Złośliwy Rezende nie chce pomóc Polakom i reszcie świata

Canarinhos bez gwiazd to już nie ten sam zespół – na to liczyliśmy przed meczami z Brazylią. Problem w tym, że wierzyliśmy w niemoc rywala zamiast w siebie.

Polacy rozpoczęli Ligę Światową od dwóch porażek z Brazylią (fot. FIVB)
Polacy rozpoczęli Ligę Światową od dwóch porażek z Brazylią (fot. FIVB)

Tytułem wstępu: po igrzyskach olimpijskich w Londynie z gry w reprezentacji Brazylii zrezygnowały wielkie gwiazdy – Sergio i Giba. Z powodu operacji ramienia w ekipie Kanarków brakuje obecnie także Murilo Endresa. Znalazło się natomiast miejsce dla kilku nowych twarzy, m. in. dla znanego polskim kibicom Felpie Fontelesa. W takim zestawieniu Brazylia jeszcze nie grała. Na starcie mieliśmy prawo czuć się pewniej, bo nasz zespół praktycznie nie został przebudowany.

Mimo porażki w Londynie (brak awansu do półfinału) z tyłu głowy wciąż mieliśmy trzy fenomenalne zwycięstwa Polaków z Brazylijczykami w poprzedniej edycji Ligi Światowej. To kolejny argument przemawiający za tym, że głodni wygranych biało-czerwoni mają z pozoru zadanie łatwiejsze. Plus klasyk – dwa mecze przed własną publicznością rozgrywane w nowoczesnych, wypełnionych kibicami halach. Skoro Polacy grają w siedmiu, to mają psychologiczną przewagę.

Żadne z tych udogodnień jednak nam nie pomogły. Trener Bernardo Rezende zwyczajnie uśpił naszą czujność (siatkarzy również?). Polscy kibice wywnioskowali, że polskiej kadrze brakuje wigoru na początku turnieju. W świat poszedł jednak inny komunikat: nowe Brazylii wcale nie musi być gorsze od starego. Biało-czerwoni jako pierwsi udowodnili, że mocne drużyny z odmłodzoną ekipą Kanarków nadal przegrywają – z Gibą czy bez Canarinhos najwidoczniej nie mają zamiaru zejść z piedestału.

Mniemam, że Rezende w duszy chichocze jak chochlik, bo już po pierwszych kolejkach coś udowodnił – reprezentacja Brazylii jest w grze póki on ją prowadzi. Nieważne kogo powoła.