To, że nie odzywam się, wcale nie oznacza, że nie widzę

Będąc trenerem, pracując na różnych poziomach, uwielbiam obserwować treningi innych szkoleniowców, analizować przerwy w meczach, uczyć się sposobu pracy i porozumiewania się z drużyną. 

silence-390331_640

Rozumiem, że różnice w komunikacji zależą m.in. od temperamentu osoby prowadzącej trening. Zdaję sobie sprawę, że sposób, w jaki prowadzi się drużynę, zależy w dużej mierze od samego zespołu i od ludzi, którzy go tworzą. Wartości, przekonania, nastawienie, kryteria są na świecie różne. To, co w naszym przekonaniu wydaje się najbardziej aktualne, na innym kontynencie już takie nie jest. Dlatego warto czerpać od innych, rozwijając siebie.

Z tyłu głowy mam słowa Bernardo Rezende: „Największy talent nie jest najlepszą drużyną”. Osobiście nie wierzę w brak talentu, uważam, że każdy ma jakieś mniejsze lub większe uzdolnienia, a zadaniem trenera jest tak kierować ludźmi tworzącymi grupę, aby maksymalnie wykorzystać indywidualne możliwości każdego z osobna. Czasami próbujemy pomóc zawodnikom znaleźć ich własny, niepowtarzalny talent. Tak rozumiem przesłanie trenera Canarinhos. Tak rozumiem „najlepszą drużynę”.

Jak to zrobić? Wielu chciałoby znać odpowiedź na to pytanie. Ja również… W mojej ocenie jednym z kluczowych czynników w tworzeniu najlepszej drużyny jest komunikacja.

Sam doświadczałem komunikacji w stylu: „zajmij się trenowaniem”, „dowiesz się w swoim czasie”, „co cię to interesuje”, „masz zapierd…” itp. Czy to pomogło mi być lepszym zawodnikiem? Jak pokazało życie, chyba nie bardzo. Moje skromne doświadczenia boiskowe pozwoliły mi zrozumieć, kim nie chce być, jakim nie chcę być trenerem, jakich relacji powinienem unikać, pracując z ludźmi. Zanim to zrozumiałem, minęło trochę czasu. Popełniłem wiele błędów i pewnie wiele jeszcze popełnię. Nie dla każdego byłem wyrozumiały i sprawiedliwy, ale czy tylko te cechy są najważniejsze w kierowaniu zespołem ludzi? Odpowiedź zostawiam każdemu z Was. Jestem człowiekiem, do którego trafiają argumenty, rozmowa, tłumaczenie innego punktu widzenia. Nie zgadzając się z argumentacją drugiej osoby, próbuję szanować jednocześnie inny punkt widzenia, zrozumieć jego przyczyny.

Zakładałem, że takie podejście będzie najlepsze dla wszystkich, z którymi pracowałem wcześniej. Komunikowałem się z zawodnikami na różny sposób, przeważnie  poruszając wszystko, co zauważałem i moim zdaniem było nieodpowiednie.

Wtedy dostałem pierwszego kopniaka. Na szczęście przeczytałem słowa R. Kroola: „Dopóki dostajesz w ryja, znaczy że walka jeszcze trwa”. Zrobiło mi się trochę lepiej. Niestety, tylko na chwilę. Po pewnym czasie otrzymywania kopniaków z różnych stron doszedłem do wniosku, że chyba już wystarczy. Pod wpływem ludzi, których szczęśliwie spotkałem na mojej drodze, zacząłem uświadamiać sobie, że uczenie kogoś to nie wlewanie wody do wiadra, tylko rozpalanie ognia. W żadnym wypadku nie zmieniło to mojego podejścia i wiary w ludzi. Utwierdziło mnie to jeszcze bardziej w przekonaniu, że ludziom których się kocha i tym, z którymi się pracuje, trzeba nieustannie przykręcać śrubę. Zmieniła się jedna bardzo istotna kwestia: zrozumiałem, że każdy potrzebuje czasu. Nie od razu można zrozumieć, jakimi wartościami kierują się ludzie, z którymi się pracuje. To była duża zmiana w moim sposobie postrzegania pracy z drugim człowiekiem.  Okazało się, że to co jest dobre dla mnie w komunikacji z innymi, wcale nie musi być takie dla pozostałych. Zrozumiałem, że nie warto komentować wszystkiego co widzę, nawet jeżeli w środku aż kipi się od emocji. Ciągle trzeba przykręcać tę śrubę…

Przypomina mi się okres studiów. Od czasu do czasu próbowało się ściągać. Jako student wydawało mi się, że jestem cwany i że umiem ukryć „pomoce naukowe”. W 2007 r. stanąłem po drugiej stronie. Wierzcie lub nie, z innej perspektywy widać wszystko jak na dłoni. Jako wykładowca widziałem wszystkich, którzy ściągają. Zdałem sobie sprawę, że moi wykładowcy musieli widzieć tak samo dużo jak ja. Dlaczego zatem pozwolili mi czasem na ściąganie??? Teraz już to rozumiem. Jedyną odpowiedzią, jaka przychodzi mi na myśl jest to, że pozwolili mi samemu odnaleźć drogę, po której chcę iść.

Z drużyną jest podobnie.

To, że nie odzywam się, wcale nie oznacza, że nie widzę…