„Jump and strong service” czyli o libańskich realiach z Grzegorzem Szumielewiczem

Grać i zobaczyć kawałek świata – to pomysł na życie Grzegorza Szumielewicza, który ma na swoim koncie m.in. występy w lidze libańskiej. – Gdybym miał okazję jeszcze tam zagrać, na pewno to rozważę – deklaruje przyjmujący. 

Grzegorz Szumielewicz to prawdziwy kawosz! (fot. Renata Respondek)
Grzegorz Szumielewicz to prawdziwy kawosz! (fot. Renata Respondek)

Renata Respondek: Zaintrygowałeś mnie swoim graniem w lidze libańskiej. Skąd w ogóle pomysł na tak egzotyczny kierunek?

Grzegorz Szumielewicz: – Swoją przygodę w Libanie rozpocząłem na zaproszenie mojego dobrego kolegi, z którym występowałem w Czarnych Radom – Daniela Górskiego. Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym kierunku, wydawał mi się on rzeczywiście totalną egzotyką. Dla wielu osób wciąż nią pozostaje, choć siatkówka w tym kraju otwiera się na świat. Trafia tam coraz więcej zawodników z przeszłością reprezentacyjną. Wielu menedżerów stara się tam umieścić swoich podopiecznych, bo wynagrodzenia są dość atrakcyjne, a poziom rozgrywek z roku na rok coraz lepszy.

Za pierwszym razem pojechałem tam na tydzień, na zasadzie zastępstwa za zawieszonego zawodnika. Dzięki temu poznałem kilka osób, złapałem kontakty i zawarłem znajomości, a niektóre trwają do dziś. Po dwóch, trzech latach trafiłem tam ponownie. Byłem w trakcie sezonu w drugoligowym Wołominie, prowadząc jednocześnie drużynę tamtejszych juniorów. Zespół seniorów borykał się z problemami finansowymi. Akurat pojawiła się szansa wyjazdu na cały sezon i postanowiłem z niej skorzystać.

Trafiłeś do tego samego klubu, w którym grałeś podczas pierwszego – krótkiego incydentu?

– Nie. Związałem się z zespołem beniaminka Halat Sporting Club, który poszukiwał nowych zawodników. Tak trafiłem do miasteczka położonego nieopodal starożytnego Byblos, z pięknym portem oraz zabytkowymi miejscami. Po dziesięciu minutach spacerku mogłem cieszyć się tym fantastycznym miejscem. No i korzystałem z pogody. Gdy wyjeżdżałem z Polski padał śnieg z deszczem, natomiast tam przez większość czasu miałem temperaturę jak podczas polskiej prawdziwej wiosny. Cieszyłem się przygodą, mieszkając w hotelu z widokiem na palmy i Morze Śródziemne. Był to zdecydowanie najprzyjemniejszy aspekt tego wypadu. Czasem gdy wrzuciłem jakieś zdjęcia do sieci denerwowałem znajomych w Polsce, a „hejt” lał się szerokim strumieniem! (śmiech)

Takie widoki tylko w Libanie (fot. archiwum prywatne)
Takie widoki tylko w Libanie (fot. archiwum prywatne)

Pogoda cały czas dopisywała?

– Nie zawsze. Na początku roku można tam zaobserwować załamanie pogody. Temperatura spadła czasem do kilku stopni. Zdarzają się sztormy, burze czy nawet grad. Jest to o tyle uciążliwe, że w wielu halach nie ma ogrzewania. Nie sądziłem, że kiedykolwiek aż tak zmarznę w Libanie, trochę powiało olsztyńską Uranią (śmiech).

Pamiętam gdy rozgrywaliśmy mecz w jednej z miejscowości położonej nieco bardziej w górach. Podjechaliśmy pod halę, zamkniętą na cztery spusty. Spotkaliśmy tam tylko obwoźnego sprzedawcę kawy, u którego można było dostać coś w stylu naszej „3 w 1”, lub ewentualnie „libańską smołówkę” z tygielka, której jedynym atutem było to, że była mocna i gorąca. O walorach smakowych nie będę się wypowiadał (śmiech). Dopiero piętnaście minut przed rozpoczęciem rozgrzewki ktoś otworzył nam halę. Efekt? Wróciłem niestety mocno przeziębiony…

Opowiedz trochę o tym klubie. To było dobre miejsce do grania w siatkówkę? Pierwsza historia tego nie sugeruje…

–  Na pewno nie dla młodych i rozwijających się zawodników. Jeśli chodzi o samą otoczkę czysto siatkarską, to miałem mieszane uczucia. W pierwszym sezonie trenowaliśmy i graliśmy w mieście Dżunija. W naszej hali warunki nie były najlepsze. Wykładzina była położona na goły beton, co nie było komfortowe dla naszego zdrowia. Było to kłopotliwe zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że to liga w której grasz, dopóki jesteś potrzebny. Kontuzja oznacza koniec przygody. Treningi odbywały się raz dziennie. Czasem korzystaliśmy z nowej hali w Byblos.  Do południa mieliśmy do dyspozycji siłownię  oraz organizowaliśmy sobie treningi indywidualnie.

Jeśli chodzi o kwestie kadrowe, to w przekroju sezonu w naszej drużynie byli zawodnicy z Kolumbii, Kuby, Słowenii czy Czarnogóry. Trzymaliśmy się razem w takim międzynarodowym towarzystwie.

A sami Libańczycy? Są dobrymi siatkarzami?

– Nie ma tam zbyt wielu wyróżniających się zawodników. Niewiele uwagi przykłada się tam do szkolenia młodzieży. Zamiast w szkółki dla młodych siatkarzy inwestuje się w ściąganie zagranicznych graczy.

Mówiąc delikatnie, nie są też oni tytanami pracy. Spotkałem się na przykład z taką sytuacją, że zawodnik przyjechał na trening spóźniony piętnaście minut. Po czym usiadł gdzieś z boku z rozwiązanymi butami i rozmawiał z kimś na trybunie. Trener zawołał go argumentując, że jako środkowy potrzebny jest do treningu. Na co on stwierdził: „trenerze, jechałem tu ponad godzinę, w górach jest śnieg, ja muszę odpocząć, jestem zmęczony po podróży!”. Minęło kolejnych kilka minut zanim zawiązał buty i podreptał pod pod siatkę…

Jak wyglądała cała otoczka wokół siatkówki? Ktoś w tym kraju interesuje się tym sportem?

– Mieliśmy grupę lokalnych fanów. Żywiołowo nam kibicowali, jeździli z nami na mecze. Utożsamiali się z drużyną. Bardzo lubili świętować i cieszyć się z odnoszonych przez nas zwycięstw. Nie da się ukryć, że znacznie gorzej znosili porażki. Generalnie nas wspierali, zaczepiali czasem na ulicy. Byli bardzo sympatyczni. Zdarza się, że hale pękają w szwach, ale przeważnie większą część publiki w regularnym sezonie stanowią zawodnicy i trenerzy innych drużyn podpatrujący przeciwników.

Daniel Górski - polski człowiek w Libanie (fot. archiwum prywatne)
Daniel Górski – polski człowiek w Libanie (fot. archiwum prywatne)

Bardzo dobrze wspominam poznanych tam ludzi. Szczególnie w pierwszym sezonie traktowano nas naprawdę dobrze. Atmosfera była wręcz rodzinna. Zabierano nas do najróżniejszych restauracji. Spróbowałem w tym czasie mnóstwo lokalnych produktów i potraw. Siadaliśmy czasem w małym domku w górach, który okazywał się restauracją. Serwowano tam np. coś na wzór naszego tatara, próbowaliśmy koźliny, jagnięciny. Nad morzem podawano z kolei ryby i owoce morza. Kuchnia libańska to nie tylko hummus i pieczone kurczaki!

A w drugim sezonie trafiłeś do Bejrutu?

– Tak. Rozpocząłem sezon w polskiej 2 lidze z nadzieją na ponowny wyjazd i udało się. Dzięki Danielowi, który ma wiele kontaktów, trafiłem do wicemistrza z poprzedniego sezonu, Al-Anwar Jdaideh. Tutaj już treningi były dużo bardziej profesjonalne. Niemal codziennie ćwiczyliśmy dwa razy. Prowadził nas Sinisa Reljic – trener reprezentacji Serbii juniorów znany sprzed laty z występów w AZS-ie Częstochowa, jeszcze jako siatkarz. Spędziłem tam dwa miesiące. Było zdecydowanie trudniej, bo wymagania były znacznie wyższe. Klub przygotowywał się również do Arab Cup (odpowiednik europejskiej Ligi Mistrzów).

Opowiedz coś więcej o samej lidze.

– Dużym atutem tej ligi jest krótki sezon, który zaczyna się pod koniec grudnia i trwa trzy-cztery miesiące. Dla niektórych nawet kilka dni! Dopóki kwestia nie została uporządkowana przepisami FIVB, niektóre kluby były w stanie w trakcie sezonu wymienić kilkunastu zawodników. Wydawali na to krocie, głównie na bilety lotnicze, bo zaangażowanie zawodnika z Ameryki Południowej czy Środkowej wiąże się z kosztami.

Liga jest bardzo intensywna, bo mecze rozgrywane są systemem środa-sobota, wtorek-piątek. Dwa spotkania w tygodniu to było minimum, a zdarzało się że graliśmy i trzy mecze.

W pierwszej rundzie rozgrywek gra się każdy z każdym. Rewanże rozgrywa się z odcięciem czterech najgorszych zespołów. Najpierw z 12 zostawało 8 drużyn, później rywalizowała już tylko najlepsza szóstka. Rozgrywki wieńczą play-offy, na których ściągani są klasowi gracze i trwa prawdziwy „wyścig zbrojeń”.

Choć Liban to kraj muzułmański, nie brakowało bożonarodzeniowych akcentów (fot. archiwum prywatne)
Choć Liban to kraj muzułmański, nie brakowało bożonarodzeniowych akcentów (fot. archiwum prywatne)

Jest tam jakiś limit obcokrajowców?

– Tak, może być tylko trzech zagranicznych graczy. I w każdej drużynie tylu ich jest. Nie ma znaczenia czy siatkarz siedzi na ławce, czy nie, więc jeśli już ściągano to zawodników szóstkowych. Pożądany zawodnik musi być silny, wysoko skakać, serwować mocno z wyskoku i zdobywać jak najwięcej punktów. Wtedy działacze i kibice są zadowoleni. Zawodnicy techniczni mają raczej mniejsze szanse na angaż.

Porozmawiajmy chwilkę o kwestiach kulturowych. Grałeś tam zimą, więc zdradź mi proszę, jak obchodziłeś Boże Narodzenie?

– Pierwszą Wigilię spędzałem samotnie. Pomimo zaproszenia ze strony kolegi z drużyny wybrałem wersję: relaks na plaży, dobra książka i rozmowy poprzez Skype z rodziną. W kolejnym sezonie już nie byłem tak bardzo osamotniony, bo spędziłem czas wspólnie z Danielem, który w tym czasie występował w innej drużynie z Bejrutu. Siedzieliśmy w knajpce z rybami i owocami morza, więc można powiedzieć, że jedliśmy tradycyjną, bo bezmięsną wieczerzę wigilijną. Połamaliśmy się na krucho upieczonym chlebkiem, tymczasowo pełniącym rolę opłatka.

Ciekawie było zobaczyć, jak wyglądają święta na Bliskim Wschodzie. Co ciekawe, w Libanie duży odsetek to chrześcijanie. Są oczywiście muzułmanie, ale w centrum Bejrutu – Junieh, a w szczególności Byblos można podziwiać piękne dekoracje świąteczne.

A jak z kwestiami bezpieczeństwa? Czułeś, że to kraj pośrodku w bardzo niebezpiecznej, nękanej różnymi napięciami części świata?

– Zdarzało się czasami, że w hali pojawiało się wojsko i to nie tylko w czasie kiedy graliśmy z wojskową drużyną siatkarską. A tak na poważnie, dało się odczuć, że armia pilnuje bezpieczeństwa na ulicach stolicy. Również na autostradzie były specjalne bramki. Kontrole przed wejściem na mecze czy chociażby przy wjeździe do centrów handlowych.

Kiedy tam byłem konflikt w Syrii był może trochę mniej zaogniony. Wiedziałem jednak o tym, że w oddalonym o 350 km Aleppo ludzie są odcięci od świata. W stolicy Libanu życie płynęło swoim rytmem. Było to widać chociażby w centrach handlowych restauracjach czy klubach.

Z widokiem na starożytne Byblos (fot. archiwum prywatne)
Z widokiem na starożytne Byblos (fot. archiwum prywatne)

Czy przy okazji grania zdążyłeś również coś pozwiedzać?

– W pierwszym sezonie, o którym już Ci trochę opowiadałem, miałem sporo czasu żeby zwiedzać. Dżunija to bardzo ciekawe i pełne atrakcji miasto. Jedną z nich jest kolejka. Można nią wjechać na wzgórze, z którego roztacza się imponujący widok na zatokę, a z oddali można dostrzec Bejrut i okoliczne miasteczka. Można również zwiedzić kościół oraz statuę Maryi.

Niestety nie udało mi się pojechać w góry. W okresie zimowym jest tam śnieg i normalnie funkcjonują wyciągi narciarskie. Są piękne okolice, ale też dużo zaniedbanych miejsc. Można to było odczuć chociażby w samym Bejrucie. Jest trochę prawdy w tym, że nazywany jest Paryżem Bliskiego Wschodu. Ścisłe centrum jest naprawdę ładne: uniwersytet, deptak, marina z pięknymi jachtami i imponujące hotele. Trochę dalej zaś biedne miejsca i slumsy.

Lubię zwiedzać i wykorzystywałem wolny czas na to, by coś zobaczyć. Wsiadałem więc w busika i jeździłem, bo tym najczęściej się tam podróżuje (nie ma kolei i komunikacji autobusowej). Co ciekawe, kierowcy zatrzymują się w najróżniejszych miejscach. Czasem niemalże pośrodku autostrady, jeśli pasażer sobie zażyczy! Jeżdżą szybko i tylko czasem zgodnie z przepisami. Polecam dla ludzi o mocnych nerwach i miłośników arabskiej muzyki (śmiech).

A jak kwestie językowe? Dało się porozumiewać po angielsku?

– Najbardziej popularny, oczywiście poza arabskim, który jest językiem urzędowym, jest język francuski. Świadczą o tym choćby napisy w trakcie projekcji kinowych w obu językach. Dużo ludzi w większych miastach mówi jednak po angielsku – obsługa w miejscach rozrywki, restauracjach, aptekach.

A arabskiego zdołałeś się nauczyć?

– Kilka podstawowych zwrotów. W mniejszych miejscowościach, targowiskach czy busikach przydają się liczebniki oraz kilka podstawowych słów.

A ile z tego zasobu słów jest cenzuralnych? (śmiech)

Plażowy relaks (fot. archiwum prywatne)
Plażowy relaks (fot. archiwum prywatne)

– No może jeden czy dwa nie są! (śmiech)

Potrafię się przywitać, a inaczej wita się kobiety, mężczyzn i kilka osób. Podobnie jest w przypadku np. toastów czy innego rodzaju pozdrowień. Zdarzało się jednak, że śmiali się, gdy coś niewłaściwie wycharczałem (śmiech).  Trzeba przyznać, że wydobycie niektórych dźwięków bywa nieosiągalne dla przeciętnego człowieka!

Na koniec jeszcze opowiedz mi o swoich kawowych upodobaniach. Wiem tylko tyle, że libańska kawa z tygielka nie jest Twoją ulubioną…

– Lepsza taka niż żadna! Uwielbiam kawę w różnych formach. Do śniadania stawiam na duże cappuccino. Po południu, przed treningiem wolę zaś małe espresso. Zeszłe wakacje spędziłem we Włoszech i urzekła mnie dostępność do bardzo dobrej kawy z ekspresu nawet w małych, wiejskich, górskich sklepikach. To było fantastyczne!