Z piekła do nieba, z chaosu w jedność

Po siedmiu przegranych finałach z rzędu Cucine Lube Civitanova wreszcie przerwała pasmo porażek. I to dokonując niemal niemożliwego, bo wygrywając w piątym secie, w piątym meczu, w dodatku na terenie rywala. I to takiego, który mając w swoich szeregach najlepszego siatkarza świata, miał być nie do pokonania.

Leon zamurowany, mistrzostwa nie będzie (fot. VolleyCafe.pl)

Włoskie finały rozczarowały poziomem. Play-offy to zwykle czas najbardziej emocjonujących i zaciętych meczów, tymczasem emocje w tym sezonie zakończyły się na półfinałach. Finałowa seria była meczami do jednej bramki – kolejne mecze wygrywali gospodarze i to zwykle bez większej walki. Jednostronne lanie, mało ciekawych akcji, technicznych zagrań czy długich wymian, a zwykle siłowa, nieco toporna i brzydka siatkówka. Chyba nie tego wszyscy oczekiwali.

Kto blokuje, ten wygrywa

Piąty mecz, mimo że od początku była w nim walka z obu stron, zapowiadał się na szybkie 3:0 dla gospodarzy. Siatkarze Lube pogrążali się własnymi błędami, głównie na zagrywce, sami odbierając sobie szanse na wypracowanie przewagi. Leon był w gazie, posyłając aż 4  asy w samym pierwszym secie. A potem Perugia nagle stanęła.

W trzecim secie, wygranym przez podopiecznych Fefe De Giorgiego do 12, Perugia zdobyła jedynie 5 punktów po własnych akcjach. Atanasijević i Leon nie skończyli ani jednej piłki. Rywale złapali wiatr w żagle i chociaż już stali nad przepaścią, odwrócili mecz na swoją korzyść.

Mówi się, że „kto zagrywa, ten wygrywa”. Perugia miała imponujący bilans w tym elemencie – aż 15 asów serwisowych przy 16 zepsutych zagrywkach. Rywale asów posłali tylko 5, a zepsuli aż 26 zagrywek. Przewaga była więc ogromna, co zresztą było do przewidzenia, bo własna hala to we Włoszech ogromny atut i gospodarze którzy słyną z mocnej zagrywki, na swoim terenie są szczególnie groźni. Tym razem jednak o zwycięstwie zadecydował blok. Przez ścianę siatkarzy z Marche było wyjątkowo trudno się przebić, 6 razy został zatrzymany Leon, a aż 8 Atanasijević (który dodatkowo popełnił jeszcze 6 błędów). Łącznie siatkarze Lube „zamurowali” rywali aż 19 razy, podczas gdy sami tych bloków zebrali tylko 6.

Końcowe statystyki są bezlitosne – zarówno Atanasijević jak i Leon, którzy przez cały sezon byli liderami Perugii w ataku, skończyli mecz mając na koncie ledwie 35% skuteczności. Ze skrzydłowych najlepiej wypadł Lanza, dostawał jednak bez porównania mniej piłek. Zupełnie inaczej wyglądało to po przeciwnej stronie siatki. Bruno Rezende równo rozdzielał wystawy do swoich skrzydłowych, a Cwetan Sokołow pożegnał się z włoską ligą w świetnym stylu, notując aż 71% skuteczności w ataku i łącznie 19 punktów.

Na początku był chaos

Przed sezonem mówiło się, że jedynie Cucine Lube Civitanova może zdetronizować Perugię i podjąć z nią walkę. Zrobili imponujące transfery, a jednak… coś nie wyszło. Co prawda wygrywali kolejne mecze, ale ich gra wyglądała zupełnie bez polotu, a Leal pracował na tytuł niewypału transferowego sezonu. Przełomowym momentem były przegrane Klubowe Mistrzostwa Świata, po których nastąpiła zmiana na stanowisku trenera. Posadę szkoleniowca objął Ferdinando De Giorgi, który dostał zadanie stworzenie z tych zawodników prawdziwej drużyny. Czasu miał niewiele i po porażce w finale Pucharu Włoch (siódmej z rzędu), gdzie Lube prowadziło 2:0, by przegrać w tie-breaku o włos, pojawiały się wątpliwości, czy faktycznie mu się to uda.      

Jednak się udało. W półfinałach jego drużyna odprawiła Itas Trentino w czterech meczach, a w finałach we własnej hali grali niemal bezbłędnie. Znacznie gorzej wyglądało to na wyjeździe, ale PalaBarton była prawdziwą twierdzą, niezdobytą w play-offach od dwóch lat.  Tym razem jednak udało się przełamać jej „klątwę”, nie wiadomo tylko co miało na to największy wpływ – czy chłodne głowy i opanowanie Lube do samego końca, czy zbyt duża pewność siebie gospodarzy, że już ten mecz wygrali, czy może nieznany kibic przyjezdnych, który na porannym treningu miał chodzić po hali i rozsypywać sól w jej kątach, by „odczarować” to miejsce? Pewnie wszystko po trochu. A przede wszystkim dobra forma zawodników i prawdziwa gra zespołowa.  

Leon to nie wszystko

Nikt specjalnie nie krył się z tym, że Leon został zakontraktowany po to, by powtórzyć sukces z poprzedniego sezonu, a nawet sięgnąć po więcej. Celem w końcu była przede wszystkim Liga Mistrzów, w której Sir Safety Conad Perugia została wyeliminowana w półfinale przez Zenit Kazań. Tymczasem już początek rozgrywek przyniósł rozczarowanie w postaci przegranego w fatalnym stylu turnieju o SuperPuchar.

Co prawda szybko gra Perugii ustabilizowała się, a zachwytom nad Leonem nie było końca. Siał postrach w polu serwisowym, a w ataku wykręcał imponujące procenty. Często rozstrzygał mecze swoją zagrywką w trudnych momentach. Jednak gdy uważnie przypatrzeć się statystykom… Wilfredo Leon okazywał się być tylko człowiekiem, a nie kosmitą, który też popełniał błędy. I to całkiem sporo błędów. O ile można wybaczyć błędy serwisowe, jeśli spojrzeć na odpowiadającą im ilość asów, to już w przyjęciu było dużo gorzej. Po początkowym etapie rozgrywek gdzie Perugia była nie do ruszenia, rywale zorientowali się w ich słabych punktach i bez litości ostrzeliwali Leona na zagrywce, a grający wcześniej wybitnie Luciano De Cecco uprościł grę do minimum.

Polak nie zdołał sięgnąć po mistrzostwo Włoch (fot. VolleyCafe.pl)

Wydawałoby się, że z takimi armatami w ofensywie jak Leon i Atanasijević, Perugia pokona każdego. Wystarczyło jednak że jeden lub drugi miał słabszy dzień, a układanka już zaczynała się sypać. Filippo Lanza rzadko dawał radę przejąć pałeczkę, był raczej uzupełnieniem w ataku i ostatnią opcją. A jeśli do tego dodać wyraźny spadek formy na play offy, spowodowany prawdopodobnie przez zmęczenie liderów i błędy w przygotowaniu fizycznym, przepis na katastrofę gotowy.

Można zadawać sobie pytanie – czy „katastrofa” to nie za duże słowo w przypadku drużyny, która zdobyła Puchar Włoch, rozgrywki zakończyła na drugim miejscu  i całą rundę zasadniczą zajmowała pierwsze miejsce w tabeli? Pewnie wiele innych klubów chętnie by w ciemno wzięło taki rezultat, ale nie Perugia. Po imponującym „triplete”, sam Puchar Włoch to za mało, zwłaszcza jeśli ma się Leona w składzie. Perugia będąc zaledwie o krok od obrony „scudetto”, może czuć się największym przegranym tego sezonu.     

Sam Kovacević nie wystarczy

O tym jak zgubne może okazać się opieranie gry na jednym zawodniku, przekonało się Itas Trentino. Mimo że Simone Giannelli starał się wykorzystywać wszystkie opcje, a ich rozkład ataku często był bardzo zbilansowany, na przestrzeni sezonu na naturalnego lidera wyrósł Uros Kovacević. Serb miniony sezon miał najlepszy w swojej dotychczasowej karierze, został zresztą wybrany MVP rundy zasadniczej do spółki z Leonem. Niestety, wszystko ma swój koniec. Najpierw przyszła kontuzja w trakcie ćwierćfinałów, potem spadek formy. Aaron Russell, który wydawałoby się że w końcu dojrzał sportowo i jest w stanie udźwignąć ciężar presji, też zanotował spory zjazd. Spisujący się wcześniej dobrze w roli zmiennika Maarten Van Garderen rzadko pojawiał się na boisku, a jeśli już, to dawał słabe zmiany, a sam Luca Vettori, który przez cały sezon dostawał znacznie mniej piłek niż Kovacević, nie był w stanie pociągnąć gry zespołu.

W Trydencie jednak nie narzekają na bilans sezonu. Do gabloty mogli dołożyć już piąty puchar za Klubowe Mistrzostwa Świata i Puchar CEV – trofeum może mniej prestiżowe, ale do tej pory brakujące w imponującej, jak na dość krótką historię klubu, kolekcji. Dzięki zajęciu trzeciego miejsca po rundzie zasadniczej, uzyskali prawo do gry w przyszłorocznej Lidze Mistrzów. Jednak co najważniejsze, ich gra wreszcie mogła się podobać. Po fatalnym poprzednim sezonie, trener Lorenzetti sprawił, że na ich mecze znów patrzyło się z przyjemnością. 

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle

Po rewolucji i trzęsieniu ziemi, jakie przyniósł poprzedni sezon w Modenie, miało być już tylko lepiej. Na atak przyszedł Ivan Zaytsev, stanowisko trenerskie objął legendarny Julio Velasco.  Początek sezonu wyglądał obiecująco, Azimut Leo Shoes Modena zaczęła rozgrywki z przytupem, zdobywając SuperPuchar. Niestety, czar szybko prysł. Zaytsev wybrany na kapitana, mimo swojej charyzmy, nie radził sobie z rolą lidera zespołu. Jego forma też pozostawiała wiele do życzenia, bo grał strasznie nierówno. Urnaut, który w poprzednim sezonie był pewniakiem, zaliczył spory regres. Trener podejmował niezrozumiałe decyzje, z boku wyglądało to jakby nie do końca miał pomysł na tę drużynę.

Bartosz Bednorz był bardzo ważnym elementem Modeny w kluczowej części sezonu (fot. VolleyCafe.pl)

Trudno było się dowiedzieć o co chodzi, bo… w pewnym momencie przestał rozmawiać z mediami. W międzyczasie Zaytsev wdawał się w konflikty z kibicami, a oliwy do ognia dodawały plotki o zakontraktowaniu Andersona, który mógłby zastąpić go na ataku. Po bolesnej porażce w półfinale Coppa Italia, wszystko znów zmierzało w stronę spektakularnej katastrofy.

Ćwierćfinały ligi zapowiadały się najbardziej emocjonująco właśnie w przypadku Modeny, której rywalem była drużyna z Mediolanu. Jednak nic z tego – Modena pokazała swoją wyższość wygrywając bez problemów w dwóch meczach i sensacji nie było. Lecz zwycięzca z tej pary trafiał na Perugię i tutaj większość z góry skreślała Modenę. Mimo nieciekawej sytuacji wokół drużyny, sztab szkoleniowy wykonał świetną robotę, bowiem ich forma na ten moment sezonu była świetna, a wzmocnieni jeszcze Kevinem Tillie, nie stali przy Perugii na całkowicie straconej pozycji. W piątym półfinałowym meczu byli blisko by prowadzić 2:0, ale w samej końcówce drugiego seta kontuzji nabawił się Bartosz Bednorz, który nieszczęśliwie się poślizgnął przy serii bardzo trudnych zagrywek Hoaga. To właśnie Bednorz był w tym meczu najpewniejszym punktem Modeny, a po jego stracie ich gra znacząco się pogorszyła i ponownie – sensacji nie było, bo do finału awansowała Perugia.

Krótko po zakończeniu sezonu w wykonaniu Modeny, siatkarskim światem wstrząsnęła wiadomość, że Julio Velasco zdecydował się zakończyć karierę trenerską. Choć podpisywał w Modenie kontrakt na dwa lata, postanowił odejść już teraz. Wielką niewiadomą jest sprawa transferu Zaytseva, który ma umowę ważną na kolejne dwa sezony, ale wygląda na to że obie strony nie są zadowolone ze współpracy. Możliwym kierunkiem jest Civitanova, gdzie szukają zastępcy dla Sokołowa i mógłby być nim właśnie Zaytsev lub Bartosz Kurek. Póki co siatkarz milczy i swoim milczeniem wstrzymuje jakiekolwiek ruchy transferowe w klubie.        

Dla każdego coś miłego

Poprzednie sezony były dominacją jednej drużyny – zwycięzca brał wszystko (lub prawie wszystko). Tym razem, choć zanosiło się na to, że wszystko ponownie zgarnie Perugia, trofea zostały rozłożone na całą „wielką czwórkę”. SuperPuchar zdobyła Modena, Puchar Włoch trafił do Perugii, Klubowe Mistrzostwa Świata i Puchar CEV wygrało Trento. Najcenniejsze trofeum czyli „scudetto”, ponownie padło łupem Lube. A to jeszcze nie koniec, bo świeżo upieczeni Mistrzowie Włoch w sobotę zagrają w finale Ligi Mistrzów, gdzie zmierzą się z Zenitem Kazań, rozczarowanym, ale też na pewno podrażnionym po utracie mistrzowskiego tytułu. Ekipa odmieniona przez Fefe, mimo że już może czuć się wygrana, ma szansę na zdobycie podwójnej korony i zdetronizowanie rządzącego w Europie od wielu lat Zenitu, który bez Leona nie jest już taki mocny… za to Perugia z Leonem w składzie nie okazała się być drugim Zenitem.