Trener „made in Poland”. Uciec stąd czy orać pole?

Pięciu szkoleniowców z Polski na czternaście zespołów – tak rozpoczynała się tegoroczna PlusLiga. Za mało? Dlaczego tak niewielu Polaków dostaje szansę? Dyskusja powraca jak echo raz po raz czy to w kontekście klubowym, czy reprezentacyjnym. Czy ktoś coś realnie z tym robi? Niestety nie.

Michał Mieszko Gogol to jeden z polskich rodzynków w PlusLidze (fot. VolleyCafe.pl)

Michał Mieszko Gogol, Robert Prygiel, Piotr Gruszka i Jakub Bednaruk to rodzynki na siatkarskiej mapie PlusLigi. Gdzie reszta polskich trenerów? Nie ma już nikogo więcej, kto posiada warsztat godny najwyższej klasy rozgrywkowej?

– Wpadliśmy w pułapkę decyzji, które zostały podjęte w polskiej lidze. W pewnym momencie potrzebowaliśmy bodźca zewnętrznego w postaci zagranicznych trenerów. Zostały sprowadzone osoby lepiej wyedukowane od nas – Polaków i posiadający większe doświadczenie. Niestety na skutek tych rozwiązań dystans między trenerami, których mamy na rynku, a tymi, którzy chcieliby na nim być jest coraz większy  – diagnozuje problem Oskar Kaczmarczyk, który w trwającym sezonie dres trenerski zamienił na mikrofon komentatorski.

Skutek tych decyzji jest jednoznaczny. Polscy trenerzy dostają swoją jedną jedyną szansę, zwykle za szybko, popełniają błędy, po czym zostają zwolnieni i wpadają w otchłań nicości na polskim rynku. Na co dzień niewielu zwraca na to uwagę. Temat jednak powraca jak bumerang za każdym razem, gdy pojawia się sytuacja konfliktowa na linii polski klub czy kadra kontra zagraniczny trener. – Kończy się na jękach i zawodzeniach trenerów czy menedżerów, z których nic nie wynika, nie ma żadnego rozwiązania – ubolewa Kaczmarczyk.

Co ciekawe, zupełnie odmiennie na sytuację patrzy Andrea Anastasi, który od lat pracuje w Polsce. – Mam co do tego klarowną opinię. Trener nie jest połączony z jakimkolwiek krajem. Możemy pracować w sumie w każdym kraju, czy to Polska, Rosja czy Turcja. W sumie polska reprezentacja zdobyła ważne nagrody z zagranicznymi trenerami. Tutaj wszystko skupia się na tym, jakim jesteś trenerem, a nie z jakiego kraju pochodzisz – podkreśla były selekcjoner reprezentacji Polski.

A jak to wygląda od strony menedżera? Jakub Malke podkreśla, że ma w swojej „stajni” zarówno trenerów zagranicznych, jak i Polaków i wszyscy aktualnie mają pracę. – Pojawia się pytanie, ilu polskich szkoleniowców w najwyższej klasie rozgrywkowej to byłaby dobra liczba? – zastanawia się Malke. –  Dobrze, że mamy w rozgrywkach wysokiej klasy trenerów z zagranicy, to pozytywnie wpływa na obraz całej ligi, niemniej cieszyłbym się, gdyby duże polskie kluby miały odwagę postawić na polskiego trenera – dodaje. – Moim zdaniem ci, którzy obecnie pracują w naszej lidze nie mają powodów, by obawiać się, że nie dostaną pracy w czołowych klubach PlusLigi tylko dlatego, że są Polakami. To tylko kwestia czasu – kwituje.

Dobry trener czyli jaki?

Skoro o przyszłość polskich trenerów, którzy obecnie pracują w PlusLidze możemy być spokojni, skupmy się na tych, którzy w niej aktualnie nie dostali swojej szansy, a mają ku temu aspiracje. Na początku pojawia się zasadnicze pytanie: co mają zrobić, jak poprawić swoje umiejętności szkoleniowca, żeby otworzyły się przed nimi wrota najwyższej klasy rozgrywkowej w ojczystym kraju.

– Gdybyśmy dzisiaj zadali pytanie dziesięciu osobom, jakie cechy i umiejętności powinien posiadać trener w PlusLidze to jedna, spójna odpowiedź okazałaby się dużym problemem – zaznacza Oskar Kaczmarczyk. – W efekcie bardzo trudno osiągnąć stan, w którym ja jako trener wiem, co zmienić, poprawić, w którą stronę iść, by być uznanym za pełnowartościowego szkoleniowca na polskim rynku – dodaje.

Jak więc to zmienić? Przydałyby się rozwiązania systemowe. Grupa decyzyjnych osób w polskiej siatkówce powinna spotkać się i stworzyć sylwetkę trenera idealnego – wzór, do którego wszyscy szkoleniowcy chcący pracować w PlusLidze powinni dążyć. Trzeba dorzucić do tego oczywiście odpowiednie szkolenia, w których Polacy mogliby brać udział i słuchać rad dużo bardziej doświadczonych i utytułowanych kolegów, niekoniecznie z Polski.

Obecnie szkolenie dla trenerów niestety odbiega od ideału – przyjeżdża kilku prelegentów i wygłasza godzinne referaty. Dużo w tym pięknych teorii, ale niestety mało praktyki. Czego oczekują trenerzy? – W filmie „Trener” na podstawie niemieckiej Bundesligi pokazane jest, jak powinno się szkolić.  Przyjeżdża się do szkoły, gdzie na starcie dostaje się zadanie poprowadzenia treningu. Po jego zakończeniu mówią ci np.: źle odwróciłeś się do zawodnika, użyłeś złych słów itd. W ten bardzo praktyczny sposób uczą warsztatu trenerskiego – relacjonuje Oskar Kaczmarczyk. – U nas to wszystko odbywa się na organizmie żywym i przez to wszyscy płoniemy bardzo szybko – podkreśla.

Andrea Anastasi wierzy w Polaków i stawia na nich w swoim sztabie szkoleniowym
(fot. VolleyCafe.pl)

Z perspektywy Andrei Anastasiego polscy trenerzy nie mają się czego wstydzić. – Nie powiedziałbym, że polskim trenerom brakuje umiejętności.  Po prostu klub widział w tej roli kogoś innego. Muszę dodać, że mam bardzo dużo szacunku do polskich szkoleniowców i jestem pewien, że kiedyś będą zauważeni i brani pod uwagę na rolę trenera reprezentacji – zaznacza Włoch i dodaje: – Mój sztab jest polski. Kiedy wybieram grupę osób do współpracy, stawiam tylko na polskich chłopaków. Wszyscy trenerzy w Pluslidze są dobrzy. Mieszko, Piotrek Gruszka, Kuba Bednaruk, mają wielki potencjał na pokazanie jeszcze lepszego trenowania niż do tej pory – kwituje.

Z tylnego siedzenia

Zdaniem Jakuba Malke dobrym sposobem na rozpoczęcie przygody w klubie PlusLigi jest wskoczenie na stanowisko w trakcie sezonu – w momencie, gdy któryś z już pracujących szkoleniowców traci pracę i działacze pilnie poszukują nowego trenera. Menedżer zdradza, że zna przykłady, w których Polacy w tej sytuacji dostawali propozycje i nie przyjmowali ofert.

Oskar Kaczmarczyk ma bardzo klarowne spojrzenie na tę sytuację i wskazuje dwie podstawowe przyczyny, dla których tak się dzieje. – Tu trzeba też powiedzieć o specyfice zatrudnienia trenerów w Polsce. Jako trenerzy mamy założoną działalność gospodarczą i w ten sposób tracąc pracę nie należy nam się nawet zasiłek. Mówiąc wprost, w tej sytuacji musimy zawiesić działalność i iść na bezrobocie. Trudno jest to też odkręcać w trakcie sezonu – sygnalizuje problem były trener ZAKSY Kędzierzyn-Koźle.

Drugim problemem jest z kolei fakt, że wchodząc do drużyny w trakcie sezonu szanse na uzyskanie zadowalającego wyniku sportowego są znikome. – Jeśli trener zostaje zwolniony to znaczy, że z drużyną dzieje się coś bardzo niedobrego. Wskakując więc do takiej drużyny, ktoś, kto ma małe doświadczenie na starcie wchodzi w sytuację, w której musi zarządzać w kryzysie, co jest najtrudniejszym zadaniem trenera – zaznacza Kaczmarczyk.

Jeśli nie PlusLiga to co?

Polski trener nie dostaje pracy w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale coś robić musi. Jeśli nie wybiera alternatywnego zajęcia, które będzie wykonywał do czasu aż dostanie swoją szansę, może poszukać pracy za granicą. Niestety również tutaj sprawy nie są tak proste jak mogłoby się wydawać. Niektóre rynki opanowane są przez grupę zagranicznych menedżerów mających pod swoimi skrzydłami garść szkoleniowców, więc otrzymanie szansy z perspektywy kanapy w polskim domu jest znikome.

Tomasz Wasilkowski zdecydował się spróbować swoich sił w lidze niemieckiej
(fot. berlin-recycling-volleys.de)

– Moim zdaniem brakuje nam na rynku menedżera, który zająłby się stricte trenerami. To byłoby jakieś rozwiązanie, żeby ktoś wziął ich pod swoje skrzydła, promował, szkolił i znalazł pracę, może niekoniecznie w Polsce, ale za granicą. Brakuje osób, które pomogłyby nam wejść na rynki zagraniczne – podrzuca propozycję rozwiązania tej patowej sytuacji Oskar Kaczmarczyk.

A jest kilka lig, w których polscy szkoleniowcy mogliby łapać doświadczenie: stojąca na coraz wyższym poziomie sportowo-organizacyjnym niemiecka, turecka, grecka czy francuska. Niestety w tej wyliczance brakuje naturalnego zaplecza, czyli polskiej 1 ligi. – Nikt poważny nie patrzy na pierwszą ligę, gdyż od PlusLigi dzieli ją przepaść: organizacyjna, finansowa, jakościowa. Przykład trenerów Panasa i Stelmacha pokazuje, że jest to droga tylko w jedną stronę – mówi ze smutkiem Kaczmarczyk.

Polacy specjalnej troski?

Włosi, którzy obecnie mają około 20 tysięcy zrzeszonych trenerów, mogą być doskonałym przykładem tego, jak bronić swój rynek. – Kiedy ja zaczynałem karierę jako trener, bardzo wiele nauczyłem się zagranicznego kolegi. My Włosi jesteśmy otwarci na innych trenerów, którzy zdarzają się na włoskich parkietach, jednak mamy bardzo liczną grupę rodzimych trenerów – relacjonuje Andrea Anastasi. – Nawet na świecie jest nas dużo, zarówno w męskiej siatkówce jak i żeńskiej. Może nawet jest nas trochę zbyt wielu? – zastanawia się z uśmiechem opiekun Trefla Gdańsk. – Wierzymy, że robimy to dobrze, wielu chce się szkolić i to pomaga w posiadaniu wielkiej liczby rodzimych trenerów – dodaje.

Co więc można zrobić na polskim rynku, by odmienić obecną sytuację? Andrea Anastasi nie uważa, by wprowadzenie dodatkowych regulacji miało większy sens. – Nie można też tego brać w taki sposób, że polscy trenerzy potrzebują teraz jakieś ochrony. Działacze zwykle poszukują najlepszego w danej dziedzinie, najlepszego dla swojego klubu. Niekiedy będzie to Polak, niekiedy obcokrajowiec – mówi Włoch.

Odmiennego zdania jest Oskar Kaczmarczyk. W jego opinii Polacy powinni dostawać swoje szanse w klubach dolnej części tabeli. Jak to osiągnąć? Można wprowadzić chociażby ograniczenia budżetowe – kluby wykazujące budżet np. do 3 mln zł mają prawo zatrudnić wyłącznie Polaka. Dobrym sposobem byłoby również wprowadzenie kryterium osiągnięć, by ściągać do Polski tylko szkoleniowców najwyższych lotów. Na przykład warunkiem mogłaby być przeszłość reprezentacyjna.

Przede wszystkim jednak nie można od Polaków oczekiwać cudów. – Od nas – polskich trenerów się wymaga, byśmy mieli 25 lat doświadczenia, mówili w 6 językach, byli świetnymi psychologami, doskonale radzili sobie z komunikacją, byli strategami siatkarskimi i absolutnie perfekcyjni w każdym aspekcie. Ale nikt w to nie inwestuje – mówi z rozżaleniem Kaczmarczyk. Jego zdaniem rozliczanie szkoleniowców drużyn dołu tabeli powinno wyglądać zupełnie inaczej niż obecnie, gdy zwraca się uwagę wyłącznie na wyniki.

Wyjaśnia na przykładzie. – Trener X ma problemy z komunikacją. Zewsząd słychać głosy, że jego warsztat czysto siatkarski jest świetny, ale nie potrafi dogadać się z zawodnikami. W tym miejscu powinien pojawić się jego szef i powiedzieć: słuchaj, są sygnały, że musisz nad tym popracować, wchodzisz w to? Jeśli tak, to jest wysłany na kurs lub dostaje człowieka do pomocy, który sygnalizuje, jakie błędy są popełniane i jak je poprawić. Jeśli się nie zgodzi i zapewnia, że poradzi sobie sam, a ostatecznie nie ma wyniku, to wtedy traci pracę – puentuje.

Reasumując. Nie da się ukryć, że znaczna grupa polskich trenerów znalazła się na równi pochyłej. Teraz trzeba zachować się jak dobry lekarz: przede wszystkim zdiagnozować problem, by następnie wprowadzić leczenie – rozwiązania systemowe. Polscy siatkarze odnoszą sukcesy, więc teraz pora również na szkoleniowców, bo przecież i ci nie wypadli sroce spod ogona. Zwłaszcza, że gra jest warta świeczki: – Jakość prowadzenia polskich klubów jest bardzo wysoka, a do tego czuję się tutaj jak w domu – mówi Anastasi. Najwyższa pora, by polska liga stała się dobrą i ciepłą przystanią również dla polskich szkoleniowców.

Renata Respondek

Słońce, sport i dobre jedzenie to moja recepta na szczęście. Miłośniczka gorącej Italii i kultury żydowskiej. Cenię ludzi szczerych, z męskim poczuciem humoru. Pijam kawę alternatywną lub espresso. Bez dodatków. Napisz do autorki: r.respondek@volleycafe.pl