praktycznie przez cały rok ludzie utrzymują się z tego, co sami sobie przygotują i wyhodują. Miałem okazje wielokrotnie usłyszeć opowieści kolegów, że życie i gra w tym rejonie to zupełnie coś innego. Ludzie tam są na tyle życzliwi, że często przychodzą i przynoszą własne plony: mandarynki, oliwki, oliwę. Ofiarują je tak po prostu, ponieważ czują, że jest taka potrzeba. Z drugiej strony mieszkańcy północy denerwują się, że muszą pracować na utrzymanie „południowców”. Były przecież nawet przymiarki do rozdzielenia tych dwóch części Italii mniej więcej na wysokości Rzymu! Na szczęście do tego nie doszło!

A w Kędzierzynie? Co każdy kibic powinien odwiedzić poza halą ZAKSY?

– Jedno miejsce jest dla mnie szczególne. Po pierwsze ma to związek z moją znajomością z właścicielem lokalu, a po drugie ze szczególnym daniem popularnym w tym miejscu. To golonka podawana tylko i wyłącznie w czwartki. Jest ona robiona wyłącznie na zamówienie, więc trzeba dwa dni wcześniej zadzwonić, żeby była odpowiednio przepeklowana i przygotowana. Czwartki to często takie dni, gdy spotykamy się nie tylko w gronie rodzinnym, ale także z drużyną, żeby zjeść wspólnie golonkę. To mało sportowa potrawa, ale jest tak dobrze zrobiona, że raz na trzy tygodnie można sobie na nią pozwolić. Bar na Piastach należący do naszego kolegi Darka w te dni jest zawsze oblężony, więc trzeba zarezerwować sobie miejsce. Bardzo polecam!