Sam sam w Kędzierzynie-Koźlu

here Życie Belga w tak małym mieście jak Kędzierzyn-Koźle może być uciążliwe, ale niekoniecznie takie jest. O kulisach opowiedział nam Sam Deroo, przyjmujący ZAKSY Kędzierzyn-Koźle.

Dla Sama Deroo kolejny sezon będzie już czwartym w PlusLidze (fot. VolleyCafe.pl)

Daria Zmarzlik: To będzie już Twój czwarty sezon Kędzierzynie-Koźlu. Polubiłeś Polskę? Dobrze ci tu?

Sam Deroo (przyjmujący ZAKSY Kędzierzyn-Koźle): – Oj tak i to bardzo! Kolejny sezon będzie moim czwartym na polskich parkietach i przysięgam, że nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Czuję się bardzo dobrze w zespole, całym klubie, w mieście – po prostu w Polsce. Polacy kochają siatkówkę, czujesz to na każdym meczu, każdym turnieju rozgrywanym właśnie tutaj. Ilości wsparcia i ciepła ze strony kibiców są olbrzymie. Cieszę się bardzo na kolejny sezon spędzony w PlusLidze.

here Wiadomo, że decydując się na podpisanie umowy albo jej przedłużenie, bierzesz pod uwagę różne czynniki. Co z lokalizacją? Polska to był kraj, który chciałeś zobaczyć?

– To chyba nie będzie sekretem, że po pierwszym sezonie w Kędzierzynie mogłem powiedzieć, że w mieście widziałem już wszystko (śmiech). Jednak lubię to miejsce, bo w nim mogę rozwijać moją pasję, wykonywać swój zawód. Jak już wspomniałem, mamy tutaj wspaniałych kibiców, którzy pomagają w każdym meczu. To był jeden z czynników, ze względu na który zdecydowałem się grać w Polsce. Wiadomo, że po dwóch bardzo dobrych sezonach miałem oferty z innych klubów, ale serce i rozum podpowiadały mi, aby zostać w ZAKSIE.

go to site Możesz powiedzieć, że znasz już Polskę?

– Coś tam wiem… choć nie wszystko. Nie potrafię mówić po polsku, ale dużo rozumiem. Choć w sumie nigdy nie było dla mnie priorytetem nauczenie się języka. Mówię już kilkoma i nie zawsze łatwo jest się nauczyć kolejnego. Poza tym, poza siatkówką staram się skupić na innych rzeczach, jak np. na studiach ekonomicznych. Moim głównym celem jest granie w siatkówkę, najlepiej jak tylko potrafię, a jak mam trochę wolnego czasu to zajmuję się studiami. Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się je skończyć.

A co jeśli zostaniesz w Polsce jeszcze dłużej?

– Wtedy zacznę się uczyć języka! Wiem, że ludzie to doceniają, kiedy próbujesz się uczyć ich mowy. Rozumiem też małą frustrację fanów czy dziennikarzy, kiedy nie umiem odpowiedzieć po polsku. Mnie samego też męczy to, że muszę odpowiadać ,,nie rozumiem” czy ,,nie wiem”, więc jeśli zostanę, to będzie mój cel na przyszłość.

source site Jak sam wspomniałeś, Kędzierzyn to nie jest duże miasto. Wiedziałeś o tym decydując się na grę w ZAKSIE?

– Tak, sprawdziłem w internecie! Pierwsze wrażenie było takie: „oh, bardzo dużo fabryk…” i tak też jest. Z jednej strony może nie zawsze ładnie to wygląda, jednak z drugiej, poprzez ich obecność w mieście ludzie mają pracę, mają za co żyć. My także przecież na tym korzystamy, jako że jesteśmy wspierani przez Grupę Azoty i za to jestem wdzięczny. Miasto jest też nieźle zlokalizowane. Kiedy chcemy pozwiedzać, to mamy niedaleko bardzo piękne miasta jak Wrocław, Opole, Katowice czy Kraków, do których bardzo chętnie jeździmy.

Najważniejsze są kwestie sportowe, nie miasto w którym żyjesz (fot. VolleyCafe.pl)

Po etapie sprawdzania podstawowych informacji o mieście, zastanawiałeś się, jak będzie wyglądało twoje życie w Kędzierzynie?

– Trochę tak, ale dla mnie i mojej żony lokalizacja nie była problemem. Gdybym był singlem, to może byłoby to trudniejsze, bo chciałbym poznawać nowych ludzi, robić coś innego niż siedzenie w domu. Ale w obecnej sytuacji wszystko jest perfekcyjne. Lubię odpocząć pomiędzy treningami czy przed meczem. Zresztą, gramy bardzo dużo spotkań, więc nawet nie ma czasu na to, żeby gdzieś wyjść i robić głupie rzeczy (śmiech). To pomaga być skupionym na tym, co robimy i wydaje mi się, że dzięki temu gramy tak dobrą siatkówkę.

Wcześniej występowałeś we Włoszech. Modena, Werona to zupełnie inne miasta do życia. Gdzie mieszka Ci się lepiej?

– Jeśli chodzi o życie poza sportowe… Włochy. Tak, wiem, przepytuje mnie polska dziennikarka, ale jestem szczery! Mieszkałem w pięknych miastach, jednych z najpiękniejszych w całej Europie, gdzie jest bardzo dużo do zwiedzania. Jednak jeśli chodzi stricte o życie sportowca, to o wiele lepiej jest w Polsce. Nie mieszkamy ileś kilometrów od hali, nie musimy stać w korku, co bardzo pomaga, bo siedzenie w aucie po ciężkim treningu nie jest przyjemne. Dlatego jestem wdzięczny za to, jakie mam tutaj warunki do pracy.

Nie nudzi Ci się w Kędzierzynie? Co robisz w wolnym czasie?

– To zabrzmi nudno, ale koncentruję się na nauce. Mój uniwersytet (nie jest to taki klasyczny uniwersytet, ale dostajemy dyplomy, więc można go nazwać uniwersytetem) pozwala na studia zdalne. Studiuję już sześć lat i myślę, że to mój ostatni rok nauki. Poza tym spędzam oczywiście czas z moją żoną, która również studiuje w taki sam sposób jak ja. W wolnej chwili robię to co wszyscy: oglądam seriale, zwiedzam inne miasta, idę do jednej jedynej włoskiej restauracji w Kędzierzynie-Koźu albo jadę na sushi do Katowic. Są dni, kiedy mamy odwiedzimy naszych rodzin i to jest zawsze najlepszy czas.

Myślisz, że dla sportowca lepiej jest mieszkać w dużym mieście, gdzie nie brakuje rozrywek i można się wyszaleć, czy jednak łatwiej postawić na mniejszą miejscowość, gdzie można się skupić przede wszystkim na sporcie?

– To zależy od osobowości sportowca. Nie ma takich miejsc, które jest perfekcyjne dla każdego, bo każdy jest inny. Dla mnie osobiście warunki, jakie mam tutaj są idealne, bo mogę się skupić na siatkówce, ale dla kogoś, kto potrzebuje kontaktu z innymi czy potrzebuje dużo rozrywek, to nie będzie dobre miejsce. To w sumie bardzo dobrze, bo jakby każdy lubił to samo i chciał mieć takie same warunki pracy, to nie byłoby tylu klubów siatkarskich na świecie.

 Kluby siatkarskie w Polsce bardzo często zlokalizowane są w mniejszych miejscowościach, w których główną atrakcją dla mieszkańców są… mecze siatkówki. Myślisz, że to może nam utrudniać ściąganie gwiazd, które chcą jednak sklepów, kina, restauracji, rozrywek?

– W Polsce grały kiedyś wielkie gwiazdy siatkówki, teraz też są dobrzy gracze, ale może coś w tym jest, że niektórym brakowałoby atrakcji, które wymieniłaś. Dla wielu ważne jest też to, ile zarobią w danym klubie, więc ten czynnik ma również jakiś wpływ. Najczęściej jednak kluczowe jest to, jaka jest drużyna, a nie w jakim mieście gramy.

W miejscu takim jak Kędzierzyn jest się bardziej rozpoznawalnym niż w Weronie czy Modenie?

 – Generalnie w Polsce jesteśmy bardziej rozpoznawalni niż we Włoszech, choć i tam zdarzało się, że ktoś nas rozpoznał. Ludzie w Kędzierzynie są bardzo mili i raczej nie mówią mi w twarz złych rzeczy, nie są negatywnie nastawieni. W sumie wyniki dobre, to o co być złym (śmiech). Jestem bardziej rozpoznawalny, ale zawsze wszystko jest pozytywne i dla mnie bardzo miłe, więc staram się poświęcać czas fanom.

Ułatwia to samodyscyplinę? Nie można za bardzo narozrabiać, bo wszyscy Cię znają i rozpoznają?

– Jeśli pójdziesz raz do Mc’Donalda to chyba nic się nie stanie (śmiech). Jeśli pojawisz się na ulicy pijany i będziesz robił złe rzeczy… to masz problem. Dla mnie to nie do zaakceptowania. Na co dzień pokazujemy się na boisku, gdzie ogląda nas dużo dzieciaków, dla których często jesteśmy wzorem do naśladowania. W ich oczach jesteśmy trochę herosami. Patrzą na nas i może myślą, że siatkówka jest tym, co chcieliby robić. Potem mieliby nas oglądać pijanych? To nie może się stać! Oczywiście mamy swój czas, żeby się zrelaksować, ale powinniśmy pamiętać, że nierzadko jesteśmy przykładem dla młodzieży.

Grając w PlusLidze, Lidze Mistrzów czy w grudniu w KMŚ nie macie za dużo tego czasu na relaks. Gdy jednak się Wam zdarzy to wolisz spędzać go w domu czy jesteś typem, który rusza w miasto?

– W sumie to zależy. Są dni, kiedy mam wrażenie, że muszę zostać w domu i się polenić, bo nie mam na nic siły i chcę odpocząć. Podjęcie takiej decyzji nie jest łatwe, gdy masz ze sobą partnera i on chce gdzieś wyjść, ale staramy się zachować balans w tego typu sprawach. Niekiedy wychodzimy. Ale kiedy moja żona widzi, że nie mam ochoty nigdzie się ruszać to solidarnie zostaje ze mną! Gdy jestem pełen energii i ochoty, to jedziemy do jakiegoś pięknego miasta trochę pozwiedzać czy pójść do jakieś dobrej restauracji.

Zawsze chciałem się nauczyć mówić po włosku – deklaruje Sam Deroo (fot. VolleyCafe.pl)

Beveren – miejscowość z której pochodzisz – też nie jest zbyt duża. To ułatwiło Ci aklimatyzację w Kędzierzynie?

– Może… To prawda, moje miasto nie jest za duże. W Belgii jest tak, że masz wrażenie, że mieszkasz w jednym dużym mieście, bo jeśli pojedziesz 10 minut samochodem już jesteś w innej miejscowości. W Polsce niekiedy jedziesz przez dwie godziny i widzisz trzy domy, a w Belgii jest to niemożliwe. Nie pochodzę z miasta, które ma ogromne drapacze chmur, ale czy mi to pomogło w aklimatyzacji? Nie wiem, może.

Twoje belgijskie miasto jest podobne do Kędzierzyna?

– Nie, jest inne, bo nie mamy tylu fabryk. Mamy port, gdzie często przypływają statki handlowe. Mamy też niedaleko elektrownię jądrową, w której podobnie jak tutaj, jeśli coś „zrobi bum” to może to nie być najlepiej z naszym zdrowiem. W sumie, po głębszej analizie, są nieco podobne.

Jak duży wpływ na Twój komfort mieszkania w Polsce ma fakt, że masz przy sobie żonę? Z nią jest łatwiej się nie nudzić w “metropolii Kędzierzyn”?

– To jest dla mnie bardzo ważne, że jest tutaj ze mną. Każdą przygodę przeżywamy razem, a to sprawia, że te przygody są piękne. Dzielimy emocje, myśli i to pomaga mi przez całą moją karierę. Jestem za nią bardzo wdzięczny i za to, że mogę z nią iść przez życie.

Powiedz jeszcze, jak wygląda twoja komunikacja. Mówiłeś, że z twoim polskim nie jest dobrze. Panie w kędzierzyńskich sklepikach mówią po angielsku? Jak radzisz sobie na przykład z zakupami?

– Muszę przyznać, że raczej nie robimy często zakupów w Kędzierzynie, choć oczywiście zdarza się, że pójdziemy do jakiegoś sklepiku czy do marketu. Jeśli chodzi o zakupy ciuchowe to jedziemy do Katowic, a tam raczej wszyscy po angielsku rozmawiają. Choć oczywiście zdarza się, że ludzie nie potrafią mówić w tym języku i wtedy próbuję wszystkiego, by być zrozumianym, czyli w grę wchodzą ręce i mimika.

Zdarzyły Ci się jakieś zabawne anegdotki związane właśnie z kwestiami komunikacyjnymi? Czy póki co problemy językowe omijają Cię szerokim łukiem?

– W klubie mamy taką osobę, którą wszyscy bardzo szanujemy. Pomaga przy treningu, podaje i zbiera piłki, jest gotowa zrobić dla nas wszystko, jest bardzo lojalna. Ten starszy pan niekiedy prosi o podwózkę do centrum i wyjaśnia wszystko po polsku, a ja stoję i zastanawiam się, co on do mnie mówi! Odpowiadam z uśmiechem tylko: tak, tak, dobrze. Oczywiście mimo wszystkich komplikacji bardzo szanuję tę osobę i cenię jej pracę.

Wszyscy twoi kumple z drużyny potrafią mówić po angielsku, prawda?

– Starają się (śmiech). Mateusz Bieniek na początku minionego sezonu, kiedy przyjechał po raz pierwszy, nie rozumiał zbyt wiele po angielsku. Zrozumieliśmy się jednak, bo jest naprawdę fajnym gościem. Teraz rozumie więcej i łatwiej jest się nam komunikować, ale na początku z jego strony było tylko: „Co? Co ty mówisz?”

Sam Deroo woli gorącą czekoladę od kawy (fot. VolleyCafe.pl)

Łatwiej było dogadać się po angielsku z Włochami czy z Polakami?

– Chyba jest tak samo. We Włoszech dużo ludzi nie mówi po angielsku, ale dla mnie nie było to problemu, bo od dziecka chciałem mówić po włosku, więc i nauka szła mi szybciej i lepiej. Miałem jeszcze w Belgii kurs językowy, żeby było mi łatwiej. Jednak kiedy przyjeżdżała rodzina trudno było niekiedy znaleźć kogoś, kto potrafił mówić po angielsku, gdyż dla Włochów ich język jest najważniejszy na świecie.

Często mówi się, że u Was – w Holandii, Belgii czy Francji, jest inny świat i żyje się zdecydowanie lepiej. Po ponad dwóch latach w Polsce możesz się z tym zgodzić czy obalasz tę tezę?

– Polska coraz bardziej może być uważana za kraj Zachodu. Szczerze mówić, kiedy tutaj przyjechałem, byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony tym, co tu zastałem. Wyobraźnia podpowiadała mi, że będzie tu szaro, trochę smutno, komunistycznie. Wszystko jednak się  zmieniło. Macie rewelacyjne drogi, o wiele lepsze niż w Belgii, autostrady, drogi szybkiego ruchu są naprawdę świetne. Wasze miasta szybko się rozwijają, stają się bardziej nowoczesne. Polska moim zdaniem cały czas się podnosi i pnie się w górę. Widać, że chcecie robić krok naprzód. Standard życia też jest coraz bardziej zachodni, macie naprawdę luksusowe produkty, których niekiedy w Belgii nie widzę. Myślę, że większy kontrast dostrzegłbym jeśli przeprowadziłbym się do Turcji czy Rosji.

Niestety, dotarliśmy do ostatniego, ale jakże ważnego pytania. Pijasz kawę? A jeśli tak to jaką?

– Wiem, że to VolleyCafe, ale nie pijam kawy. Próbowałem wiele razy, we Włoszech ludzie mówili mi próbuj, musisz spróbować! Pijam herbatę albo gorącą czekoladę, dużo różnych rzeczy, tylko nie kawę.